Rana w brzuchu Tolla obwicie krwawiła. Nic dziwnego, został zaatakowany jednocześnie przez trzech obcych rycerzy w pełnych zbrojach, podczas gdy on sam miał na sobie zwyczajny treningowy pancerz. Teraz jego odłamki boleśnie wpijały mu się w ciało.
– To jakieś… nieziemskie kreatury! Psiakrew, niech mnie piorun, jeśli znam większych prymitywów, niż tamci. Zauważyłeś, jak oni walczą i się porozumiewają… dzicz!
– …zgroza, zgroza… cholera! – warczał raz po raz dygoczący jeszcze z emocji Fenril, udawało mu się jednocześnie bardzo sprawnie powyjmować pospiesznie odłamki lekkiej zbroi z rany towarzysza przy pomocy pazurków wyposażających jego własną zbroję. – Skąd to bierze! Pojedynków zasady nie słuchają… obraza ich bogów, jeśli mają, plugawych.
Toll uśmiechnął się blado na te słowa.
– Wierz mi, nie dla wszystkich istnieją zasady. Nie wyglądali mi na takich, których by jaki przyzwoity bóg chciał chronić – stwierdził i powstał powoli. Nie rozumiał skąd i po co ktoś wpadł na pomysł podboju krainy tak drobnej i nieurodzajnej? Do tej pory było dobrze, dopóki nią pogardzano. – Teraz szybko, musisz powiadomić księżniczkę. Mnie nic nie będzie.
Ale rana naprawdę nie była przeciętna.
– Na północy będzie najkrócej… ale idźmy północno-wschodnią, przyjmą cię – to mówiąc, Fenril ostatni raz odruchowo przyjrzał się śladom, jakie pozostawili wrogowie i ścieżce, którą nadeszli.
Jak zwykle silny wiatr wiał od morza, wprawiając w ruch wiry ciężkich, wilgotnych płatków śniegu muskających twarze wojowników. Świszczał pomiędzy przełęczami lodowych górek i pozamarzanych kamiennych klifów. Opady prędko ukryły nieodwracalnie ślady bitwy.
