Instynktownie obawiał się wstąpić na tereny wioski. Skupiska ludzi budziły w nim jednocześnie strach i wstręt, ale nie miał wyboru. Wszedł. A przerażenie ogarniało go tym większe, im większy czuł na sobie ciężar odpowiedzialności, który spadł na niego zatrważająco szybko. Mimo zapewnień Tolla, że nie jest źle, Fenril zdawał się odczuwać każdą jego świeżą kroplę krwi, jakby była jego własną. Co chwila wzdrygał się od chłodnego dreszczu. Wedle prostego, brutalnie prostego rozumowania, cały jego świat, u którego podstaw leżały stabilność i bezpieczeństwo stał się obecnie zagrożony, skoro znalazł się ktoś będący w stanie tak pokiereszować wojownika-olbrzyma. Bał się o pokój, o państwo, ale i zwyczajnie o siebie samego.
W końcu zdecydował się znacznie wyprzedzić rannego i wszedł pomiędzy gęstniejące zabudowania wioski. Wszystko toczyło się swym zwyczajnym torem, tylko pośpiech niespełna piętnastoletniego chłopaka nie odpowiadał tutejszemu spokojowi. Nerwowe ruchy jego smukłej sylwetki już z daleka zwróciły uwagę poniektórych ciekawskich wieśniaków. W mgnieniu oka utworzył się wokół Fenrila wianuszek żądnych wieści, choćby i najcięższych i druzgocących, byle tylko były w stanie przerwać monotonię bytu zamkniętej społeczności wiejskiej.
Wystarczyło, by zapytał o wojownika Alcor, a ożywiła się cała gromada. Absolutnie wszyscy go tu znali. Co jeden przedstawiał się jako sąsiad, znajomy czy sympatyk. Podobnie każdy chciałby mieć prawo nazwać siebie jego przyjacielem. Momentalnie Fenril poczuł obrzydzenie obcymi, ich przemieszanymi i otaczającymi jak zamieć zbyt mocnymi głosami, podczas gdy ci już zdołali pokłócić się, kto w mniejszym czy większym stopniu Wojownika zna dobrze, lepiej, jak brata, jak pacierz, czy jak kumpla od szklanki. Chłopak ponaglił ich, ponawiając pytanie, czym wywołał inną lawinę: komplet zupełnie wykluczających się nawzajem wersji miejsc, w których może znajdować się szukany. Mimo to wniosły one jedną, najważniejszą teraz informację, że znajdował się niedaleko. Już za chwilę powinien odczuć alarmujące znaki ze strony energii kosmicznych dwójki patrolujących Świętych Wojowników, na szczęście tak właśnie się stało.
Bud od dawna miał niezrównany autorytet wśród mieszkańców okolic, jako najznamienitszy wojownik w rejonie, a już odkąd otrzymał zbroję wybrańca Odena stał się bożyszczem całej społeczności. Kiedy tylko nadjeżdżał było jasne, że to on – głośny tętent kopyt potężnego konia rasy spotykanej tylko na najdalszej północy Asgaardu wykluczała natychmiast możliwość, żeby jeździec był kimś pospolitym. Fenril wychodząc naprzeciw Budowi od razu wyślizgnął się z objęć rosnącej grupy gapiów, która zaczynała go osaczać.
Toll zdążył w tym czasie dotrzeć; wsparł się o drzewo, by tracić możliwie jak najmniej sił, Fenril z kolei, nie wiedząc, co ma robić, stanął bezradnie w miejscu i wystarczyło, żeby Bud rzucił na nich okiem, żeby zdać sobie sprawę z zarysu sytuacji.
– Cześć chłopaki! … oż, kurwa! – rzucił, zeskoczywszy z konia, w jednej chwili tracąc swój zwyczajowy dobry, beztroski nastrój – Co jest?
Toll streścił mu odpowiedź na to pytanie w paru zdaniach.
Z tyłu ktoś podszepnął: „atak!", ci obok powtórzyli: „mordują!", następny palnął: „wojna!", a wieśniacy z samego końca tłumu, nie dosłyszawszy dokładnie, zaczęli panikować i co poniektóre baby rzuciły na ziemię, co w dłoniach miały i rozbiegły się bezładnie.
– Cisza! Zamknąć się! – warknął ostro Bud i przestąpił krok ku ludziom, a oni cofnęli się z przejęciem o tyle samo, stając w miejscu. Zapadła wyczekiwana przez Fenrila od dłuższego czasu cisza. – Powróćcie do zajęć, nic się nie dzieje. Już, rozejść się.
Większość grzecznie pochowała się w domach, reszta chciała słuchać dalej, ale i tak rozproszyła się, żeby nie okazywać nieposłuszeństwa. Fenril popatrzył na Buda z ulgą, że to on przejął teraz na siebie odpowiedzialność za sytuację, ale i z podświadomym podziwem. W końcu każdy chłopak w Asgaardzie chciał być podobnym do niego silnym i charyzmatycznym wojownikiem.
– Pałacowi już wiedzą?
Bud chciał natychmiast ruszyć w drogę, żeby powiadomić kogo trzeba, jednak wspólnie przyznali, że powinien zostać na froncie, a do pałacu księżniczki może udać się Fenril.
Przecież potrafi jeździć konno.
Może i tak, ale samo badawcze spojrzenie właściciela czterech postawnych kopyt i sporego, pokrytego puszystym szarobrązowym futrem łba i podobnie włochatych uszu wprawiło chłopaka w wątpliwości. Ten koń miał, podobnież jak odwieczni panowie jego rasy, temperament dający się określić jednym słowem: kapryśny. I tak nie pozostawiono mu wyboru – pojechał, na wierzchowcu, który z pewnością wystarczyłby i trzem Fenrilom.
Bud szybko zapomniał, że wypada się martwić, tak jak zapominał o wszystkim, czego nie uważał za godne swej uwagi. Prędko się rozpromienił i zaproponował Tollowi gościnę, jakby zupełnie umknął mu fakt, iż dom, do którego zaprasza wcale nie należy do niego.
Mieszkała tu jego dziewczyna. Można powiedzieć, że narzeczona, choć jeszcze nie zostało to ustanowione oficjalnie. Odkąd Toll go poznał, Bud nie mógł narzekać na brak kobiet wokoło. Jednak widocznie znudzenie bezmyślnymi panienkami, jakich mógłby mieć stosy utrzymało go wyjątkowo długo przy Unni. To ona właśnie bez zastanowienia przyjęła u siebie rannego wojownika Gamma i ledwie można było spojrzeniem nadążyć za jej chudą osóbką, kiedy obskakiwała piętrowy domek, jednocześnie wyszukując bandaże, dorzucając do kominka, uciszając najmłodszą siostrzyczkę, wystawiając jedzenie dla kota, odrzucając płaszcz na ławę i zamykając drzwi do pokoju matki.
Bud jak zwykle zaczął od przejrzenia zawartości kuchennych garnków i dzbanów, ale przynajmniej przy okazji przewrócił na drugą stronę smażącą się właśnie rybę. Tolla nie było trzeba dwa razy zapraszać, żeby się rozsiadł. Mając bandaże dał radę zrobić sobie opatrunek, zanim dziewczyna powróciła do kuchni po obiegnięciu domu.
– Tu sobie pośpisz, pojesz, i jak raz, wyliżesz się szybko – rzekł Bud przyjacielsko, nalewając Tollowi zawczasu czegoś na popitkę, bo to przecież jest najważniejszym elementem podejmowania gości.
Nie wcześniej niż gdy zasiedli przy stole, Toll mógł się odprężyć. Opadł głowę na ręce, którą położył na ciemnym drewnianym blacie. Również dopiero teraz pozwolił swoim mięśniom się rozluźnić i sam nie potrafił określić, czy bolały go bardziej od obrażeń, czy ze zdenerwowania. Jego przyjaciel jednym ruchem zrobił przed sobą miejsce, spychając na bok, co tylko stało na tej części stołu i od razu wychylił zawartość swojego rogu.
– Udało im się z tobą tylko dzięki zaskoczeniu i było ich więcej, niehonorowych sukinsynów. A teraz my się w mig zorganizujemy. Ani się obejrzysz, a będą stąd spieprzali, jeden przed drugim. Nie?
Toll wypił duszkiem swój miód, odetchnął głęboko i odpowiedział:
– Pewno masz rację. Oby tak było.
Pozdrowił kiwnięciem głowy Unni, która wemknęła się do pokoju po cichutku. Wcześniej jakby udawała, że go nie widzi, a i teraz błyskawicznie wbiła wzrok w podłogę, jakby samym patrzeniem przyłapywał ją na czymś. Podeszła dopiero na wyraźną zachętę Buda, który nigdy nie rozumiał jej nieśmiałości objawiającej się bez ostrzeżenia od czasu do czasu i przyciągnął ją do siebie, bo już chciała usiąść na samym koniuszku ławy. Po chwili jej blade, spracowane rączki oplotły jego umięśnione ramię. Ukradkiem Unni zamknęła zaraz potem pięści, nie chcąc pozostawić na widoku podniszczonych od pracy palców. A już z największym uporem odwracała twarz gdzieś w bok, nawet jeśli odzywała się całkiem śmiało. Toll nie mógł się nie uśmiechnąć na ich widok naprzeciw siebie, kiedy jedli razem ciepłe danie.
