3

Fenril nie miewał problemów w porozumieniu ze zwierzętami, jednak kierowanie przyzwyczajonym do swojego wysokiego, wydającego stanowcze rozkazy pana koniem było dostatecznie trudne, kiedy było się drobnym i leciutkim. Pod koniec drogi Fenril radził już sobie dobrze, choć zaś, kiedy zwierzę zobaczyło na dziecińcu Pałacu Syda, znów zupełnie przestało słuchać, potruchtawszy w jego kierunku wesoło, w nadziei na poklepanie po łopatce jak zawsze.

Jednak tym razem wojownik Zeta nie miał ku temu nastroju. Widok Fenrila na terenie Pałacu i to na koniu Buda wzbudził w Sydzie podejrzenia. Na coś musiało się zanosić, skoro ostatnio księżniczka Hilda wyjątkowo często kazała jemu i Alberychtowi stacjonować w Pałacu, zupełnie jakby zwyczajowa obecność Zygfryda i Hagena nie wystarczała.

Spytany rzeczowo, co się stało, Fenril zeskoczył z konia i dopiero to pozwoliło mu zauważyć, że jest cały roztrzęsiony. Chudą ręką, podrapaną niedawno w paru miejscach, wskazał kierunek i chrapliwym chłopięcym głosem rzucił:

– Atak! – i opisał jak najszybciej, co zaszło. Z miejsca napatoczyli się Alberycht i Zygfryd, którym nigdy ani jedno ważne zdarzenie nie umknęło.

Duże jasnobrązowe oczy nieustannie rozglądały się nerwowo, ale Fenril stał nieruchomo, kiedy mówił. Jeśli się ruszał, to gwałtownie wykonywał pojedyncze precyzyjne, a przy tym bezdźwięczne ruchy, przez co przypominał wystraszone zwierzątko. Cała jego koścista, przykurczona postać zdradzała ogromne przejęcie. Nie trzeba było wykazywać się wyjątkową spostrzegawczością, żeby zauważyć jego trudność w mówieniu. Czuło się, że ma mnóstwo do powiedzenia, jednak fragmenty zdań, słowa i wyrażenia przemykały po jego umyśle chaotycznie, i jak we mgle, sporej części nie potrafił sobie przypomnieć na skutek bliskiego zeru kontaktowi z ludźmi przez kilka ostatnich lat. Jego wypowiedź była nierównomierna i fragmentaryczna, jakby ktoś całą resztę wewnątrz niego zadusił.

– Jakbym akurat tam dzisiaj nie popatrzył… zabiliby! Zarżnęli dwa wilki mi mordercy! – Fenril zerkał co po chwilę rozmówcom w oczy, badając, czy udaje mu się przekazać, to, co chciał wyrazić. – Jing wiedział… sam… pewno, od początku wyczuł.

Alberycht coś syknął pod nosem, gładząc się w zamyśleniu po rudej bródce, z kolei najsiarczystszym przekleństwem, na jakie zdobył się Syd było: „hm", nie zabarwione niczym ponad kamienną powagę. A Zygfryd przyjął wszystko do wiadomości, jak gdyby właśnie potwierdziły się jego wcześniejsze przypuszczenia. Zapadła cisza i w Fenrilu narastała nieznośnie chęć zniknięcia z centrum uwagi.

– …dziękujemy ci, Fenril – odezwał się po chwili Zygfryd, wychwyciwszy jego proszące spojrzenie.

Wojownik Epsilon poczuł się uszczęśliwiony, że udało mu się dopełnić tego dość ponurego poselstwa, które było dla niego niezmiernym ciężarem i które zdawało się narastać nieprzerwanie, kiedy na niego patrzono. Zupełnie już zawstydzony cofnął się parę metrów, aż za włochatego konia, zaabsorbowanego już poszukiwaniem trawy na przekąskę pod warstewką śniegu, którą odgrzebywał kopytem.

Fenril bał się wielu aspektów cywilizacji przez wzgląd na jej obcość, ale najbardziej obawiał się tego, co związane z olbrzymim, nieodgadnionym i wręcz nienamacalnym jak legenda Pałacem księżniczki Hildy. Dlatego właśnie tych trzech wojowników unikał, jak potrafił najbardziej. Stanowili dla niego część tej mistycznej nierealnej przestrzeni Pałacowej.

Z kolei oni nie byli jego osobą specjalnie przejęci. Po prawdzie, wydawali się jeszcze mniej zwracać uwagę na jego odejście, niż przyjście, zatem zdołał się dyskretnie wycofać, tak jak sobie życzył.

– Co o tym sądzisz, Zygfrydzie? – przedłużające się milczenie uciął wreszcie Alberycht, naśladując ulubioną kwestię księżniczki Hildy względem jej faworyta, którą dobarwił fachowym prześmiewczym wydźwiękiem.

– A co mam sądzić, głupie pytanie – odmruknął nagle Zygfryd, wyrwany z rozmyślań. Przynajmniej tym razem mógł powiedzieć na głos podobną odpowiedź. – To oczywiste, że trzeba się zorganizować oraz dowiedzieć czegoś o wrogu. Jakieś pomysły?

Koncepcja przekazania władzy sztabowi kryzysowemu w osobie Alberychta została z góry odrzucona, a z resztą i tak nie można o niczym zdecydować nie będąc Hildą lub Zygfrydem, a ten ostatni nie zrobi nic bez zgody Hildy.

A ona zaśmiała mu się w nos.

– To ty myślałeś, że o niczym nie wiedziałam? Tylko kompletny głupiec nie spodziewałby się ataku, podczas gdy tyle dookoła złych omenów.

Już drugi tydzień temperatura w Asgaardzie niepokojąco wzrosła, mimo że była pora zimowa. Zamiecie, normalnie będące porządkiem dziennym, stały się nagle dużo rzadsze i łagodniejsze. Zwierzęta dotychczas trzymające się stałych terenów zaczęły swobodnie migrować w różnych kierunkach. Nawet smilodony, nie odznaczające niczym swojej obecności przez większość roku, ośmielały się schodzić coraz niżej z gór, ich głosy w oddali można było usłyszeć nawet parę razy dziennie. Również rośliny zaczęły korzystać z nowych warunków i wykiełkowało ich zdecydowanie więcej niż co roku.

Lecz wojownicy nie uznali tego wszystkiego bezkrytycznie za zwiastuny. Równie dobrze mogły to być konsekwencje czegoś. Hilda miała obowiązek codziennej modlitwy do Odena w intencji równowagi natury w krainie, w tym również klimatu. Ostatnio jednakże, księżniczka zdawała się coraz częściej zapominać o powierzonej sobie roli kapłanki i opiekunki Asgaardu na rzecz próżnych rozrywek. Z dnia na dzień, krok po kroku jej zwyczajowe szlachetne uczynki i dobre słowo były przerzedzane przez gesty obojętności. Coraz mniej wydawało się ją obchodzić. I to właśnie w chwili podobnego zachwiania równowagi musieli zostać zaatakowani!

Ale przecież… jej energia pozostawała jednakowa, tak łagodna i dobra, jak wcześniej. Z tego powodu tak jej siostry, jak i przyjaciele wojownicy, a już najbardziej Zygfryd, byli zupełnie zdezorientowani.

Niespotykana dotąd apatia Hildy nie mogła nie zadziwiać. Nawet po wieści o ataku nie podniosła się chociażby z tronu. Zakpiła sobie ze zdarzenia i na powrót zapatrzyła się w jeden martwy punkt przed sobą, a jej twarz znów utraciła wyraz. Musiała mieć ku temu powód, z pewnością gnębił ją jakiś problem, albo coś zaszło pomiędzy nią a siostrami. Nie inaczej, bo nic błahego nie mogłoby przygnębić czy zezłościć księżniczki.

To samo niestety musiało negatywnie podziałać na jej rozwagę. Dotąd, przyjąwszy wcześnie na siebie role obojga rodziców, bardzo troszczyła się o swoje młodsze siostry. A teraz? Księżniczka Katelijna chciała wybrać się na łąkę pozrywać kwiatki, skoro tak licznie obrodziły, a Hilda nie sprzeciwiła się temu postanowieniu.

– Idź, jeśli już musisz – odparła obojętnie, byle tylko ją zbyć.

Nie spodobało się to Zygfrydowi, bo nie wyobrażał sobie księżniczki w wieku jego własnej małej siostry zbierającej kwiatki samej w lesie zaledwie godzinę konnej jazdy od narażonych terenów. Miał przeczucie, że zwrócenie się do Hildy nie pomoże, spróbował więc odradzić spacer samej Katelijnie. Nie uzyskał jednak nic ponad zupełnie naiwne:

– dziękuję, Zygfrydzie, ale poradzę sobie. Nic mi się nie stanie.

Pozwolił objawić się irytacji jedynie w drgnieniu skroni. Młodziutka Kari niczego się nie obawiając ubrała spacerowy płaszczyk, kozaki, rękawiczkę, jedną, drugą i puchate nauszniki na oczach Zygfryda, który w tym czasie zdążył naburmuszyć się i zamienić w posąg dezaprobaty. Nic bardziej nie wzburzało gorącokrwistych wikingów, niż zakaz działania.

Podśpiewując beztrosko, księżniczka przekroczyła dziedziniec i minęła bramy Pałacu w otoczeniu swojego prywatnego zwierzyńca składającego się z dwóch malamutów prowadzonych na kolorowych smyczach.

Coś tak otwartego jak ów przemarsz księżniczki w kontrowersyjnym dla wszystkich momencie nie mogło nie zwrócić natychmiast uwagi Hagena. Na wszelki wypadek wojownik zaczepił Mimme'a, odgrywającego w pobliżu w tamtej chwili melodię na harfie i polecił mu pójść z Katelijną.

– Najlepiej, żeby myślała, że to jej pomysł – polecił na końcu.

W dziedzinie perswazji Mimme dokonywał cudów. Potrafił każdego zagadnąć, zaciekawić i zdobyć informacje, jeśli tylko się postarał, tak że rozmówca zachowywał o nim bardzo dobre zdanie. Bliscy znajomi czasem żartowali, że potrafiłby przegadać i samego Odena, chociaż istniała osoba, wobec której tracił wszelki talent konwersacji, jeśli nie mowy w ogóle: jego ojciec, Folkel.

Na szczęście, słodka księżniczka była kompletnym przeciwieństwem ojca: nie przerastała go o dwie głowy, nie dzierżyła po toporze w każdej dłoni, nie miała potężnego głosu ani surowo zmarszczonych brwi, a zatem chłopak miał szansę jej wyperswadować cokolwiek bez komplikacji.

Oczekiwał, że od razu zdobędzie zaufanie Katelijny, jako że po nim nikt nie spodziewał się niczego groźnego ani wyjątkowego. Bliskie otoczenie było zadziwione, tak, jak w przypadku nikogo innego, kiedy otrzymał zbroję Świętego Wojownika. Bo trudno było o przeciętniejszy wygląd: Mimme był to normalny blondyn z bródką, od jakich roiło się w Asgaardzie, szesnastoletni, w sumie młokos jeszcze, do tego o urodzie na tyle łagodnej i rozleniwionemu spojrzeniu, że kiedy zakładał zbroję i podnosił miecz oburęczny, wydawało się, że nagle ktoś zajmował jego miejsce. Mógł z łatwością wykreować się na romantyka, którym był nie bardziej, niż inni Wojownicy, ale jakim chciano go widzieć.

Mimme wyprzedził księżniczkę, żeby nie wywnioskowała, że szedł za nią już od Pałacu, a nie wymagało to wysiłku, gdyż Kari co rusz zatrzymywała się to tu, to tam, by pozdrowić kogoś, obejrzeć miejskie stragany, czy pogłaskać czekające przed gospodami konie. A Mimme, jako człowiek towarzyski i spędzający dużo czasu w mieście, znał tam niemal wszystkie sklepy i zakątki, więc zaczął od tego, że ukłonił się tej samej przekupce, co księżniczka. Ukłonił się, zagadnął, jakiż zbieg okoliczności, i od słowa do słowa jakimś cudem Kari nie widziała możliwości, żeby go ze sobą nie zabrać. Musiał jedynie pójść na ustępstwo i trzymać smycz malamuta księżniczki, na którego każdym kroku ćwierkał dzwoneczek uczepiony u obroży.

Mimme był defensywnie najlepszym z Wojowników, po pierwsze w kwestii wytrenowania, a po drugie dzięki niepozornemu wyglądowi i całkowitemu wyciszeniu energii kosmicznej, tak że nie dało się jej odkryć szóstym zmysłem. Każdy inny spośród nich musiał się opanowywać i uspokajać, żeby ją „zgasić", natomiast Mimme mógł bez wysiłku utrzymać ten stan nawet w walce. Więc jeśli już ktoś miał bronić księżniczek, to on się do tego najlepiej nadawał.

Ale o tym, że Kari nie jest sama, nie wiedziała nic Flamme, która zauważyła jedynie fakt zniknięcia młodszej siostry w najmniej odpowiednim ku temu momencie.

– Hildo, jak mogłaś pozwolić jej teraz wychodzić! – rzuciła z przejęciem od razu, jak tylko wkroczyła pospiesznie do sali tronowej. W jej błękitnych oczach młodzieńczą iskrą zabłysnęła nie zuchwałość, ale strach.

Jej siostra milczała. Spojrzała na nią z góry, ze znużonym wzrokiem.

– Hildo… czy nie obchodzi cię, co stanie się z Kari? Freyę też byś tak wypuściła?

Na to księżniczka westchnęła niecierpliwie i zawierciła się na tronie.

– Nie podoba ci się, że stawiam wam wiele zakazów, a kiedy daję swobodę, to również ci nie odpowiada. Niepokojąco często jesteś niezadowolona z moich decyzji, droga Flamme.

Twarz młodszej księżniczki zachmurzyła się.

– Zawsze byłaś odpowiedzialna, cóż za diabelstwo wstąpiło w ciebie?

Jej ostro wypowiedziane słowa wyprowadziły Hildę z równowagi, wskazała na nią palcem wyniośle.

– Jak śmiesz podnosić na mnie głos! Nie zapominaj, że mimo wszystko jestem twoją władczynią.

Flamme spojrzała na nią wzburzona i zobaczyła dużą złotą obrączkę na palcu siostry. Uniosła brew podejrzliwie. Nie zważała na groźbę i odpowiedziała zaczepnie:

– …nie jesteś już kapłanką Odena? Odkąd wolno ci nosić ozdoby?

Hilda poderwała się z tronu na równe nogi, bliska wściekłości.

– Bezczelna! Wyrzucić ją stąd!

– Sama wyjdę! – odwarknęła na to Flamme do zbliżających się strażników i w tych słowach wypadła z sali, odpychając od siebie wielkie wrota.

Cały jej ciężar przesunął je jedynie o pół metra, ale stojący w korytarzu Zygfryd widział wyraźnie gniew księżniczki wyrażony w tym geście. Od razu jak tylko go dostrzegła, podeszła bliżej. Smutek jej spojrzenia skonfrontował się z niepokojem i zniecierpliwieniem jego oblicza.

– Zygfrydzie… ty znasz Hildę tak dobrze, jak ja – odezwała się półgłosem. Splotła przed sobą dłonie, żeby ukryć ich drżenie. – Odkąd się zmieniła… zaczęła nosić biżuterię. Nigdy przedtem nie widywałam jej w hełmie walkirii… wiesz coś o tym? Co się mogło z nią stać? Nie powinniśmy się teraz odnosić bezkrytycznie do jej rozkazów…

Odpowiedział dopiero po chwili, i to powoli, jakby wciąż ponuro trawił te słowa.

– Cóż, księżniczko, jeśli nosi obrączkę, nic mi do tego.

Flamme momentalnie zalało gorąco, momentalnie pożałowała, że się z tym do niego zwróciła. W nerwach zapomniała, że mogło wyglądać na to, że jej siostra zaręczyła się z kimś innym, co przecież dotychczas było nie do pomyślenia.

– Prawo zobowiązuje mnie do bezwzględnego stosowania się do rozkazów księżniczki Hildy. W imię przyzwoitości udam, że nie słyszałem twojej propozycji – zbeształ ją Zygfryd formalnie.

Nawet gdyby zasady nie były dla niego równie ważne, było powszechnie wiadomo, że kochał Hildę i nie pozwoliłby sobie samemu wystąpić przeciwko niej.

Flamme wycofała się w słowach przeprosin. Chociaż jej złość prysła, determinacja nie przemijała. Narzuciła na ramiona pierwszy futrzany płaszcz, jaki nawinął jej się pod rękę i tym razem całkiem dyskretnie opuściła korytarz.

Kiedy tylko chłodne powietrze podwórka omiotło jej twarz, nasunęła na głowę puszysty kaptur i pospiesznie zstąpiła po drobnych pałacowych schodkach. Odruchowo rozejrzała się za Hagenem, lecz szukać go nie musiała, ponieważ sam zastąpił jej drogę.

– Dokąd idziesz? – spytał rzeczowo, można wręcz powiedzieć, surowo. Bądź co bądź, nie należało mu się dziwić, zważywszy na prosty fakt, że nagłe samotne ekspedycje księżniczek poza Pałac budziły podejrzenia.

– Nieważne – odrzekła półgłosem, jakby wstydziła się swych słów jeszcze zanim je wypowiedziała. Nie chciała spojrzeć mężczyźnie w oczy, patrzyła na swoje drobne dłonie, wsuwając na nie białe koronkowe rękawiczki zakończone obszyciem z bielutkiego futerka króliczego. – Niedługo będę tu z powrotem.

Hagen nic nie powiedział. To była jego odwieczna reakcja na słowa, które mu się nie podobały. Pozostawał niewzruszenie poważny, co było złym znakiem.

– Tylko nie idź za mną… proszę – dodała Flamme, żeby załagodzić rozkaz, przez wzgląd na to, jak bliscy sobie byli. Nie znosiła mu rozkazywać, robiła to wyłącznie w razie ostateczności. Dlatego też sam dystans w jej głosie wystarczył, by spotęgować przekorną niechęć Hagena do pozostania w granicach pałacowych murów.