4

Bud powierzył Unni opiekę nad Tollem, który pozostał w jej domu, żeby nie ryzykować dalszym przemieszczaniem się. Chociaż trudno było mu chociaż usiedzieć w miejscu, Wojownik Phekdy nie powinien podnosić się z łóżka przez następny tydzień. Przy skali obrażeń, jakie odniósł nie było mowy, żeby kiedykolwiek powrócił do walki. Prawdę mówiąc, gdyby nie energia jego gwiazdy, dawno by już nie żył, ponieważ rany zadane osobom z energią kosmiczną znacznie różniły się od normalnych.

– Jak się czujesz? – zapytała Unni, wycierając ręce z krwi w śnieg, bez przejęcia, bo podobne zadanie wykonywała już nie pierwszy raz.

– Bywało lepiej – wojownik potrafił zachować na twarzy miły uśmiech nawet w obliczu bólu, który wzmógł się odkąd dziewczyna zdjęła jego stare bandaże i zszyła ranę.

– Ale cię urządzili! O mało co, a nic by z ciebie nie zostało. Teraz już nie możemy zrobić więcej, jak czekać – stwierdziła, energicznie strzepując śnieg ze spódnicy dłońmi. – Położymy cię w łóżku mojego brata. Tylko oszczędzaj się po schodach.

Toll powędrował za nią, powoli z powodu osłabienia. Jego postępującą bladość można było ocenić po tym, że odcień jego cery coraz bardziej kontrastował z kolorem jego włosów i zarostu, które pozostawały jednakowo ciemne. Mimo wszystko, ochoty dodawała mu ulga w myśli, że teraz powinno mu się tylko polepszać.

Na piętro odprowadzali go spojrzeniami w pełnym napięcia milczeniu domownicy i goście, którzy ustępowali im drogi wciskając się w kąty grupkami. Oprócz rodziny Unni byli tu już żona i dwoje dzieci Tolla, którzy chcieli naturalnie pozostać blisko niego.

Jedynie dlatego, że funkcja ta została potwierdzona Unni przez autorytet Buda, nikt poza nią nie wszedł do pokoju rannego, o ile dziewczyna nie zawołała o wodę, świecę, czy posiłek. Najtrudniej było wojownikowi przetrwać pierwsze dni leczenia w gorączce i dreszczach, dlatego służyło mu wtedy utrzymanie gromady zatroskanych bliskich na odległość.

Najczęściej sama Unni zajmowała go rozmową, podczas gdy sama wykonywała na kolanach różne wyszywane robótki.

– …odkąd dostał zbroję, jakoś trzy lata temu chyba…

– Dwa i pół – sprecyzował Toll.

– No właśnie. Od tamtego czasu przewróciło mu się do góry nogami całe życie – opowiadała. – A pewnie sam wiesz jak to jest, kiedy na początku jest się synem drwala, który „dobrze się bije", a na raz Świętym Wojownikiem. W tym samym momencie zeszli się z bratem.

Toll popatrzył w okno i zamyślił się nad jej słowami. Sam nie powiedziałby, żeby żyło mu się lekko, ale zwykle powodem były problemy materialne, za to napotykał na swojej drodze życzliwych ludzi. A do tych Budowi i Sydowi brakowało szczęścia.

– Byłam tam i widziałam, jak cała okolica na raz rzuciła się mu do gardła – kontynuowała Unni, odruchowo prowadząc kolejne ściegi. – Nawet ci przybrani rodzice, wyobraź sobie. To co dopiero ci wszyscy rzekomi koleżkowie. Na szczęście nie pozwalał panienkom się zbliżać... jeszcze dziś chętnie poprzetrącałabym tym gęsiom karki! Ale ja... nie zaliczałam się do nich – wymruczała, ledwo otwierając usta, bo z trudem przyszło jej wypowiedzenie tych najbardziej dręczących ją myśli na głos. Jej problemem nie była nieśmiałość. To jej źrenice były zbieżne i wstydziła się tego potwornie. Mimo że rzeczywiście nie była najpiękniejsza w wiosce, miała swój urok. – Sporo rozmawialiśmy, ale kim on był, a kim ja?

– Ale teraz jesteście zaręczeni, nie? – zagadnął Toll, zakładając ręce za głowę, żeby oprzeć się o ścianę. Swoją swobodą chciał rozproszyć napięcie Unni.

Dziewczyna westchnęła i usiadła na koniuszku taboretu, do tego tak sztywno, jakby miała natychmiast zerwać się do powstania.

– Niezupełnie – spojrzała w sufit i znów odetchnęła niespokojnie. – Trudno od niego wyciągnąć jakiekolwiek obietnice. Może ma teraz zbyt wiele koleżanek – machnęła ręką, żeby po chwili przyłożyć dłoń do czoła, przymykając na moment oczy – Albo i nie ma. Może to tylko paranoja zazdrośnicy.

– Nie przejmuj się, mężczyźni bardzo często mają lęk przed zobowiązaniami i przerośnięte wyobrażenie o wolności. Nic nowego – wojownik wzruszył ramionami – ale ja go z nikim nie widziałem.

Odrobinę uspokoiło to Unni, ale jej chuda rączka wciąż mięła bez przerwy materiał pomarańczowej spódnicy. Cisza przedłużała się i w najlepszym ku temu momencie, bo kiedy nie wiadomo było, co powiedzieć, Unni aż drgnęła, bo z góry rozległ się głośny brzęk z trzaskiem, a tuż po nim pisk i śmiech dzieci.

– Co one tam narobiły? – powiedziała z irytacją o tyle mało autentyczną, że przebijała przez nią radość ze zmiany tematu. Powstała i od razu wyjrzała przez drzwi.

A tam też, z drugiej strony zdążyła już nadbiec jej matka, kobieta w koku i fartuchu gospodyni, jeszcze szczuplejsza, niż jej córka. Uszu Tolla obiegł jej nieco rozedrgany głos:

– Wstyd, taki rejwach przy gościu! – jęknęła, po czym wyjaśniła – Dzieciaki pewnie znowu bawiły się zbroją i uciekła.

– … a mówiłam: NICZEGO nie ruszać! – poruszyła się Unni i prędko wyszła na korytarz.

Z sąsiednich pokojów dochodził jak co chwila nierytmiczny tupot stóp rozbieganych dzieci i ich chichoty, przez co Toll czuł się jak u siebie w domu. Tak tu, jak tam pełno siostrzeńców i bratanków, przy pomocy hałasu nie pozwalający dorosłym w żadnym razie zapomnieć choć na moment o swej obecności.

Mała dziewczynka z kasztanowymi warkoczykami zbiegła na dół, po drodze dudniąc krokami po poprzecieranych drewnianych stopniach. Pomachała białym kawałkiem metalu z delikatnie zielonkawymi ornamentami.

– A ja mam kawałek! – oznajmiła, skacząc z ostatnich dwóch schodów z uciechą, aż na oczy opadł jej wyskrobany z drewna zabawkowy hełm. Obowiązkowo zaopatrzony w kogucie pióra imitujące skrzydełka, bo hełm ze skrzydełkami to najważniejsza część zbroi walkirii. – A Brus jest głupi, bo wziął z samego dołu i się rozsypała i błysnęła, uciekła.

Jednak Unni na ten widok, zamiast dzielić jej radość, zbladła nieco i natychmiast wyrwała jej część zbroi z dłoni.

– Nie wolno się bawić zbroją! To jest żywe, jeszcze cię pokopie.

W tym momencie kawałek zmienił się w białe światło, a ono rozbiło na małe wiązki piorunów, które spełzły z jej ręki. Podobne zaczęły napływać również z innych kierunków, szybko zebrały się w wolnym kącie najbliższego pokoju, złożyły w zbroję i zgasły.

Zbroje Świętych Wojowników nie umiały się teleportować jak te Rycerzy Zodiaku, za to poruszały się pod postacią żywiołów. Energia zbroi Alcor była teraz całkiem opanowana i nie zrobiłaby niczemu krzywdy. Przemieściła się jedynie w spokojne miejsce na spoczynek, bo zbroje nie znosiły być dotykane przez kogokolwiek poza swym właścicielem, chyba że ten by je komuś powierzył. Zbroje były za każdym razem inne, dostosowując się do kolejnego właściciela, który musiał mieć identyczną z nią energię. Mając kształt zwierząt, a zwłaszcza gdy w zdematerializowanej formie czystej energii przybierały wygląd swojego patrona i mogły się komunikować, zbroje robiły furorę wśród zafascynowanych Świętymi Wojownikami dzieci. Samo warczenie iskierek energii Alcor potrafiło zainteresować.

– Słyszałaś, ona mruczy – zauważyła mała, lecz na pierwszy plan wysunęła się teraz gospodyni, której blado-szara twarz o płaskim, zmarszczonym nosie wsunęła się do kuchni.

– Tu gość jest ranny, a wy się, dzieciary, wydzieracie. Już mi, na dwór się bawić, na górze ma być cisza – po tych słowach, powłócząc trochę nogami, bo jej sylwetka zdążyła już od pracy i wieku nieco się przygarbić, odeszła z powrotem do kuchni, kontynuować przesiadywanie na stołeczku w sąsiedztwie pieca.

Bud powtarzał, że nie zawoła zbroi, dopóki nie będzie mu niezbędna. Dlatego Unni wolała, żeby ta nigdy nie zniknęła z jej domu i nerwowo reagowała na każdy jej ruch. Pozostała jeszcze jakiś czas na korytarzu, zerkając z dala na biały hełm w kształcie tygrysiej głowy.