Sytuacja pozwalała Budowi wykorzystać niezwykłą umiejętność zakradania się wspólną jemu i bratu, kiedy przyjął rolę zwiadowcy. Bez większych trudności zdołał zbliżyć się do terenów zajętych przez wroga. Obozowisko Rycerzy Zodiaku stanowiło najprawdopodobniej parę koncentrycznych kręgów, ale zdziwienie mogła budzić liczba najeźdźców – byli bardzo nieliczni, a zresztą wszyscy, których Bud dotąd zobaczył nie sprawiali wrażenia wyszkolonych lepiej niż tutejsi strażnicy. Może więcej miało dopiero przybyć?
Bud chętnie by podsłuchał, o czym dyskutowała grupka patrolujących tereny naokoło obozowiska wojowników, jednak nie pojmował ani słowa w ich bełkotliwym języku. Właśnie wtedy zrozumiał, dlaczego Syd kiedykolwiek się go uczył. Dla arystokracji nauka greckiego była podstawą, ponieważ posługiwano się nim we wszystkich imperiach: Ateny, Hadesa, Apolla i Posejdona. Pocieszającym pozostawało przypuszczenie, że greckojęzyczni tym bardziej nie poświęciliby czasu na naukę niszowych języków, takich jak nordycki.
Z tego, co udało się wojownikowi wywnioskować z gestów i rozbawionego tonu głosów, ci prostacy nie mogli nadziwić się obecnością zieleni, a raczej faktem, iż niekoniecznie cały kraj pokryty jest parometrową czapą śniegu, jaką im zapowiadano. Na południe i południowy-wschód od Pałacu mało kiedy na stałe zalega śnieg, dopiero na należących do jego rodziny najdalej wysuniętych na północ po same góry i wybrzeże terenach krajobraz nigdy nie przestaje być całkiem biały. Lecz inne królestwa niewiele wiedziały o Asgardzie, ze względu na jego długotrwałą izolację; o krainie i jej mieszkańcach krążyły tylko fragmentaryczne wieści i plotki. Jedno dobrze, że Bud sam nie tak dawno odwiedził Grecję, bo o intruzach wiedziałby równie niewiele.
Właśnie miał zamiar podjąć próbę przedarcia się nieco bliżej wnętrza obozu, ale szmer poruszenia się czegoś za nim odwrócił jego uwagę. Rosły wilk o niemal czarnej sierści stał za nim w niedużej odległości czekając, ale widocznie zniecierpliwiony. Całą postawą zdawał się prosić o uwagę, bo mając posłusznie położone uszy i pochylony łeb, wiercił się i kręcił w miejscu.
– Jing! Chcesz mnie gdzieś zaprowadzić.
Okrągłe, rozumne oczy zwierzęcia z uporem wpatrywały się w wojownika, podczas gdy wilk okrążył go w pośpiechu, kilkakrotnie popiskując w usilnej prośbie. Bud zazwyczaj nie zwracał uwagi na zwierzęta, wyjąwszy smilodona, którego do niedawna dokarmiał jego brat, bo tygrysa którego kłąb sięgał mu pasa nie dało się nie zauważać, oraz Jinga. Wilk sprawiał zawsze wrażenie zwierzęcia pojętnego i nie nachalnego, dlatego Bud wiedział, że nalega świadomie, żeby za nim pójść.
Jing z pewnością nie należał do zwykłych wilków, był zdecydowanie większy od reszty swojej watahy, a jego sierść była ciemniejsza. Miał także znak w kształcie Epsilonu na czole, ale nie to czyniło go niezwykłym tak, jak jego stopień porozumienia z ludźmi. Poza rozumieniem gestów, nastroju, czy tonu głosu, do czego zdolne jest każde zwierzę, reagował na konkretne słowa i odczuwał energię kosmiczną. Powstał z czystej energii Alioth, żeby opiekować się Fenrilem, w momencie otrzymania zbroi przez najmłodszego z Wojowników. Chłopak uważał go za swojego największego i jedynego przyjaciela, mówił o nim nawet, że jest jednym z tych wilków, które gonią gwiazdy po nocnym niebie.
Kiedy wojownik za nim podążył, Jing skoncentrował się na powrocie po tropach do miejsca swojego odkrycia. Łeb trzymał tuż przy ziemi, uszy miał czujnie postawione. W pewnej chwili musiał złapać wyraźniejszy trop, bo pognał nagle dużo szybciej do przodu i zatrzymał się dopiero obok leżących na ziemi przyprószonych śniegiem kształtów.
Bud już z dalsza domyślił się – była tu bitwa! A może nawet rzeź, zważywszy, że widział ciała ani jednego wroga. Rozpoznał samych zwyczajnych asgaardzkich strażników, których garstka pozostała zapewne pod komendą ubranej w lekką zbroję wojowniczki, leżącej pomiędzy nimi. Teraz z jej tułowia wystawała własna włócznia.
Jing ustąpił z drogi, a Bud rzutem oka oszacował sytuację. To musiało szybkie starcie, najwidoczniej oddziałek wyszedł naprzeciw komuś, kto rozgromił ich w paru ciosach. Dziwnie poczuł się na widok tamtej martwej dziewczyny – była młoda, zbyt młoda, mogła mieć jedynie z paręnaście lat. Poza tym, jej zastygnięta w przedśmiertnym grymasie bólu twarz wydawała mu się znajoma. Ale wzdrygnął się od tego uczucia, bo wcale jej nie znał.
Kto wpadł na to, żeby posłać taki oddziałek bez szans prosto na wroga? Nie miałoby to sensu, bo nawet informacji nie mogliby przekazać, jeśli to miał być zwiad. Posunięcie taktycznie bzdurne.
„Pewnie genialny pomysł którejś z księżniczek…." – pomyślał Bud. Hilda budziła co prawda jego sympatię jako osoba, ale nigdy nie ufał koronowanym głowom, był wobec niej nieufny, jak byłby względem każdego władcy. Oni byli zbyt odlegli od spraw zwykłych ludzi, żeby ich rozumieć i obchodzić się ich potrzebami.
Nie opłacało się tracić więcej czasu na widok zwłok i krwi zakrzepniętej na wzorowanych porostami kamieniach. Wilk w dalszym ciągu wydawał się zaniepokojony, a już kiedy od pobliskiego fiordu doszła ich nagle fala energii wraz z podmuchem wiatru, obaj postawili się w gotowości. W krajobrazie nie zachodziły żadne zmiany – chmury przesuwały się po niebie w swoim tempie, a na powierzchni wody wędrowały z prądem kawałki zawiązującego się już stopniowo w lód śniegu. Lecz za to natężenie energii kosmicznej w jednym punkcie otoczenia wzrosło. Wskazało im, zapewne przez błąd wroga, ukrywane dotąd położenie jednego z nich i z miejsca ruszyli w tamtym kierunku. Wbrew pozorom, źródło to nie zawiodło ich ku obozowisku Greków, ale Pałacowi…
