Jing nie przestąpił bram Pałacu, lecz i tak przez całą drogę do tej pory bacznie pilnował księżniczki Flamme, niemej zupełnie ze wstydu. Odprowadził ją wzrokiem pod same drzwi, a ona posuwistym krokiem udała się na komnaty. Nikt nie zwrócił nawet uwagi, jak ciemna sylwetka wilka wycofała się do lasu i rozpłynęła we mgle.
Niewiele wcześniej niż księżniczka, jednak w jakże burzliwszej atmosferze swe wejście miał jej niedawny towarzysz! Jakiś rycerz z obozu wroga, okuty w całkiem białą zbroję. Przystojny blondyn o symetrycznych rysach i gładkiej cerze, kropka w kropkę ideał, o jakim marzą wieczorami pokojówki i córki rzemieślników.
Rycerz Alcor zawlókł go do Pałacu za kark, tam już jednak przekazał bratu. Serdecznie nie znosił mieszać się w jakiekolwiek dworskie sprawy, włączywszy w to czekanie na audiencję, zdawanie raportu i kłanianie się całej świcie księżniczek, a to wszystko Syd robił z przyzwyczajenia, nawet nie zwracając uwagi.
– Ten tu pajac był z księżniczką Flamme, na jej szczęście na dość wczesnym etapie doczepiania się – oznajmił Bud, popychając greckiego rycerza do padnięcia na kolana, żeby nie musiał dalej go za sobą ciągnąć. – Chociaż…! Jak na mój gust, z niewielkim przekonaniem wyrażała sprzeciw. Hmm, Hagenku mój drogi, widać twoja laska w końcu rozbestwiła się tak, jak ty.
Syd podziękował mu sucho i spojrzał z wyższością na jeńca.
– Uwielbia gadać, manipulant! – dodał Bud, kiwając głową w kierunku rycerza. – Umówiliśmy się, że kark mu ukręcę, jeśli nie stuli pyska i na razie jest grzeczny. Przy tobie też go to obowiązuje.
W tym momencie kucnął na moment obok więźnia i szepnął teatralnie, w przyjaznym tonie, zakrawającym oczywiście na kpinę:
– …masz szczęście, mój brat przejawia niechęć do zabijania. Za to nie ma nic przeciwko torturowaniu. Ja bym rozprawił się z tobą szybko, ale on jest znacznie cierpliwszy ode mnie. Spokojnie poczeka, aż się udławisz, po tym jak przebije ci lodowymi pazurami gardło albo płuca. Mmm, jak miło. Chętnie bym na to popatrzył.
Powstał i uśmiechnął się wesoło, jakby i ta sytuacja była dla niego niczym ponad dobry kawał. I jak to on, znów zmienił temat:
– …tylko wiesz, co? Jedno ciekawe: po cholerę ona tam polazła sama? Hagen jej za mało daje? Odwala tym babom, chcą, nie chcą, same tego nie wiedzą. Nie dopuszczę ich do naszych bab, bo nie będą nam tu po kraju małe pół-ludzie za rok popierdalać pomiędzy nogami. A właśnie. Hej, Hagen! Cho-no tu!
Syd w odpowiedzi na to wszystko tylko westchnął niecierpliwie i również bez słowa zabrał jeńca od razu do Pałacu, byle ten zniknął z pola widzenia, zanim Hagen go rozpozna i postanowi w impulsie gniewu rozerwać na miejscu. Jeśli już by się zawziął, powstrzymanie go graniczyłoby z cudem. Syd natychmiast wtrącił greckiego żołnierza do więzienia, byle szybciej stracić go z oczu. Miał tego dnia osłabioną cierpliwość względem ludzi ograniczonych intelektualnie, tak jak tamten, i ogólnie był w dość ponurym nastroju z powodu ostatnich zaszłości.
Alberycht, który nie znosił z natury tak gęstej atmosfery, jak obecna w Pałacu, z powodu rozkazów nie będąc w stanie przedsięwziąć niczego decydującego, chodził to do Zygfryda, to Syda, swoich najlepszych przyjaciół od lat, żeby ich jakoś zagadać, rozruszać. Niestety, żadnego nie sposób było zmusić do rozmowy, czy wyłuskać odpowiedź ponad równoważnik zdania.
Wojownika Megrez martwił taki stan rzeczy. Rzadko zdarzało się kiedykolwiek, żeby oni trzej nie byli zgrani. Praktycznie dorastali razem, później doszedł do nich Hagen… a już Syd i Alberycht znali się najdłużej, jak bracia. Samym rodzicom zależało, żeby mieli dobre kontakty i potem zarządzali bezkonfliktowo, jak ojcowie. W końcu, będąc zaledwie stopień niżej od książąt, mieli we władaniu po jednej trzeciej Asgaardu. Obaj dziedzice, pierworodni synowie markizów, Alberycht rodu astronomów, alchemików i szarlatanów, a Syd walkirii, łowców i samobójców… sama historia nadała rodom podobne wizerunki. Nie wiedzieć po co mieli sterczeć na chwile obecną w Pałacu, zamiast doglądać swoich obowiązków! Nikt nie miał humoru. W powietrzu czuło się tyle nieprzyjemności i zmartwienia, jakby tu przed chwilą aktywnie działały ciotki Syda i Buda.
A były one niczym złe duchy, snujące się po korytarzach dworku markizów. Nienawidziły wszystkich, a na ich twarzach niezadowolenie wyrzeźbiło przez lata trwałe zniechęcające grymasy. Zazdrość była całym ich życiem, uwielbiały, gdy ktoś tracił coś ważnego lub gdy udawało się kogoś poniżyć. Najbardziej jednak w świecie zazdrościły bratu fortuny, oraz tego, że zarządzał nią bez zarzutu. Nie było czego się przyczepić, a chcąc koniecznie obwinić go za swoją życiową porażkę wymyślały mu różne wady i bezlitośnie krytykowały. Na wszystko miały odpowiedź. Chociażby, najpierw chórkiem głosiły, że Buda wypadałoby zabić, potem równie zgodnie wyrzucały, że się go pozbyto, a finalnie ze zdwojoną siłą marudziły, że jednak żyje.
Dobrodusznego Vila siostry trzymały pod butem, a jego żonę na uboczu, z daleka od wszelkich decyzji. Naturalnym było dla nich przelewać swój jad również na Syda od urodzenia. Póki był dzieckiem i nie potrafił się obronić wciąż panowały nad domem. Krytyka i zastraszenie potrafiły przyprawić małego chłopca o koszmary, ale też stworzyć sobie zaprzysięgłego wroga w dorosłym dziedzicu rodu. Odkąd tylko dojrzał, Syd zepchnął szare eminencje w cień, a gdyby tylko mógł, od razu wyeksmitowałby je z domu na dobre, co by nie musiał więcej ich oglądać. Do tego czasu jednakże, stale był do tego zmuszony, a że jego maniery nie dopuszczały kłótni, w domu nie mówił prawie nic. Wolał spędzać czas z Alberychtem lub na samotnych treningach, żeby nie taplać się w stagnacji i ponurości swojej rodziny. Nauczony doceniać wszystko, szanował swoje życie, korzystając z niego, tak jak jego przyjaciel. Z tego powodu, chłopcy nie tylko nie potracili majątków i nie pogrążyli się w smutku, ale dzięki pracy i nauce osiągnęli więcej, podczas gdy zawistne ciotki pozostawały jeszcze dalej w tyle, same ze swoją trującą zazdrością.
Ci dwaj rozumieli się najlepiej między sobą, bo jako jedyni w całym kraju mieli identyczną rolę społeczną i taką samą presję na sobie. Tak się składało, że obaj byli towarzyscy, więc nie wynosili się ponad innych tak jak mogli, ale podtrzymywali swoje liczne przyjaźnie. O ile w środowisku dworskim nie istniał problem różnic stanu między nimi a znajomymi, w życiu codziennym było z tym gorzej. Od rycerstwa i chłopstwa dzielił ich chociażby sam wygląd. Nie mieli, tak jak Zygfryd i Hagen ubrania zwykłego, byle praktycznego i byle wytrzymałego. Buty sznurowane, klamry, ozdobne paski, robione specjalnie na nich wszystko z najlepszych skór i futer, zwłaszcza płaszcze z kapturami i rękawice, ich prawie że symbole. Inne do domu, inne na wyjścia, inne na polowania. Nie żeby specjalnie o to dbali, w ogóle nie starali się, tylko coś tam dobierali odruchowo nawet nie zwróciwszy uwagi, bo ich elegancja nie była wyuczona, tylko wrodzona. Bano się tych ich rękawiczek i płaszczy, a jeszcze bardziej ich mowy, języka kontekstów. Nie musząc sadzić, plewić, kosić, zbierać, hodować, gotować, wychowywać, sprzątać ani mleć, mogli oddać się polowaniu, czytaniu, szermierce, filozofii i szachom.
Ale gdzież, tego mało kto im zazdrościł. Zazdroszczono pełnego stołu, wysypiania się i nic nie robienia, o które każdy gotów był ich posądzać. Ale kto wiedział, za ile są odpowiedzialni, czym się zajmują i ile to czasu zajmuje, wolałby swoje zagony. Mało kto chciałby nadstawiać głowy za jedną trzecią państwa, bo tyleż miał każdy we władaniu. Inne zajęcia też wcale tak nie kusiły. Może jeszcze myślistwo, czy kulig, ale „filozofowanie" kojarzyło się zawsze bardziej z gadulstwem niż myśleniem, a „myślenie" z knuciem, niż inteligencją. Największym autorytetem cieszyły się rody wojowników, a w arystokracji pozostawało coś nie do końca jasnego, niepokojącego. Mniejsze prosty człowiek miał do niej zaufania, niż do rycerstwa, które w pełni rozumiał i które nie było aż tak wysoko na drabinie hierarchii.
Syd był, jak ten jego herbowy smilodon, zjawą z przeżartych do sedna przez mróz czeluści w górach, gdzie żaden zwykły chłop nie dotarł, gdzie krócej świeci słońce i jest wiecznie ponuro, a duch jego zbroi porusza się pod postacią kudłatych czarnych wijów, jakichś plugawych. Z kolei Alberycht był dla przeciętnego obywatela alchemikiem, astronomem, mistykiem i kto wie, czym gorszym jeszcze. Obawy budziło to, że ponoć potrafił rozkazywać ziemi i drzewom, a do tego nie sposób było zapomnieć, czyim pierworodnym się urodził. Gdyby przed paru laty Alberychta XXX–go nie przebiła rogami na polowaniu jakaś bestia, w swoim czasie ktoś jego samego wziąłby za dzikiego zwierza. „Rudy demon", mówili o nim. Potrafił być do złośliwy bólu, a śmiech miał iście szatański, donośny i złowrogi, dla którego kochały się w nim wszystkie szlachcianki. Śmiał się często, a nawet gdy konał od zadanej rany wydawało się, że nie braknie mu humoru. Przekazał wtedy synowi w swoistym testamencie, że życie to dowcip, a śmierć bywa jego puentą. Miał zastanowić się i dobrze ten dowcip opowiadać, ponieważ będzie martwy, zanim się obejrzy. Bo w życiu chodzi o to, żeby nie pomyśleć na końcu: „trzeba było".
Lecz co takiego miał teraz zrobić, żeby potem nie żałować? Nawet on, pierwszy strateg i intrygant Asgaardu, tego nie wiedział.
