7

Mimme szedł przepisowe dwa kroki za księżniczką. Szybko wybadał sytuację i okazało się, że Katelijna nie bardzo bierze sobie do serca zasady, więc po jakimś czasie chodzenia po monotonnym rzadkim lasku włożył ręce do kieszeni i zaczął sobie nucić, koniec smyczy psiej mając luźnie owinięty dookoła przedramienia. Patrzył w górę, na korony świerków i sosen, przez które przebijało się śmiało poranne światło. Podczas jednego z momentów, kiedy księżniczka nie czuwała, czyli praktycznie kiedykolwiek, mógł ukradkiem odpiąć z obroży malamuta irytujący dzwoneczek, którego ćwierkanie przeszkadzało tak jemu, jak psu swoją powtarzalnością.

Odtąd było już lepiej, jednak w dalszym ciągu wojownik myślał tylko, kiedy będzie mógł wrócić. Nie podzielał fascynacji dziewczyny kwiatami, które splatała w wianki, zbierała do garści i rzucała w powietrze radośnie albo zrywała po płatku na wróżbę. Wydawało mu się niemożliwe, żeby Hagen nie zanudził się śmiertelnie na spacerkach z Flamme na kwiatki. Nie ulegało wątpliwości, że tam flirtowali, albo Hagen zasypiał, bo nie istniały inne możliwości.

Kari właśnie kucała pomiędzy konwaliami, z których była tu cała łączka. Niemożliwe, jak wiele zmienia odrobina dodatkowego ciepła w tym roku. Blada dłoń księżniczki delikatnie dobierała po jednym kwiecie i układała uważnie w bukieciku, tworzącym się w drugiej ręce. Mimme uważał, że jest bardzo ładna, z twarzy była niezwykle podobna do swojej najstarszej siostry ze względu na swoje jasnofioletowe oczy. Część jasnych kręconych włosów nosiła splecione w warkocze po bokach twarzy, reszta opadała swobodnie na jej plecy. Jako że nie wydawało się, że przejmie się etykietą, Mimme pozwolił sobie na więcej i podszedł do niej. Dopiero zaczynała zajmować się konwaliami, więc uklęknął obok niej, a ona nie zamierzała się peszyć.

– Ładne, prawda? – zagadnęła swobodnie.

Dla niego były to tylko kolejne kwiatki. Chłopak potrącił jedną z roślin, podobało mu się, jak kropelki rosy spadają po kolei ze wszystkich dzwoneczków. Choć obecnie śnieg topniał na każdym drzewie i lada moment ciągły widok kropli stanie się niepokojący.

– Nie są złe. Nie znam się na tym – odpowiedział, a w jego głosie jak zwykle gościł tylko spokój i nutka sympatii. Ni mniej, ni więcej.

Katelijna westchnęła.

– Tak… księżniczki tylko na tym się znają.

Nie zbywała go, chciała porozmawiać. Więc czemu nie…?

– Nie ma w tym nic złego.

– Ech, księżniczkom nic nie wolno – westchnęła Kari, a na jej dziecięco okrągłą buźkę wstąpił grymas rozczarowania. – Mogą tylko ładnie wyglądać, być posłuszne i ciche. A ja bym chciała chodzić do miasta, bawić się, pobiegać, poznawać ludzi…!

– Istnieją gorsze problemy, księżniczko, wierz mi – odparł Mimme, uśmiechając się z pobłażaniem dla jej życiowych zmartwień. Wstał i wykroczył poza kwiaty.

– Być może, ale… ty na przykład jesteś wolny, możesz wszystko! – zawołała z przejęciem i również wstała. Zebrała smycze swoich zwierząt i dała się poprowadzić wojownikowi w kierunku regularnej drogi, nawet tego nie spostrzegłszy.

– Hmm, chciałbym, żeby tak było, księżniczko. Zdaję się, że nie miałaś okazji poznać mojego ojca.

Na samą myśl o nim Mimme'a ogarniał lekki niepokój. Obawiał się cokolwiek na jego temat powiedzieć, jakby miał usłyszeć to nawet z końca świata i skrytykować. Folkel wydawał mu się wszechobecny.

– Cóż, z ledwością mogę sobie przypomnieć własnego – odparła Kari bez skrępowania, do takiego stopnia przyzwyczajona do swojego sieroctwa, aż z nim pogodzona. – A co jest z nim nie w porządku?

Najpierw Mimme nie chciał nic opowiadać, wykręcając się, że niepotrzebnie zszedł na ten temat. Ale ona dociekała, więc w końcu zdecydował się ulec dla świętego spokoju. W jedynej obawie, żeby tylko jej nie wzruszyć, podał jej zdawkową odpowiedź.

– Będziesz musiała mi uwierzyć na słowo, księżniczko, że istnieją sposoby wychowania o wyższych stopniach ograniczeń od tych obowiązujących w pałacu. Ojciec za wszelką cenę dąży do tego, żebym stał się taki, jak on, a jak wiesz, zanim konstelacja Wielkiego Wozu obudziła Święte Zbroje, był pierwszym wojownikiem Asgaardu. To oznacza treningi i walkę, walkę i treningi. Umiem walczyć i lubię to. Chcę służyć Asgaardowi, ale nie poświęcając mu każdą chwilę życia i każdą myśl. Nie miałbym nic przeciw temu, żeby życie wypełniła mi muzyka i przychylne otoczenie. Ale ojciec nie może wybić sobie z głowy Zygfryda jako wzorca waleczności i sławy. Znam na pamięć listę wszystkich cech, w których Zygfryd mnie wyprzedza. Nie czuję bynajmniej zazdrości, Zygfryd należy do moich przyjaciół, jednak bywam znużony. Wielokrotnie się zastanawiałem, dlaczego nie zajmował się trenowaniem jego, zamiast mnie.

– Jestem pewna, że chce dla ciebie dobrze, podobnie jak Hilda dla mnie, kiedy mi czegoś zakazuje – pocieszyła go Kari, uśmiechając się promiennie. Nie wydawało się, żeby uwiadomiła sobie przykrość tej historii, chociaż szczerze się rozczuliła.

„I nigdy nie wspomniał ani słowem matki…" – przypomniał sobie Mimme w myślach, ale szybko tego pożałował. Nie chciał, żeby te sprawy dłużej zaprzątały mu głowę, nakierował więc rozmowę mimochodem na inne tory, kiedy księżniczka zaspokoiła swoją pierwszą ciekawość.

Jeszcze przez jakiś czas pozostał markotny, przystawał z wzrokiem utkwionym w niebo czy kałuże, na których księżniczka wesoło rozbijała powierzchnię lodu. Z najdrobniejszymi rozprawiała się obcasem, cienka warstewka trzeszczała charakterystycznie, gdy tworzyły się promieniste pęknięcia. Potem dziewczyna bawiła się z jednym ze psów rzucając mu patyk lub sypiąc w jego kierunku śniegiem, który ten w podskoku łapał w powietrzu. Nawet nie próbowała angażować w to swojego ochroniarza przekonana, że dla niego zabawy tego rodzaju to głupota czy wstyd. Na szczęście, patrząc na jej wesołość nie dało się długo pozostać obojętnym. Zamiast spoglądać na otoczenie z góry, kiedy psy zaczęły się gonić dookoła niego, Mimme uśmiechnął się. Kari w mig to uchwyciła i znalazła się obok.

– Nie nudzi ci się ze mną aż tak bardzo, nie? – porzuciła już całkiem oficjalny ton.

Wyraźnie chciała go sprowokować na tory rozmowy nieformalnej. W sumie i on chętnie porzuciłby konwenanse, jednakże był zbyt wysoko postawiony, żaby pozwalać sobie na coś takiego. Utrzymywał stosowny dystans. Nie było to łatwe, gdyż przywykł raczej zaskarbiać sobie ludzi, niż ochładzać kontakty. Nie chcąc, żeby podczas przedłużającej się właśnie ciszy wpatrzona w jego oczy księżniczka zaczęła kontemplować, czy są pomarańczowe, czy też rubinowe, jak poniektóre dziewczyny, odchrząknął i zagadnął:

– A czym się właściwie zajmujesz w Pałacu? Jak się mają twoje siostry? – odpowiedzi na te pytania rzeczywiście go interesowały, a przy okazji nadał im brzmienie przypadkowych.

Jego ostrożność była więcej niż wystarczająca, jako że Kari pozostawała i tak wylewna.

– Niczym takim, naprawdę! Ciągle się tylko czegoś uczymy, czy literatury, śpiewu, języków czy historii, albo przesiadujemy przy kominku – odpowiedziała, machnąwszy energicznie ręką. Trzeba przyznać, że sporo gestykulowała. – Rzadko mamy ostatnio okazję zaczerpnąć świeżego powietrza, a Freya na przykład, w ogóle nie wychodzi poza dziedziniec! A Hilda ostatnio potwornie marudzi. Przeszkadza jej, kiedy wychodzimy poza pokój, nie pozwala nam nikogo zaprosić, a sama, to…

Mimme musiał jej dyplomatycznie wytłumaczyć, że tak jemu nie wypada słuchać, jak jej mówić złych rzeczy o księżniczce, nawet jeśli byłyby prawdą. Musiał obiecać, że nauczy ją grać na gitarze, aby wyperswadować jej w końcu powrót do Pałacu. Najważniejsze, że zdążył potwierdzić zasłyszane niedawno podejrzenia względem Hildy. W tym kontekście, wszystkie te kwiaty dookoła nie wydawały się powodem do radości, ale do obaw o równowagę Asgaardu.