– A więźcie mnie sobie, i tak zaraz się stąd wydostanę – zawołał z głębi celi blondyn z przyklejonym do twarzy kpiącym uśmiechem – Wspiera mnie energia Ateny! Jeszcze wam nakopiemy do dupy!
Syda nie zainteresowała ani Atena ani też wyzwiska, jakie rycerz Łabędzia chwilę później za nim posłał po grecku w naiwnej wierze, że ambasador Asgaardu w Grecji tego nie zrozumie. Wojownik Mizar był zbyt dumny, aby słuchać czy odzywać się do kogokolwiek, kto nie miałby tytułu szlacheckiego albo stopnia oficerskiego, a w dodatku nie był jego rodakiem. Właściwie, do zaoferowania prostakom miał jedynie sarkazm i pogardliwe milczenie.
Jeden spośród wyżej postawionych strażników Pałacowych, który opanował komunikacyjny grecki miał zająć się więźniem.
– Postaraj się coś z niego wydobyć – polecił mu Syd. – Jednak przede wszystkim dobrze pilnuj.
W tym samym czasie księżniczka Hilda tkwiła w pustej Sali Tronowej. Wszyscy ją irytowali swoimi rozlicznymi ukłonami i krzątaniną, więc już tego ranka kazała zniknąć stąd całemu dworowi. Długimi godzinami wpatrywała się w jakiś element dekoracji lub wyglądała za okno w bezruchu. Lecz w końcu i nieprzerwana cisza zdołała ją znużyć. Powstała z tronu i zstąpiła z podwyższenia rozkoszując się majestatem własnych ruchów. Sama nie wiedząc w jakim celu, dała się własnej ciekawości pokierować w jeden z korytarzy.
Księżniczka. Tak jeszcze młoda, a niesamowicie potężna. Już odkąd po śmierci rodziców Oden powierzył Hildzie ich energię kosmiczną, stała się najsilniejszą osobą w Asgardzie. Ponadto, wraz z wiekiem i doświadczeniem jej moc nie przestawała rosnąć. Właściwie, powinna była już dawno mianować siebie królową. Dlaczego jeszcze tego nie zrobiła, jak to jest, że przez tyle lat dawała przyzwolenie na bezużyteczne skrępowanie kapłańską skromnością?
Głowę niosła wysoko, kroczyła przed siebie pewnie, w pełni dostojeństwa i gracji, które przez lata dworskiego życia weszły w krew tej pięknej kobiecie. Idealnie proste włosy Hildy błyszczały łagodnie, jak błękitny poblask na śniegu. Właśnie przez jej ruchy, postawę, zimno bladą cerę i mroźne spojrzenie wydawało się, że uosabia surową zimę Asgaardu.
Po pustych korytarzach rozlegało się jedynie echo stukotu jej obcasów o marmurową posadzkę. Nie rozumiała, dlaczego rozkazała służbę i ozdobne kwiaty usunąć z widoku. Wcześniej było tu tyle życia, które nie burzyło bynajmniej majestatu wnętrza. Wydawało się, że ogląda jedynie atrapę swego domu. Obawiałaby się jednak chociażby spróbować zapalić w kominku, przy którym na dywaniku ze skór przesiadywała z siostrami i przyjaciółmi, wydawało jej się to niezręczne…
Zacisnęła pięść, żeby upewnić się, że obrączkę wciąż ma na palcu i że nie może jej zgubić. Księżniczka nie uważała się za przesądną, jednakże w tajemniczą ukrytą moc tego złotego pierścienia wierzyła, jak w wybawiciela. Co po chwila sprawdzała, czy jest na swoim miejscu, czy nie jest zabrudzony, gładziła jego chropowata powierzchnię. Czasem przyłapywała się na tym i wtedy świadomość, że być może popada w obsesję na tle tej małej błyskotki napawała ją lękiem… lecz ten jeszcze prędzej mijał, niż się zjawiał i kroczyła przed siebie śmiało, tak jak właśnie teraz, ze spojrzeniem stanowczym i lekkim uśmiechem.
Zuchwale wyszła naprzeciw Sydowi i kiwnęła głową w odpowiedzi na jego ukłon i pozdrowienie. Zaczęła się go pytać o więźnia, bo ten wydawał jej się zabawną ciekawostką. Ale w miarę rozmowy przyglądała się mu.
On i Zygfryd byli dla niej od zawsze wcieleniami ideału wojownika. Lecz tym razem to nie cechy charakteru miała na uwadze. Wysocy, postawni, do tego ten dumny spokój i siła. I przecież obaj należeli, on należy do niej, przecież jest księżniczką! Czuła satysfakcję, mogąc co roku delegować go do Grecji przed oblicze Ateny. Już wtedy miała świadomość, jak wspaniale wygląda w swojej reprezentacyjnej zbroi, ech, ten płaszcz i hełm ze skrzydełkami!
– Jak czuje się księżniczka Flamme? – odezwał się i do Hildy powróciła świadomość, gdzie się znajduje.
– Mniemam, że dobrze, kaprysząc w swoim pokoju. Odesłałam ją – odparła beztroskim tonem i nie zwróciła uwagi na jego reakcję. – Nie wydaje mi się to obecnie szczególnie istotne, ale to uprzejme z twojej strony zapytać, dziękuję.
– Pytam dlatego, że pokłóciła się z Hagenem. To bezprecedensowa sytuacja, stąd podejrzewam, że księżniczka może ją przeżywać.
Czy właśnie zwrócił jej uwagę? Hilda nie przypominała sobie, żeby o zdarzeniu już usłyszała.
– Doprawdy? Och. No tak, ostatnimi czasy przestawali do siebie pasować. Ale nie ma co się wtrącać – machnęła ręką, będąc wielokrotnie tego dnia powracającym tematem sióstr zupełnie znużona. – Może lepiej byłoby pomyśleć o jakimś balu…
– Hildo, mamy przecież wojnę.
Zmartwienie w jego głosie nagle otrzeźwiło księżniczkę. „Co ja mówię…?" przeszło jej przez myśl, jakby wcześniej ktoś inny wypowiadał za nią własne słowa. Wpatrywała się w niego z przestraszonymi oczyma, chwilę nie potrafiła wykrztusić z siebie ani słowa. Za chwilę otrząsnęła się i chcąc w jakiś sposób zamaskować zachodzące w niej niespodziewane wahania, odparła:
– …ależ nie, jak to, przecież jeszcze nie ogłosiłam stanu wojny – rzekła naiwnie – Nawet nikt nie zdążył jak dotąd zginąć…
– …za wyjątkiem patrolu, który wysłałaś tego ranka oraz kilku wieśniaków z południowego-wschodu. – sprecyzował jak zwykle rzeczowo Syd, z momentu na moment coraz bardziej zniesmaczony jej lekceważeniem. Dużo bardziej niż przegadywać się, wolałby w tym momencie położyć rękę na jej ramieniu i spytać: „Hilda, co z tobą…?". Kobieta stojąca przed nim wydawała się jedynie marnym sobowtórem księżniczki, oziębłym i cynicznym. Jej energia była teoretycznie ta sama, ale już nie taka ciepła, jak kiedyś i przestawała być mu bliska.
Już zupełnie nie obchodziły jej jego słowa. Nie dochodziło do niej nic, patrzyła tylko. Co ona właściwie widzi w tym Zygrfydzie? Z wyglądu jest porównywalny, za to z charakteru jakiś niewyraźny, niezdecydowany, miękki. Po co jej ktoś taki u boku, a pomyśleć, że jeszcze niedawno chciała za niego wyjść i podobno właśnie dla tych cech! Syda znała całe życie, wiecznie opanowanego i odpowiedzialnego, najstarszego z grupy przyjaciół. Od zawsze był z niego grzeczny chłopak, wychowany żelazną ręką, mogłoby się zdawać, że anioł. A jednak wisiał nad nim cień, duma wyższego urodzenia i bystry umysł cynika. Hilda wiedziała, że gdzieś za tą dobrocią kryje się tak pociągająca ciemność.
Czego te brązowe oczy od niej chcą? Jej przyjaciel? W duchu coś ją kuło w sercu, chciałaby móc rozpłakać się i jak lata temu przytulić do Syda jak do brata, tak jak kiedy jako mała dziewczynka stłukła kolano albo musiała zadecydować o uśpieniu swojego kota. Tym bardziej, że teraz miała tylekroć większe powody do łez. Coś jednak było silniejsze. Przegoniła te myśli i uśmiechnęła się szyderczo. To jej podwładny! Zachichotała nieswojo, jak kokietka. Wyciągnęła rękę ku niemu, znów niczym przez sen, żeby położyć mu na ramieniu…
Nie zauważyła, że to robi, poczuła dopiero, jak szybki ruch twardej ręki strąca jej dłoń.
– Za kogo mnie masz?
Nawet sekundę nie zastanowiła się, czemu tak powiedział, natychmiast się oburzyła. Zacisnęła pięści i wybuchła:
– Zapominasz się! Dla ciebie jestem Hilda Polaris, królowa Asgaardu.
Miało to nim zachwiać? Syd zawsze trzymał głowę wysoko. Wtedy spojrzał po raz pierwszy na Hildę z góry.
– Markiz Viliamrsen, Wasza Wysokość – to powiedziawszy tonem jak najuprzejmiejszym, ukłonił się i odszedł pospiesznie.
Hilda zmarszczyła brwi z niezadowoleniem. Przypomniała sobie, dlaczego wybrała Zygfryda. Nigdy nie uważałby się za chociażby bliskiego jej stanowi, dlatego nie sprzeciwiał się i nie potrafił być bezczelny.
Syd nie dbał o to, co sobie pomyślała. To nie on powinien się wstydzić swoich słów. Wiedział, że nic go za nie nie spotka, póki władczyni będzie potrzebować go na wojnie. Zawsze uważał, że byli oboje ponad podobnym zachowaniem i nie przyszłoby mu do głowy, że Hilda kiedykolwiek zechce się do niego przystawiać. Co ona sobie myśli, do niego, najlepszego przyjaciela Zygfryda? To było jak jakiś makabryczny żart, niepojęte, nienormalne.
Silnie zdenerwowany wyszedł na dziedziniec, byle tylko nie tkwić wewnątrz. Myślał jedynie o tym, że nie ma go tam, gdzie go potrzeba. Nie wątpił w umiejętności obronne swoich oddziałów, ale prócz niego nikt nie posiadał tam energii kosmicznej i wystarczyłoby, żeby jeden wrogi jej posiadacz tam wtargnął, a potrafiłby wyrżnąć mu całą rodzinę w pień. W obecnej sytuacji Syd mógł liczyć jedynie na bezinteresowne wsparcie Buda oraz samoobronę Mimme'a i Hagena, których ziemie pod niego podlegały. Szanowna księżniczka! W czym jej zawinił, że zmusza go do zostania w Pałacu, do pozostawienia bez nadzoru swoich ziem w krytycznym momencie i to tylko po to, żeby się przymilać? To nie może być Hilda. I co jej strzeliło do głowy, żeby nagle nazwać siebie królową, będąc wciąż w stanie panieńskim?
Na zewnątrz Syd natknął się na rozmawiających Buda i Hagena. Dowiedział się przy tym, że zdaniem Flamme jej posunięcie było całkowicie celowe, podobno sama poszła szukać wroga, żeby spróbować negocjacji o pokój.
„Ten idealizm je w końcu pozabija" – pomyślał w odpowiedzi na wiadomość o kolejnej niedorzeczności ze strony rodziny królewskiej. Młodsze księżniczki żyły chyba w jakimś innym świecie. Pokojowe pertraktacje…? Jako człowiek pół życia zajmujący się polityką i dyplomacją, mógł tylko zwiesić głowę z rezygnacją.
– Rozmawiamy o babach – zagadnął go Bud i gestem zaprosił do podejścia bliżej. – Właśnie, znajdźże w końcu jakąś, bo jeszcze pomyślę, że jesteś z tym rudym kurduplem i będę musiał cię zabić. Co, coś z księżniczką. Te twoje księżniczki. Pieprzyć księżniczki. Są zbyt wysoko, by cię wysłuchać, a jeśli wysłuchają, to ty będziesz zbyt pospolity, żeby pomogły. Trzymaj się z dala od ludzi, którzy zabronili sobie być ludźmi, byle ładnie to wyglądało.
– Jak zwykle nie wiesz, co wygadujesz – odmruknął na końcu tej całej wypowiedzi Syd. Mimo że byli bliźniakami, jednakowe jasnozielone włosy i powierzchowne rysy nie wystarczyłyby, żeby ktoś pomylił ciszę i dostojność Syda z wybuchowością i bezpośredniością Buda.
– A co do Hildy, na twoim miejscu poskarżyłbym się Zygfrydowi. Jeśli nie ty ani ten mały, co ją co chwila planuje zrzucić z tronu, to tylko on do niej przemówi. Chociaż tak po prawdzie nie wiem, czy nie łatwiej by było, jakby wszystkie te ofermowate księżniczki naraz szlag trafił i Zygfryd mógłby w końcu sam zadecydować! – mówił dalej Bud, nie zraziwszy się rzecz jasna dzisiejszą małomównością brata, a wręcz korzystając z niej, żeby mógł sam mówić jeszcze więcej. Towarzystwo Hagena również nie stwarzało mu konkurencji w tej kwestii. – Hm, a tak swoją drogą, to sobie myślę: po co było ją tak od razu odganiać? O ile pamiętam, kiedyś ci się podobała. Co ci szkodzi.
– Co ty opowiadasz, dziesięć lat temu. Zdarza się każdemu szczeniakowi, ale rozsądni ludzie wyrastają z takich głupot. Miałem zamiar właśnie porozmawiać z Zygfrydem, chociaż znając jego zauroczenie tą kobietą, niczego nie wskóram – odparł niecierpliwie Syd, wywracając oczami. Jego brat nigdy się nie zmienia. Kiedy już do głowy wpadnie mu jakiś rewelacyjny pomysł, najlepiej wtedy od razu przenieść siłę z jego samo-zachwytu na pożyteczne działanie. – To wy już idźcie z Hagenem.
– Ja nie idę – wycedził ponuro Hagen, cały czas najeżony złością. Przez zdenerwowanie drapał powierzchnię żerdzi, o którą opierał rękę i drewno zaczynało się już żarzyć w tym miejscu. Gdyby nie był na terenie Pałacu już dawno byłby coś spalił.
– Zwariowałeś do reszty? – zwrócił się do niego Bud, nie wierząc własnym uszom. – Przez NIĄ? Przecież wiesz, że baby to tylko baby, teraz mówią jedno, a za chwilę drugie. Kocha, nie kocha, wszystko to gówno warte, kiedy ci państwo napadają!
– Odwal się, z łaski swojej. I tak zrobię, co chcę – syknął Hagen, w którym wściekłość tylko rosła z chwili na chwilę.
Ale wojownik Alcor musiał mieć ostatnie słowo, popatrzył mu prosto w oczy zuchwale.
– Nie jesteś gotów walczyć, i tyle! – prychnął, machając na Hagena ręką. – Wszyscy są jacyś niedorobieni, kto im zbroje dał…
Jeszcze tego im brakowało, żeby doszło do kłótni pomiędzy wojownikami tej samej strony.
– Dość – przerwał im Syd zdecydowanie. A kiedy on już czegoś zażądał, to tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Bud, w tej chwili na posterunek.
Ten spojrzał na niego krzywo, ale tak on, jak i Hagen musieli uznać jego zwierzchnictwo dopóki popierał rozkazy Hildy. Mimo pozornie równej rangi świętych wojowników, wiek i pozycja społeczna ustalała wśród nich hierarchię.
– …phh… tak jest! – odmruknął w odpowiedzi sarkastycznie. Ale przynajmniej to krótkie otrzeźwienie zmobilizowało go do powrotu na front, gdzie był najbardziej potrzebny. – Dam ci znać, jakby się na coś u nas zanosiło.
„U nas", czyli na terenie Syda, o który rzecz jasna najbardziej dbali. Byłoby łatwiej, gdyby nie ten głupi rozkaz, żeby jego brat i Alberycht zostali w Pałacu. Przez to, że nie pilnowali swoich terenów, praktycznie cała obrona pozostawała na głowie Buda. Na szczęście do tej pory panował nad sytuacją, ponieważ wróg trzymał się tylko jednego rejonu.
„Zakochany…! Niedojrzały i tyle!" – pomyślał na odchodnym, lecz już chwilę potem wyrzucił z głowy Hagena i skoncentrował myśli na swoich obowiązkach.
Za to wojownik Merak pozostał jeszcze na swoim miejscu. Przewidywał, że Syd jest przeciwny jego postanowieniu bierności. Spodziewał się od niego chociażby słowa, znaczącego spojrzenia lub jakiegoś gestu. Ale nic. Żadnych pretensji, żadnej opinii. Można powiedzieć, że pozostawiał zdanie Hagena w zakresie jego własnych spraw do tego stopnia, jakby ten wcale nie istniał.
Właśnie dlatego, że z natury był sentymentalny, Syd nauczył się odkładać wszelkie nieistotne sprawy osobiste na bok, kiedy przyjmował rolę towarzysza broni, nie przyjaciela. To, co uważał o decyzjach Hagena nie miało znaczenia, on mógł robić absolutnie co sobie zażyczył, dopóki Hilda nie wyda mu rozkazów. Nie wydała żadnych. Jak do tej pory, obrona na froncie pozostawała wyłącznie na łasce inicjatywy poszczególnych wojowników. Z drugiej strony, Syd nie miał powodów zbytnio martwić się bieżącą postawą Hagena. Znając jego bojowy duch, zmienny temperament i naturalną troskę o ojczyznę szybko zmieni zdanie i rzuci się w wir walki. Póki co, energia kosmiczna Merak drzemała, jednakże do rozgorzenia potrzebowała jedynie iskierki.
Obecnie w Hagenie szalała burza myśli i sprzecznych uczuć. Dopiero uświadomiwszy sobie, że może stracić Flamme poczuł, że mu zależy. Rzeczywiście, nie był sprawiedliwy, bo jego nie zobowiązała tak jak arystokrację obyczajowa powściągliwość. Dla nich sam pocałunek był praktycznie jak zaręczyny, a Hagenowi do podobnej cnotliwości było niezmiernie daleko. Tak jak każdy inny przedstawiciel rycerstwa nigdy nie miał obowiązku ani zwyczaju ograniczać sobie kobiet. Prawdopodobnie dlatego, że on i księżniczka nigdy nie uznali ostatecznie swojego związku jako takiego. Dotąd po prostu gdzieś to nad nimi wisiało, nieokreślone i na tym etapie zostawało. Zawsze była od niego zależna i nie wydawało się, żeby musiał się więcej starać. Wnet okazało się, że tak on, jak i ona mogliby równie dobrze być z kimś zupełnie innym. Instynkt podpowiadał mu coś zrobić, działać! Lecz nie potrafił dopuścić do siebie możliwości, że jeśli Flamme kogoś wybierze, to niekoniecznie jego. Takiej prawdy nie chciał znać. Nie chciał się widzieć z księżniczką. Poszedł w swoją stronę.
