9

Bud nie tracił czasu i powrócił na południowy-wschód, tak jak Fenril, aby przyjąć na siebie pierwsze uderzenia. Trudność patrolowania frontu polegała na tym, że tamci mogli zaatakować w wielu idealnych do tego punktach, bo nadmorskie wioski były luźno rozproszone, a obrońców tylko kilku. Wszystko działo się szybko, cywile nie mieli pojęcia, że coś im zagraża, a nawet nie całe wojsko zdążyło do tej pory usłyszeć o wrogu.

Zwykle to energia kosmiczna Hildy, powiązana z każdym mieszkańcem kraju, przesyłała wszystkim natychmiastowy sygnał w postaci impulsu, żeby mogli choć zacząć coś podejrzewać albo stanąć w gotowości. Nie stało się nic takiego, moc Polaris unosiła się stąd tam z wiatrem, rozleniwiona i uśpiona. Za to zaniepokojone awatary Fenrira, Sleiphnira i Fafnera przemykały po powierzchni topniejącego paku południowego wybrzeża oraz krańcach lasów południowych. Ich gwiazdy błyskały na niebie, kiedy ścierały się z obcymi energiami, nie chcąc pozwolić im na rozchodzenie się po przestrzeni Asgaardu.

Coś się zbliżało. Niemożliwe do odczucia bez szóstego zmysłu spięcia między siłami spowodowały, że duch Fenrira rozgorzał. Coś się stanie! On, będący obecnie w stanie największej gotowości, od lat był najsilniejszym z awatarów Świętych Wojowników, dzięki uosobieniu w Jingu. Już tu jest.

Zapadał już zmrok. Fenril nie odczuwał ani odrobiny zmęczenia, poprzez pobudzenie jego energii, odczuwalne tylko przez jego samego i siostrzane siły. Wraz z postępującą ciemnością mróz się zaostrzał, wciąż jednak było niezwykle ciepło jak na zimowy wieczór. Jego zbroja nie wydała najmniejszego dźwięku, kiedy uklęknął na omszałej krawędzi zlodowaciałego klifu. Znał te tereny doskonale, tak samo jak niedaleki las, należący dawniej do jego nieżyjących rodziców. Tutejsze przełęcze przecinały drobne strumienie; nieregularnie uformowane klify lądolodu przemieszane z masywnymi lodowymi wzgórzami były dla niego tym lepszym polem manewru, im bardziej nieprzyjazne były obcym.

Wiatr od morza wiał mu w twarz; Fenril nie spuszczał z oka przemierzających niezdarnie wąwóz Brązowych Rycerzy. Trzech. Jeden szedł sam na przedzie, pozostali daleko w tyle, zapewne w ramach elementu zaskoczenia, który mógł teraz wykpić. Obserwując wroga z góry, wilki ciągle wyczuwały go dokładnie. Wojownik i jego stado ostrożnie podążali za niewyraźnymi szarymi sylwetkami w dole, czekając na zgęstnienie wieczornej mgły. Z dołu byli niemożliwi do zauważenia.

W odpowiedniej chwili Fenril zostawił wilki w tyle, zakradł się naprzeciw pierwszemu z rycerzy, kiedy ściany lodowego wąwozu zakrzywiały się tworząc kotlinę. Był gotów na cokolwiek miało nadejść. W ostatnim momencie nasunął na głowę hełm, granatowy jak i reszta zbroi, było to dla niego jak ostatni głęboki wdech przed występem. Już.

Natychmiast powstał, złożył palce przy ustach i zagwizdał głośno, dając znak wilkom do ataku. Zeskoczył zwinnie po skałach i w paru susach znalazł się przed czarnowłosym rycerzem. Błysk ukrytej dotąd energii, warknięcia otaczających kotlinę wilków, moment zaskoczenia i Shiryu ugiął się pod nagłym atakiem. Już wcześniej wiedział na pewno, że zostanie napadnięty. Już po paru sekundach poderwał się na równe nogi i odepchnął od siebie napierające wilki wybuchem zielonkawego światła. Jednakże, wytrącony z równowagi poczuł naraz rozpędzone uderzenie Fenrila, którego nie zdążył odparować i siła odrzuciła go w tył, wprost na lodową ścianę.

– Wynoście się, skąd przyszliście! – wrzasnął wojownik, aż jego przywykły do szeptu głos zachrypiał. Działo się mu tak zawsze w napływie silnych emocji. – Macie już pełno terenu!

– Nigdy nie zaszkodzi mieć odrobinę więcej! – odkrzyknął przeciwnik lekceważącym tonem, na widok niepozornej postury Fenrila.

Tego z kolei wyraźnie irytowała ta arogancja. Bywało, że czasem przez swą naiwność sprawiał wrażenie dziecinnego, ale kiedy nadeszła potrzeba, nie brakło w nim odpowiedzialności czy bojowego ducha. Ani przez moment nie wahał się stanąć przeciw Rycerzowi Smoka będąc świadomy, że ten ma wsparcie. Nie było innego wyjścia.

Jego ataki nie były bardzo silne, za to niezwykle szybkie, tak samo jak uniki. Z tego powodu, dodatkowo przez asystę wilków, nie dało się go praktycznie dosięgnąć. Rycerz smoka nie tracił jednak morale. Starcie przebiegało błyskawicznie, atak odpowiadał na atak.

– Ciesz się, póki możesz! – wrzasnął Shiryu, nie przestając odpierać tarczą, unikami i kontratakiem gradu ciosów ze strony zwierząt i ich pana. Siła Fenrila wydawała się zdublowana, kiedy w zgodnym czasie ataki o jednakowej mocy padały ze strony wojownika i Jinga, jakby byli jednym.

"Nieźle się uwija ten dzieciak, zwycięstwo nie jest takie pewne. No szybciej, kiedy oni tu w końcu dolezą!" Atakował wpół na oślep, nie mogąc skoncentrować uwagi na jednym wrogu będąc atakowanym, chociażby nie najmocniej, z każdej strony. Ile tu jest tych cholernych futrzaków!

Rycerzowi Smoka wreszcie udało mu się trafić Fenrila z impetem i zyskać na czasie. Skorzystał z momentu jego zachwiania, żeby jednokrotnym promienistym wybuchem energii odrzucić od siebie wszystkie wilki i użyć swojego ulubionego ataku, Gniewu Smoka. Wojownikowi ani Jingowi nie wyrządziło to wiele szkody, za to padło parę zwykłych wilków.

Fenril odruchowo obejrzał się za nimi z żalem, ale nie przestawał koncentrować się na wrogu. Atak za atakiem, cios za ciosem, byli niesamowicie szybcy. Shiryu czuł na sobie raz po raz uderzenia błękitnych wiązek energii Epsilonu i słyszał zgrzyt metalowych pazurów o powierzchnię swojej tarczy, którą z trudnością nadążał się zasłaniać. Najbardziej zależało mu na zyskaniu na czasie. Musiał wytrwać, aż dotrą tu jego towarzysze, do których wysłał naglący impuls przy użyciu powierzonej mu cząstki energii Ateny.

W pewnym momencie Jing przestał go atakować, odwrócił się bokiem i wyszczerzył kły, warcząc groźnie. To w ich kierunku, przyszli! Fenril nie pozwalał swojemu przeciwnikowi dołączyć do nich, nie przestając co chwilę atakować. W tym czasie pierwszy z przybyszów, najprawdopodobniej przywódca, sądząc po surowej minie i władczym tonie głosu, sam przyłączywszy się do walki z Fenrilem rozkazał drugiemu wyminąć wszystkich i biec dalej.

Jednak Jing zastąpił greckiemu rycerzowi drogę i zaciekle pilnował przejścia. Rede był najmłodszym i widocznie najmniej doświadczonym z trójki, ponieważ kilka razy zawahał się ułamek sekundy przed działaniem. Te drobniutkie opóźnienia nie byłyby zauważalne dla kogoś z zewnątrz, ale dla posiadaczy energii kosmicznej nawet taki drobiazg mógł mieć znaczenie, Jing błyskawicznie wyczuł w nim odrobinę niepewności. Dlatego też tej uosobionej w zwierzęciu czystej energii Świętego Wojownika łatwiej było unikać uderzeń zakończonych kolczastymi kulkami łańcuchów, broni Rycerza.

Walka okazała się trudniejsza niż Grecy przewidywali. Już raz wycofali się z potyczki z nim, kiedy wojownik Epsilon przyszedł na pomoc Tollowi. Tym razem nie dadzą za wygraną.

– Ikki! Wilki! Zacznij od nich! – krzyknął rycerz Smoka i Fenril zdążył tylko się obejrzeć, kiedy w jednej chwili salwa rozżarzonych jak ogień rdzawopomarańczowych pocisków pomknęła w kierunku zwierząt i rozległ się bolesny pisk kilku z nich chwilę przed tym, jak poupadały na ziemię.

Dla Fenrila wilki były praktycznie rodziną odkąd został osierocony wiele lat temu. Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu było okazywać słabości do nich, nie zawołał więc ani słowa za nimi. Mimo to nie miał najmniejszych szans ukryć swoich emocji, bo momentalnie jego twarz zmieniła wyraz, a ruchy straciły na precyzji. Grecy upewnili się, że to jest to.

Jeden z nich nie przestawał zajmować się Fenrilem, za to pozostali dwaj zaczęli kolejno wybijać stado, aż zwierzęta jedno po drugim padały bez czucia. W kilka sekund została z nich zaledwie połowa.

– Niee…! – ochrypłe zawołanie wyrwało się z piersi Świętego Wojownika, odsłaniając w nim prosty chłopięcy strach i wtedy Rycerze już całkiem zapanowali nad sytuacją. Natychmiast wykorzystali moment przewagi, żeby naprzeć na niego równoczesnymi atakami, podczas gdy on odpowiedział na to przy jedynie ułamku poprzedniej skuteczności.

Rycerze nie pojmowali, jak można mieć już w tak młodym wieku równy talent do walki, a przegrać z powodu kilku wilków. Dla nich, jak z resztą większości ludzi, były tylko kłębkami szarego futra na czterech łapach z zaślinionym pyskiem pełnym ostrych zębisk i sympatia względem czegoś takiego wydawała im się niedorzeczna. Nawet nie mogli do końca uwierzyć, że na wojnie jego potrafią go obchodzić bezmyślne futrzaki. Sami o niewiele się troszczyli, celowo zostali zrekrutowani z sierocińców, nie mieli rodzin, opuścili swoje ojczyzny dla służby armii greckiej i właśnie taka sytuacja była dla nich wyśmienita: żadnych sentymentów i odpowiedzialności. W przeciwnym razie można byłoby podejść ich równie łatwo, jak Fenrila. Teraz najważniejsze, że ich metoda zadziałała.

Brązowi rycerze zgrali się i w parę chwil dobili wszystkie wilki, poza paroma, które przegonili oraz Jingiem, któremu Fenril rozkazał utrzymać się z daleka. Musiał to zrobić, w ramach kapitulacji, którą wymusili na nim ostatecznie przeciwnicy. Nie miał już cienia szans z którymkolwiek z nich, tym bardziej, że widok śmierci wilków wprowadził go w stan szoku.

Spodziewał się, że wtedy go zabiją, ale nie wykorzystali tej szansy natychmiast. To wzbudziło w nim tym większy niepokój. Co planują? Wystarczyło, aby rycerz Feniksa Ikki, lider grupy, rzucił do towarzyszy:

– No to gdzie on ma ten kamień?

Wszystko to działo się w przeciągu sekund. Rycerze ledwo spostrzegli, że szafir, którego szukają jest wbudowany w pas Fenrira, a elementy jego ciemnoniebieskiej zbroi rozstrzeliły się na wszystkie strony – zupełnie jakby ktoś rzucił kamieniem w gromadkę żab – i poznikały, rozpłynąwszy się momentalnie na mgłę.

– Nie dostaniecie tego! – jęknął Fenril, bo osłabienie w połączeniu z paniką odebrały jego głosowi brzmienie krzyku.

– To się okaże – oświadczył Feniks ponuro i zamachnął się na niego, ale Shiryu z miejsca go powstrzymał.

– Czekaj, skoro ma to w zbroi, a ich zbroje znikają, kiedy umierają, sporo ryzykujemy – szepnął do niego po grecku. – Trzeba się najpierw upewnić, że kamień nie przepadnie.

Rycerz stojący najbliżej ciosem w brzuch zmusił wojownika do padnięcia na kolana.

– Dogadajmy się – powiedział. – My pozwolimy ci szybko umrzeć, a ty oddajesz nam tamto świecidełko. I wyjaśnisz, jak się go używa.

Fenril zakasłał i próbował opanować drżenie rąk, którymi podtrzymywał się klęcząc.

– …nie wiem, do czego służy, ale mam go bronić za wszelką cenę… – mówił coraz ciszej, a pozostający daleko Jing popiskiwał bezradnie i kręcił się w miejscu, nie mogąc pomóc.

Ikkiego wyraźnie irytowało, że nie może natychmiast dostać od niego tego, co chce, ale pozostałym rycerzom wydawała się odpowiadać gra, którą prowadzili z pokonanym. Ich podejście zdradzało, że nie są wprawieni w wojnie.

– Cóż za ironia losu, my też nie wiemy po co są, ale mamy je wszystkie zdobyć, też za wszelką cenę – odparł Rede, kręcąc niecierpliwie łańcuchem niebezpiecznie blisko Fenrila. W tym rzecz: nikt z nich nie wiedział, do czego były potrzebne. W ten prosty sposób przełożeni nie musieli obawiać się, że wiedza przeniknie w niepożądane ręce. Zatem sami najeźdźcy działali w pewnym sensie po omacku. – Ale kto mówił, że wojna będzie miała sens. Takie są rozkazy. Po prostu radzę ci się nie ociągać z oddaniem go nam, to będzie krócej bolało.

Z chwili na chwilę rycerze stawali się coraz mniej cierpliwi i stopniowo zaostrzali ataki. Fenril jednak nie przywoływał z powrotem swojej zbroi, choć nie miał pewności, że po jego śmierci szafir nie trafi i tak prosto w ręce wroga. Czym w ogóle były szafiry? Nawet gdyby chciał, nie mógł im zdradzić. Wiedział tylko, że w każdej zbroi Świętych Wojowników jest jeden taki kamień, a wszystkie razem zebrane mają wyjątkową moc. Mogło to być wszystko – metafora, mit, plotka! Tak czy siak, miało związek z energią Wielkiego Wozu i bezpieczeństwem kraju i nie mógł ułatwiać wrogowi manipulowania nim.

Z resztą, Fenrilowi było już wszystko jedno, co się z nim samym stanie. W takiej sytuacji śmierć miał gwarantowaną, nieważne jak by postąpił. Jing zawył przeciągle, kiedy energia kosmiczna Epsilonu wygasała.