– Nie, zostaw, to nic nie da…
– Toll, proszę cię! Nie możesz chodzić w tym stanie…!
– Dajcie mi spokój – odwarknął wojownik, z ledwością panując nad sobą. Nie miał zamiaru tym razem słuchać ani żony, ani Unni, które zostawały przy nim w wiosce. – Zawracaj tam, podły tchórzu! Wracaj i płać własną krwią!
Dłonie stojącego naprzeciw niemu wojownika aż drżały od tłumionej złości. Odkąd Toll zatrzymał go i zmusił do zejścia z konia, to na niego skierowało się spojrzenie pełnych nienawiści jasnobłękitnych oczu. Jednak była to nienawiść straszna, bo chłodna, jak u szaleńca. Nic nie było w Hagenie tak przerażające, jak krzykliwy kontrast jednoczesnego żaru i zimna duszy. Milczał wciąż, ale specyficzna precyzja jego ruchów zdradzała wrogość.
– Zbroja Bety ciebie wybrała, a ty uciekasz – wytknął go palcem Toll, choć ledwo trzymał się na nogach. Rany rozjątrzyły mu się już na nowo, ale nie zwracał na to uwagi.
– Uważaj, do kogo się zwracasz – wycedził w końcu przez zęby Hagen.
– Nie masz prawa więcej nazywać się rycerzem, zdeptałeś własny honor.
Kobiety znieruchomiały w obawie przed wybuchem gniewu ich pana. Ale on nie miał odpowiedzi na te zarzuty, gdyż racja leżała po stronie chłopa. Może i Hagen należał do rycerstwa, ale nawet na własnej ziemi nie mógł spodziewać się szacunku po tym, jak oddalił się od frontu oraz opuścił Pałac. Nie zrobił zupełnie nic.
– Nie na mnie powinieneś się złościć, „panie" – ciągnął wojownik Gamma. – To twoja wina, dałeś dzieciakowi zginąć. Oddałeś go, po prostu zmarnowałeś! Wydałeś za darmo.
– I co niby mam zrobić? Już zdechł i tak! – prychnął Hagen, odpychając olbrzyma agresywnie w tył. Natychmiast wskoczył z powrotem na grzbiet konia i wypiął dumnie pierś. Srebrno-czerwona zbroja połyskiwała niecierpliwie pomarańczowymi iskierkami, jakby podzielała temperament właściciela. Chciał patrzeć na Tolla z wyższością, ale nie było go stać na arogancję. Bił się z myślami przyglądając się obojętnie, jak dziewczyna wspiera swym ramieniem wojownika, a przez bandaże na jego brzuchu zaczyna przesiąkać krew. Nie potrafił zmusić się do zainteresowania nimi. Jak zza mgły doszły do niego słowa:
– Broń swojego ludu. Nie pozwól psom upodlić kraju. Chroń księżniczki…
Wtedy to tętent kopyt od strony lasu oznajmił czyjeś przybycie. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
– Błagam o uwagę, mości rycerzu! – dobiegł ich chrapliwy głos jeźdźca. – Wiadomość od Świętego Wojownika Alpha, rycerza Zygfryda. Wzywa cię, panie, pilnie do Pałacu. Chodzi o księżniczkę.
– Jak to, kurwa, nie ma Flamme! Dorwę tego barbarzyńcę na końcu świata i zetrę w proch! – blat, w który uderzył Hagen rozpadł się z łoskotem, a od jego ramienia rozszedł się po całym ciele jednym błyskiem żar. Zbroja zajarzyła się na żółto, a przyłbica wojownika opuściła się, przybierając kształt maski, przez którą dzikie oczy lśniły jeszcze groźniej.
Podwładni nie śmieli pisnąć słowa w swojej obronie, zamarli w napięciu. Zygrfyd stanął pomiędzy nimi a Hagenem.
– Rozumiem, że trudno w to uwierzyć, ale księżniczka celowo rozkazała go uwolnić. Chciała, żeby zaprowadził ją do obozu dowódcy na pertraktacje pokojowe. Wnioski z wcześniejszego wypadku najwyraźniej do niej nie dotarły – podkreślając to, Święty Wojownik Alpha miał nadzieję, że przynajmniej Hagen posłucha głosu rozsądku.
– Nawet nie myśl o tym, żeby mnie zatrzymywać – syknął ten ostatni, bez cienia pokory. Nie bez powodu jego energia kosmiczna, łącząca w sobie siłę lodu i wulkanu, przybrała kształt narowistego boskiego rumaka, Sleiphnira.
– Nie powinieneś nigdzie iść sam, znajdź w sobie cierpliwość. Chociaż pozwól sobie towarzyszyć.
Młodszy przyjaciel Zygfryda był równie porywczy, co rycerski, niestety najwięcej z rycerskości objawiało się w honorowości i brawurze, a mniej już zostawało jej na subordynację. Nie zdążył nabyć jej zanim objął po ojcu władzę nad majątkiem i mimo że był dobrym człowiekiem, nigdy nie wątpił w rację swoich zachcianek i emocji i ulegał im natychmiast.
– Nie potrzebuję twoich mądrości. Zejdź mi z drogi, gnido! Nie wiem, co się stało z walecznym Zygfrydem, jakiego znam. Nigdy by nie dopuścił, żeby pod jego nosem JEJ coś się stało. Idę, a ty nie pokazuj mi się, zanim nie zmężniejesz.
– Może nie pamiętasz, że księżniczka Hilda nie wyraziła zgody, żebyś opuścił Pałac.
– Właśnie to kazałaby mi zrobić! Przysięgałem jej chronić siostrę. Nie mogę czekać i dobrze wiesz o tym – po upływie sekundy Hagen był już na pierwszych stopniach na zewnątrz, obejrzał się ponad ramię – …a na końcu zarżnę wszystkich, którzy pozwolili mu uciec – wysyczał z morderczą zapalczywością, aż wszystkich obecnych żołnierzy niższej rangi przeszedł dreszcz rozwścieczonej energii Merak.
Porwał najbliższego postawnego ogiera z dziedzińca i pognał przed siebie. Wyczuwał, którędy mogli pójść, tereny wokół Pałacu znał lepiej niż swoje własne ziemie. Poganiał konia brutalnie i bez uwagi, zwierzę natychmiast przeszło żarliwą energią gwiazdy Beta, ból gnał je ku granicom możliwości.
Hagen szybko znalazł się poza granicami zabudowań około–pałacowych. Coraz więcej drzew śmigało mu teraz po bokach, bezlistnych i ogołoconych ze śniegu, który opadł przez przyspieszone roztopy. Aleja brzydkich krzywizn gałęzi zgęstniała, a za ostatnim wzgórzem urwała się, ustępując miejsca polanie. Leżała ona przy najdogodniejszej drodze wyjścia z miasta ku morzu, z ominięciem większości zabudowań. To stwarzało idealne sposobności ucieczki i najpewniej właśnie tędy przeszli rycerz z Flamme.
Hagen wyostrzył szósty zmysł, żeby teraz nic nie odwracało jego uwagi od sfery energii kosmicznej. Nie miał pojęcia, jak wyglądał porywacz Flamme, ale energię dowolnego intruza natychmiast rozpoznałby, gdyby znalazł się dostatecznie blisko. Moc wojowników Greckiej armii nie pochodziła stąd, więc wyczuwalna była jedynie na krótki dystans od danej osoby. Natomiast jako Święty Wojownik Hagen mógł przy odrobinie skupienia odczuć z samego otoczenia więcej na temat swoich towarzyszy: jak mocna jest ich gwiazda, czy mają kłopoty, a czasem, czy gdzieś byli. Z tej zależności zamierzał teraz skorzystać, aby natrafić na trop księżniczki.
Nie potrzebował jechać dalej. Nie tracił czasu na wyrównanie tempa po galopie, zeskoczył z konia jeszcze w biegu, pozwalając, by rozchodził się sam przed odpoczynkiem. Mógł mieć pewność, że koń nie ucieknie, polanę z jednej strony otaczały skały, z kolejnej wzgórza, tak że cały czas miałby go na oku. Poza tym, nawet w zimie zawsze rosło tu nieco łatwo dostępnej trawy i zwierzę nie musiałoby wybierać się po nią nigdzie indziej. Ziemia była tu cieplejsza, niż gdziekolwiek na terytorium Asgardu, z powodu bliskości niewielkiego aktywnego wulkanu.
Hagen trenował walkę i wytrzymałość w jego korytarzach od dziecka, ale nie o tym teraz myślał. Dużo bardziej liczyło się, że to tutaj przychodzili z Flamme na schadzki.
Jako księżniczka, nie mogła wychodzić poza mury Pałacu bez eskorty i Hagen poznał ją właśnie jako strażnik przy jej spacerach. Bawili się i urządzali kuligi jako dzieci, ale to szybko przemieniło się w inny rodzaj przyjaźni. W pałacu u młoda księżniczka mogła widzieć się z nim wyłącznie w obecności przyzwoitki, ale czasem udawało im się zorganizować spotkania na polanie na osobności. Ona zrywała kwiaty, opowiadała mu pałacowe historie, a on był przy niej. Przez dłuższy czas Flamme nie wiedziała, że jej przyjaciel jest naprawdę zakochany. Stał z boku, po cichu i opiekował się nią, kiedy tego potrzebowała. Ich relacje rozpływały się w niedopowiedzeniach, a w tym czasie Hagen miewał parę dziewczyn; Flamme traktując go nadal po przyjacielsku nie miała pojęcia, że rani go zwracając się o pomoc do napotkanego przypadkiem rycerza Ateny.
Teraz liczyło się tylko to, żeby ją odnaleźć. Flamme nie posiadała gwiezdnej energii, miała za to delikatną aurę bliskiej rodziny królewskiej i Hagen wiedział, że jest na dobrym tropie. Z początku szedł powoli, rozglądając się. Resztki mokrego śniegu trzeszczały pod jego butami. Nagle natrafił na trop: impuls energii. Uskoczył parę susów w bok, posłuszny odruchowi i właśnie tam zaczęły się ślady. Dwóch osób. Musiał być już blisko. Pobiegł na południowy–zachód, aż za pierwsze wapienne wzgórza, od których rozpoczynały się morskie formacje skalne i zatoki. Mech, skały, kikut drzewa… postać!
Księżniczka leżała na boku, nieprzytomna. Prawdopodobnie upadła w wyniku jakiejś szarpaniny, bo jej włosy w nieładzie przysłaniały jej twarz, ręce leżały bezładnie. Biały płaszcz wierzchni rzucony był parę metrów dalej. Widząc to, Hagen zapomniał o wszystkim na tym świecie poza nią, w tym o swoim gniewie. Padł na kolana obok Flamme, wołając jej imię. Z bliska dostrzegł zziębnięte ramiona księżniczki, brudne od mchu ze strony, na którą upadła. Musiała dłuższy czas leżeć tu bez okrycia. Odczucie, że stała się jej krzywda, której nie mógł zaradzić ścisnęło mu serce i złagodniał, kiedy nagle opuściły go wszystkie siły nienawiści, które go tu przygnały.
Uniósł ciało księżniczki do pozycji półsiedzącej, ostrożnie, jakby była ze szkła. Odgarnął kosmyki loków z twarzy dziewczyny, końcem palca, uważając żeby nie zadrapać jej bladej twarzyczki rękawicą zbroi. Była tak miękka i delikatna w jego ramionach, że opanowała go niemoc, niczym amok. Czuł tylko, że ją kocha i mówił do niej, gładził po policzku, modląc się, żeby się ocknęła. Dopiero po chwili lekko się poruszyła, szepnęła coś. Hagen zrozumiał tylko, że jest jej bardzo zimno. Rozpoznała go, bo uniosła rękę za jego szyję. Przytulił ją bliżej siebie, żeby ciepło płynące ze Świętej Zbroi ją rozgrzało i żeby wyrazić czułość bez słów. Nie był dobry w słowach w jej obecności.
– Hagen… tak się bałam…
– Już, już. Bardzo zmarzłaś.
– …on tu jest – szepnęła Flamme, pokazując palcem kierunek. – Niedaleko.
Hagen spojrzał w tamtą stronę podejrzliwie i nienawistnie, przesyłając rywalowi w myślach śmiertelne wyzwanie.
