Już z daleka nadejście wojowników zapowiedział metaliczny stukot obcasów zbroi o marmurową posadzkę pałacu księżniczki Hildy. Strażnicy usłużnie rozwarli przed nimi białe wrota do sali tronowej i schylili głowy z szacunkiem. Wewnątrz oczekiwała na nich władczyni, usadowiona dostojnie na tronie na ozdobnym podwyższeniu, tuż pod ogromnym posągiem Odena. Ze strony, z której posąg trzymał za ostrze miecz, Hilda miała ozdobną włócznię, na wzór legendarnych broni walkirii. Taki rodzaj berła w jej dłoniach oznaczał tylko jedno: otwartą wojnę.
– Hagen. Zygfryd. Nareszcie – rozbrzmiał władczy głos kobiety. – Czekaliśmy na was.
Wewnątrz byli już Mimme, Syd i Alberycht. W milczeniu przyglądali się, jak Zygfryd wita księżniczkę niskim pokłonem, a Hagen stawia na ziemi wciąż jeszcze słabą Flamme, którą dotychczas trzymał w ramionach. Dziewczyna przerażona złowrogim wzrokiem siostry, nie zważając na etykietę, wtuliła się w jego ramię z cichym jękiem i zamknęła oczy. Energia Hildy była nie do poznania, potężna i przytłaczająca, jej wpływ popychał Flamme na skraj płaczu.
– Masz się z pyszna, moja droga? Zrozumiałaś nareszcie, że należało odnieść się z szacunkiem do moich poleceń? Postąpiłaś bezmyślnie i należało ci się to, co cię spotkało – głos Hildy wydawał się teraz taki donośny i zasadniczy, że obecni czuli się onieśmieleni. – A wam bynajmniej nie rozkazałam jej ratować ani tym bardziej tutaj przyprowadzać.
– Pozwól mi wyjaśnić, pani – odezwał się Zygfryd, występując na przód i klękając naprzeciw tronu.
– Szkoda słów – przerwała mu Hilda, machając pogardliwie dłonią. Od niewielkiego gestu pierścień na jej palcu zabłysnął. – Powinieneś był ją tam zostawić, Hagenie.
– Odnalazłem jej porywacza, księżniczko – głos Wojownika Beta był zimny i opanowany. – Zraniłem go, ale udało mu się uciec. Na wezwanie zabrałem ją ze sobą do Pałacu, gdzie będzie bezpieczna.
To prawda, że Hagen dopadł w końcu Rycerza Łabędzia, bo rzucił się w pogoń za nim tuż po tym, jak pozostawił księżniczkę Flamme pod okiem swoich poddanych. Na szczęście, ona jednak zawróciła do Pałacu przyprowadzić na pomoc Zygfryda, który zdążył w ostatniej chwili wyrwać przyjaciela z wiru walki z Łabędziem. Poczucie słuszności własnych działań wcale nie gwarantowało Hagenowi zwycięstwa, grecki wojownik przewyższał go doświadczeniem po świeżo przebytej wojnie w Świątyni. Poza tym, pozostawał opanowany i wycofywał się stopniowo w kierunku obozu greckiego, gdzie zdobyłby przewagę bez cienia wątpliwości.
Hagen odbierał to wszystko z perspektywy honoru i brał posunięcie Łabędzia za tchórzostwo, a interwencję Zygfryda za przesadną ostrożność. Skoro jednak przerwanie pojedynku nie było jego winą, był w stanie się z nim pogodzić, choć oczywiście stale miał ochotę doprowadzić do kolejnego.
Nie czuł obecnie wdzięczności uratowanego, raczej ból i niesmak wokół wszystkiego, co stało się jego ukochanej. Hagen nie przywykł do chłodu bijącego obecnie od Hildy, jednak nie uważał, żeby nie miała racji w złości na Flamme. Sam uważał, że postąpiła błędnie, chociaż nie koniecznie zasłużyła sobie na pozostawienie swojemu losowi. Wbrew sobie, w myślach skrytykował surowość swojej władczyni względem Flamme, ale jego lojalność nie zmalała.
– Niech ci będzie – odpowiedziała Hilda, podpierając głowę od niechcenia i westchnęła – …i znów ujdzie jej wszystko na sucho.
– Powinna zostać ukarana – dobiegł niespodziewanie głos z końca sali. Mimowolnie pytające spojrzenia wszystkich obecnych skierowały się na osobę Alberychta. Uwielbiał, kiedy tak się działo, dlatego pozwolił sobie na moment ciszy i dopiero podjął znów – Niech zamknie ją gdzieś, gdzie samotność i brak pałacowych wygód rozjaśni jej umysł i nie będzie mogła przysporzyć więcej kłopotów.
Flamme zadrżała z przerażenia na myśl o więzieniu i schowała się za Hagena.
– Właśnie, weź ją stąd precz i zamknij – przystanęła na to Hilda, zirytowana przedłużeniem się całej sytuacji.
Hagen spiorunował Alberychta wzrokiem, oburzony tym aktem złośliwości, akurat kiedy wydawało się, że sprawa zostanie zapomniana i coś skończy się dobrze dla Flamme. Chciał zaprotestować, ale Syd, który nie wiadomo skąd nagle wyrósł u jego boku, szepnął mu półgębkiem:
– Zgódź się i pokłoń.
– Tak jest, Wasza Wysokość. Będzie jak każesz – bąknął zmieszany Wojownik Beta, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie jak najbardziej karnie. Pomimo konsternacji, ukłonił się księżniczce nisko i spuścił wzrok.
– Nareszcie znalazł się ktoś kompetentny u mojego boku – odparła Hilda, spoglądając z nieukrywaną satysfakcją na Wojownika Delty.
Zygfrydowi niezwykle trudno było ukryć, jak ubódł go ten fakt, a Syd widząc, jak zbladł, poczuł żal do Alberychta. Mimme czuł się tym wszystkim zakłopotany i nie mógł przestać wpatrywać się w obrączkę na palcu Hildy, jak zaczarowany. Kto mógłby być tym, który zupełnie zawrócił w głowie damie, o której słyszał tyle dobrych rzeczy? Chyba nie jeden z wojowników…
– Przejdźmy w końcu do istoty sprawy – ciągnęła księżniczka, wyprostowując się dumnie na tronie. – Atena rozpoczęła z nami wojnę. Najwidoczniej nie wystarcza już jej pokój z naszym królestwem lodu, żywą gwarancją pokoju na świecie i zwyciężyła w niej chęć powiększenia jeszcze bardziej swego niszczycielskiego imperium. Niedoczekanie! Ten okaz arogancji i żądzy władzy obraża naszych bogów. Wojska Ateny ulegną sile moich Świętych Wojowników i złożą pokłon potędze Odena. Intruzów nie jest wielu, Hagen i Mimme, dołączycie do Buda na froncie, Alberychta i Syda zwalniam z ochrony Pałacu, możecie wracać pilnować swoich terenów, dopóki was nie zawołam zajmujcie się przygotowaniem lokalnego wojska do obrony. Zygfryd zostaje na straży Pałacu do odwołania. Możecie odejść.
Wojownicy pokłonili się raz jeszcze i po kolei opuszczali salę. Mimme pierwszy znalazł się na zewnątrz, od początku było mu do tego spieszno. Hagen miał do niego dołączyć przy schodach wyjściowych, ale jeszcze po drodze na korytarzu zagadnął go Syd.
– Pozwolił ci ją zabrać. Pozostaw ją u siebie na czas, aż wszystko ucichnie. W pałacu nie jest już bezpiecznie.
Alberycht z kolei, nie kwapił się do równie szybkiego opuszczenia sali. Przeciwnie, pozostawał w miejscu, jak nigdy nic, ze swoim podejrzanym uśmieszkiem. Ręce założył dumnie i wytwornie, jakby pozował do portretu. Zygfryd odebrał to jako gest triumfu, przez co nie miał najmniejszej ochoty wychodzić i zostawiać go samego z Hildą. Ona natomiast, widząc to, podniosła się z tronu i spojrzała na nich z podwyższenia, wsparta o złotą włócznię.
– Twój posterunek jest przy głównych wrotach, Zygfrydzie. Czy nie mówiłam, że możesz już odejść?
– Tak jest – odparł po żołniersku, jednak swoją postawą nie zdradzał wewnętrzny sprzeciw wobec własnych słów. – Czy mogę zapytać, od kogo masz tę obrączkę?
– Nie możesz, ponieważ to już nie jest twoja sprawa – odpowiedziała bezwzględnie, schodząc ku nim – Pogódź się, że twoje miejsce zajął ktoś inny.
To było zbyt okrutne, na wpół nierealne, żeby to była prawda. Hilda dorastała po jego ochroną i dotąd wszystko wskazywało na to, że odwzajemniała jego sympatię. Nagle ten pierścień, strój walkirii i ona, zstępująca z ostatnich stopni podwyższenia, żeby okręcić się dookoła Alberychta. Tego, którego zawsze podejrzano o chrapkę na jej władzę i bogactwo. Zbyt okrutne.
Obrócił się na pięcie i wyszedł, słysząc za sobą tylko, jak Alberycht woła mu: „Bywaj, Zygfrydzie", Hilda pozbyła się strażników i odłożyła gdzieś berło, byle tylko zwolnić ręce. Dłonią przeczesała zalotnie grzywkę i podeszła bliżej wojownika.
– Może i Zygfryd jest wymarzonym bohaterem Asgardu z legend – zamruczała cicho – ale jako mężczyźnie sporo mu brakuje z intelektu i brawury poniektórych innych wojowników.
Jej oczy były teraz przymrużone, a palcem wskazującym podążała śladem spiralnych zdobień fraku Alberychta.
– Nie można go za to winić – odpowiedział jej półgłosem. – Potrafi dobrze wykonać rozkaz, od czasu do czasu udusić smoka. I to wystarczy.
Wzrok księżniczki nie zdradzał, ażeby choć odrobinę myślała teraz o Zygfrydzie. Czuła się władczynią, wolną i pewną siebie i sięgała po to, na co miała ochotę. Przylgnęła do wojownika tułowiem delikatnie, z cichym mruknięciem. Oparła głowę o jego ramię, a lewą dłonią zaczęła się bawić jego bokobrodami.
Jako kapłanka nigdy dotąd nawet nie przytuliła się do Zygfryda. Ale teraz zrozumiała, że jest tu władczynią i to jej się należy. Przytakiwała łaskawie, przyjmując komplementy, jakimi darzył ją szlachcic i kontemplowała piękno swojej potęgi. Jej nowa aksamitna suknia przylegała do ciała idealnie, a głęboki dekolt zdobiony złoceniami ukazywał ramiona. Alberycht je ucałował, a ona zaśmiała się kokieteryjnie, czekając na więcej.
Dłonie położył na jej biodra i zaczął je gładzić. Materiał sukni był miękki i gładki, podbity jedynie cieniutką tiulową halką. Taki materiał podkreślał nieskromnie jej kształty i pozwalał wyczuć delikatność skóry.
– Twoja przychylność to wielki zaszczyt, pani – podszepnął Hildzie markiz, a ona zamiast przytaknąć, uniosła głowę i złożyła na jego ustach pocałunek. Zrobiło jej się ciepło, czy to z przyjemności ciała, czy bardziej z satysfakcji w sercu, że odgrywa się na tym, który nie jest jej wart. Pociągało ją zło w oczach Alberychta, było takie podobne do uwodzicielskiej i uzależniającej siły jej pierścienia. Pocałowała go znów, dużo namiętniej, rozradowana poczuciem bliskości złej energii.
Prawą dłoń Hilda miała zaciśniętą w piąstkę i wtuloną pomiędzy ich dwojga. Alberycht płynnym ruchem uwolnił ją, wsuwając rękę spod jej ramienia ku piersi. Wzorowo dwornie ucałował jej blade palce. Były zimne w dotyku, z kolei pierścień, który zaledwie musnął ustami, promieniował od wewnątrz ciepłem.
Hilda przytulała się, z policzkiem opartym o kołnierz białej koszuli. Podobał jej się zapach jego perfum. Tak, Alberycht był dobrym wyborem. Inteligentny, wyjściowy, będzie dobrze prezentował się u jej boku. Że też wcześniej nie przetestowała tego pomysłu!
Odsunęła się odrobinę, żeby znów spojrzeć mu w oczy.
– Jak mogłam do tej pory tak cię nie doceniać, mój drogi – powiedziała po czym zwinnie wyślizgnęła mu się z ramion i z uśmiechem poprawiła fryzurę i sukienkę.
– Zawsze do usług, Wasza Wysokość – odparł, choć tonem nieco niepokornym, co podziałało na księżniczkę. Zdjęła ozdobny hełm i mrugnęła do niego.
– Późno już. Wracam na moje komnaty, a ty bądź w Pałacu jutro wieczorem. Spotkajmy się w moim salonie.
Z sali tronowej wyszli bocznym wyjściem, a główne wrota Hilda rozkazała już zamknąć na noc. Wkrótce Alberycht odprowadzał ją wzrokiem, kiedy znikała na spiralnych schodach prowadzących do wieży. Podświadomie miał ochotę przetrzeć usta rękawem. Poprawił jednak tylko rudą grzywkę, a następnie wyprostował kołnierzyk fraku.
Służba pogasiła już co drugi świecznik, a i powietrze zdążył przeniknąć nocny chłód. Była najwyższa pora opuścić Pałac. Alberycht skierował się do swojej tymczasowej pałacowej kwatery po jeździecki płaszcz i buty. Korytarze były ponure i wyludnione, ostatnimi czasy księżniczka Hilda kazała służbie możliwie najbardziej usunąć się z widoku. Podobno denerwowała ją sama myśl o znikomości pospólstwa, a co dopiero jego obecność.
Po drodze nic, tylko kolumny, arkady, schody, kolumny, arkady. I rytm jego kroków po marmurze. Przejście do skrzydła wschodniego było zwężającą się odnogą głównego korytarza, a przy pierwszych łukach arkad na kolejnym piętrze było już znacznie słabiej oświetlone. Nieliczne pochodnie malowały szare kamienne ściany na brązowo, a wystające elementy zdobień, złote ramy obrazów i białe przebłyski marmurów na migotliwy pomarańczowy. W uszach Alberychta cały czas dzwoniła cisza. Wtem gwałtownie zastygł w bezruchu i odruchowo uniósł podbródek, czując chłód ostrza na szyi.
– Jeden powód, dla którego miałbym cię oszczędzać – usłyszał szept tuż obok siebie i rzucił bez zastanowienia:
– …śledziłeś mnie cały ten czas?
– Dłużej, niż byś sobie tego życzył – wysyczał Syd, zmuszając się, żeby go puścić. Żeby poza walką jego palce obrosły mroźną energią Mizar i zmieniły się w ostre lodowe pazury, musiały nim targać silne emocje.
– Widzę, że potrzebujesz wyjaśnień – odparł Alberycht odwracając się ostrożnie w jego stronę.
– Mnie natomiast zdaje się, że tobie potrzebne są bardziej.
Gdyby był to ktoś inny niż Alberycht, Syn nie wyobrażałby sobie nie doprowadzić do pojedynku. Jeśli kiedykolwiek doszło między nimi do niezgody, ostatecznie zawsze byli gotowi to przedyskutować, tak żeby obaj przyjęli postawę czy pogląd uważane za słuszne. Dlatego w ogóle pozwalał mu się wytłumaczyć.
To, co Alberycht miał do powiedzenia na uzasadnienie swojego zachowania musiałoby być wyjątkowe, bo nie dość, że ostatnio zbyt wyraźnie zdawał się separować od wojowników i interesować sprawami korony, to zuchwałym przejawem poufałości z księżniczką naruszył warunki swojego narzeczeństwa. Jeszcze przed wojną Syd obiecał Alberychtowi rękę Sigrun, swojej młodszej kuzynki, którą miał pod opieką. Obietnica tego związku była żywym symbolem wielopokoleniowej przyjaźni ich rodów i jakiekolwiek ustępstwa stanowiły uszczerbek na honorze ich obu. Formalnie Alberycht nie miał prawa nawet zasugerować zainteresowania innymi kobietami i w obliczu obecnej sytuacji Syd miał prawo spowodować zerwanie zaręczyn. Ale to nie stan formalny był tym, co leżało mu na sercu.
– Wątpię, czy cokolwiek tłumaczy lekceważenie Sigrun – wycedził.
– Nikogo nie lekceważę – odparł Alberycht zaskakująco sucho i z opanowaniem, jak na powagę zarzutów wobec jego tytułu. Nachylił się ku Sydowi i zniżył głos, jednocześnie zerkając, czy w pobliżu nie ma wejść do pomieszczeń, skąd mógłby ich ktoś słyszeć – Obaj mamy oczy, nie będę ci mówił tego, co obaj dobrze wiemy. W tym pierścieniu coś jest.
– Skąd go ma? – suchy lód na dłoniach Syda w zdenerwowaniu rozprzestrzeniał się w górę wzdłuż jego ramion w postaci wzorów z igiełek szronu. Do porozumienia słowa ledwo były im potrzebne, chociaż i tak musiało minąć jeszcze sporo czasu, zanim uspokoi swój gniew.
– Nie stąd. Jest nasycony zupełnie innym rodzajem energii kosmicznej. I to naładowany silnie, jak diabli…
Energie markizów były silnie związane z naturą Asgardu i znali i wyczuwali jej stan lepiej, niż którykolwiek inny Wojownik. Przelotne dotknięcie wystarczyło Alberychtowi, żeby rozpoznać obcość nowej obrączki Hildy. Miał nadzieję, że jego zamiar nie został przy tym wykryty.
Dla pewności, że ich zachowanie nie wzbudzi podejrzeń, dwaj wojownicy przeszli na swoje apartamenty i przygotowali się do opuszczenia pałacu, jakby to zrobili bez tamtej rozmowy. Sydowi trudno było nie zadawać pytań, a Alberychtowi nie mówić. Swoim milczeniem zdziwili Sigrun, która przyszła im na pożegnanie z pokojów Syda. Nie wiedziała, jak rozumieć spojrzenie, jakie posłał jej na odchodnym Alberycht z zapewnieniem, że wróci. Tak, jakby któregoś razu dotąd nie wrócił, przecież jadą tylko do domu na dzień, czy dwa.
Chociaż wychodzili po znajomych schodach, znajomą drogą i w zwyczajnym tempie, wszystko wydawało się im dwóm obce i wypaczone, zupełnie jakby same ściany patrzyły na nich z potępieniem, a z rzeźb i obrazów biło śmiertelnym chłodem. Ogarnięci byli przez okropne uczucie obcości i samotności, jakie spada na człowieka, kiedy sprzeniewierzy się własnej moralności. Alberycht nie mówił już nic, ale Sydowi w tkwił w głowie niezmienny obraz jego, rudego szlachcica z bródką, w berecie z bażancim piórem, wpatrzonego w jeździeckie rękawice, które zakładał z pozorem skupienia na tej czynności. Zupełnie, jakby to nie on wypowiedział te ostatnie słowa, które teraz niosły mu się echem w myślach: „Trzeba zabić Hildę."
