14

Depcząc po dziurawej warstwie rozmakającego śniegu, Mimme starał się powstrzymać kolejne ziewnięcie. Słońce stało już na niebie od kilku godzin, a on całą noc patrolował niezmiennie teren wyznaczony mu przez Buda. Urozmaicał sobie to zadanie wyszukując nowe skróty, takie jak ten, gdzie jeszcze leżało nieco białej czapy.

Czekał już właściwie tylko na Hagena, który miał go zmienić, ciesząc się, że nie natrafił do tej pory na żadne ślady energii kosmicznej najeźdźców. Zapuszczał się po raz kolejny w okolice dworu Zygfryda. Głuptaki i rybitwy skrzeczały hałasliwie po swojemu, przypominając o bliskości morza. Bramy posiadłości rodu Zygfryda, zbudowane niegdyś kilka kilometrów od brzegu, teraz nachylały się z jednej strony nad wodą.

Z tego miejsca było widać w oddali dach świątyni Odena. Była to przysadzista bryła, z zewnątrz udekorowana jedynie kolumnami. Celowo zbudowana na archipelagu, miała być stale hartowana morskim powietrzem i solą. Mimme nigdy nie widział jej od środka, modły odbywały się na zewnątrz, bądź w przedsionku świątyni. Ponoć urządzono ją od wewnątrz oszczędnie, choć majestatycznie, w drewnie i metalu. Świątynia kryła bibliotekę odpisów z najważniejszych ksiąg w historii Asgaardu, ozdobę domu boga wiedzy.

Najważniejszy i najbliższy świeckim był jednak posąg Odena. Ogromna, często pokryta soplami i szronem figura, trzymająca za ostrze uniesiony miecz, stała na wysuniętym w morze cyplu. Świątynia zwracała się frontem ku posągowi, posąg ku niej – co symbolizowało kontakt pomiędzy światem ludzkim i boskim.

Skąd stał, Mimme praktycznie nie widział statuy, jednak spoglądając w tamtą stronę i tak miał jej obraz przed oczami. To u jej stóp siedmioro Świętych Wojowników składało sprzed dwu laty przysięgę wierności księżniczce Hildzie. Wspomnienie tej chwili było w nim wciąż żywe.

Nagle wojownik otrząsnął się z rozmyślań i przystanął, nasłuchując. Dochodziły go odgłosy niewielkiej wrzawy, tłumionej nieco szmerem łagodnego wiatru. Nabrał złych przeczuć, dlatego rzucił się biegiem w kierunku źródła dźwięku.

Nie musiał biec ponad minutę, kiedy wypadł spomiędzy kępki gołych krzewów na polanę. Wpierw zobaczył stającego dęba konia, który uderzył przednim kopytem kogoś, kto właśnie zranił go halabardą. Wystraszone bólem zwierzę puściło się pędem przed siebie, zostawiając za sobą ślad krwi z przeciętego boku. Mimme uskoczył mu z drogi i ukazało mu się pole potyczki: trzech mężczyzn, którzy o dziwo wszyscy wyglądali na wikingów, szarpało się między sobą, a wokół leżało kilka nieruchomych ciał.

– Co się tu stało? – wykrzyknął, rozpoznając w jednym z nich Pałacowego oficera, a w pozostałych ludzi Zygfryda. – Stać!

Dwaj, wyraźnie pokiereszowani, kurczowo złapali za ramiona uzbrojonego oficera.

– Zostaliśmy przez nich napadnięci – wysapał jeden – pozrzucali nas z koni, a potem zranili panienkę.

Mimme słysząc to przeszukał szybko wzrokiem polanę i zobaczył drobną postać, skuloną plecami do nich, ręce miała skrzyżowane przed sobą i przyciskała je z całej siły do piersi. Rozwiane długie kasztanowe włosy pozwalały rozpoznać w niej Zyglindę.

– Jeszcze żyje – ocenił, kalkulując szanse na błyskawiczne powiadomienie jej brata. Musiał dowiedzieć się jak najprędzej. Póki co jednak, Mimme pochylił się nad oficerem. – Razmusie, dlaczego, przecież to przyjaciółka księżniczek, co to znaczy? Puśćcie go – dodał, widząc z przykrością, jak ten traci przytomność.

– Nie daliśmy rady nic z niego wyciągnąć – przyznał drugi strażnik Zygfryda, usłuchawszy rozkazu. – Chcieliśmy go zaprowadzić do przed państwa na przesłuchanie, ale tak się miotał! Jak tylko raz się wyrwał, od razu się dźgnął sztyletem. Nic z ust, poza pianą…

Mimme zadał Razmusowi jeszcze parę pytań, ale ten już nie słuchał. Pojękiwał, drżąc ciągle jeszcze jakiś czas, aż skonał.

Ten ze strażników, który był w lepszym stanie, rzucił się w kierunku dworu Zygfryda po pomoc, a drugi zajął się panną Zyglindą.

Mimme obejrzał twarze martwych żołnierzy pałacowych, Gdyby nie znał paru z nich osobiście, mógłby tylko zgadnąć, że są tutejsi. Jednak wiedział, że przynajmniej tych kilku należało do bliskiej straży Hildy, a tego zaszczytnego zadania dostępowali jedynie najbardziej zasłużeni. Nie spieszył się więc z osądem sytuacji, kto stanowił tu zagrożenie dla kogo i czy chodziło konkretnie o tę młodą dziewczynę. Po co księżniczka miałaby posyłać zabójców na członków własnego ludu, do tego oddział, który on mógł rozpoznać? Miał szansę się tu pojawić, w końcu to Hilda kazała mu patrolować te tereny.

Księżniczka musiała gdzieś zdemaskować zdradę. Mimme potrzebował pilnie zaciągnąć języka.