15

— Wiesz, że wcale nie musimy walczyć.

Hagen gotował się od złości wewnątrz, nie miał ochoty na nic, prócz rozlewu krwi, ale wymusił na sobie odpowiedź:

— Jestem innego zdania.

Śmierć. To jedno słowo miał tylko w głowie, odkąd dobiegł na umówione miejsce pojedynku u stóp góry. Śmierć.

Rycerz Łabędzia nie był nawet w połowie tak podniecony, w pewnym sensie odczuwał zażenowanie.

— Nic osobistego, ale twoja dziewczyna tak mi się narzucała… wpierw nie miałem na nią ochoty, w końcu mam tu dużo ważniejsze sprawy do załatwienia, ale skoro ciągle wracała… cóż.

— Oto nagle znasz asgardzki. — syknął Hagen. Nie było śladu po tej umiejętności, kiedy to Flamme próbowała rozmawiać.

Hyoga cofnął się o te same dwa kroki, które przestąpił ku niemu Hagen, wyglądający powoli coraz bardziej jak pantera szykująca się do skoku.

— Jesteś rozdrażniony — stwierdził Hyoga, utrzymując spokój, ale uważnie obserwował każdy ruch rywala. — Wciąż nie mamy, poza twoim życzeniem, powodu do walki. Przysłała nas tu z Grecji sama Atena, strażniczka pokoju na świecie. Waszemu krajowi grozi zagłada. Umysłem waszej księżniczki, Hildy Polaris, zawładnęło wielkie zło. Jesteśmy tu, żeby pomóc.

Na dźwięk tych słów Hagen otrząsnął się, zaskoczony.

— Co? O czym ty bredzisz?

— Właśnie wszystko ci wyjaśniam. Pomóżcie nam sobie pomóc. Wystarczy, że zbierzemy od was wszystkie Szafiry Odena…

— CO Odena? — Hagen zmarszczył nos. — A niby po jaką cholerę mielibyśmy wam cokolwiek oddawać? Ja tobie? — zerknął na kamień u pasa zbroi, wtopiony w płytkę w kształcie muszli, na który popatrzył również Hyoga. Nie znał wcześniej jego nazwy, ale wiedział, że to coś, czego strzeże życiem. Warunek służby. Coś w rodzaju esencji świętej zbroi. Zaparł się wściekle. Nigdy tego nie odda. — Dość gadania, psie. Jestem lojalnym wojownikiem mojej pani, księżniczki Hildy, i nie będę wysłuchiwał bluźnierstw na jej temat. Stawaj!

Uderzył pociskiem energii w skalny nasyp za głową Hyogi, zmuszając go do odskoczenia w tył, w kierunku wejścia do jakiejś jaskini. Rycerz Łabędzia wyczuł, że jest spychany celowo do środka, ale musiał przystać na warunki przeciwnika, jeśli chciał zdobyć Szafir. Dał się wpędzić w głąb jaskini, umykając przed ślepymi ciosami i odłamkami skał odrywającymi się pod ich wpływem. Z chwili na chwilę temperatura niesamowicie wzrosła. Szybko przekonał się, dlaczego: byli we wnętrzu aktywnego wulkanu!

Wulkan ten był ulubionym miejscem treningowym Hagena i właśnie dlatego wybrał go jako miejsce pojedynku. Wojownik poczekał na moment, kiedy Hyoga zawahał się, szukając dalszej drogi, żeby wtedy przywołać swoją moc ruchem rąk, jakby rysował w powietrzu półkola. Jego energia pociągnęła za sobą strugi magmy z płomiennego jeziora, które rozpościerało się we wnętrzu góry, zaledwie paręnaście metrów od nich.

Rycerz Łabędzia wiedział, że żarty się skończyły. Nigdy nawet nie przebywał w takim miejscu, a ćwicząc całe życie przystosowanie do ostrego mrozu uważał, że w Asgardzie jest na uprzywilejowanej pozycji względem innych Brązowych Rycerzy.

Na końcu jaskini było ciasno; skarpa nad magmą znajdowała się niebezpiecznie blisko, nie dał rady zrobić pełnego uniku. Wrzasnął z bólu, kiedy żar rozpalił mu zbroję na łydce. Zobaczył, że Hagen nic sobie nie robi z rozpalonych kropel obryzgujących go przy okazji. Skała momentalnie twardniała i kruszyła się w kontakcie z jego zbroją, która świeciła teraz na platynowo-pomarańczowo.

Rycerz zagryzł zęby, żeby opanować ból i odpowiadał jedynie szybkimi atakami, które dawały mu maksymalną ilość czasu na obserwację techniki Hagena.

Wreszcie, znalazł błąd.

Moc Hagena była dzika i rozjuszona, podobnie jak on sam. Jego ataki pełną mocą zdradzały nieuwagę wobec obrony. Hyoga wykorzystał swoją przewagę w opanowaniu, żeby sprowokować przeciwnika do wyprowadzenia kolejnego ciężkiego ciosu, który pozwolił zamienić się im miejscami.

Wtedy Łabędź uderzył lodowatym promieniem w plecy wojownika Beta. Buchnęła para; tylko w kilku miejscach ciało Hagena pokryły suche kawałki lodu, który nie wyparował natychmiast. Zbroja pod nimi popękała, na twarzy również pojawiły się krwiste pajączki. Resztki szybko stopniały i Hagen odwrócił się do przeciwnika, ale wtedy Łabędź zaatakował znów, podmuchem mroźnego diamentowego pyłu, swoim najsprawniejszym ciosem. Wojownik jęknął boleśnie i zwalił się na twarz. Słychać było, jak napierśnik rozkruszył się pod wpływem uderzenia.

Z boku Hagen zobaczył tylko obrys sylwetki Łabędzia na tle żółtobiałego blasku jeziora magmy, ocierał dłonią pot z twarzy.

— Flamme rozumiała, że z Hildą jest coś nie w porządku, dlatego się do mnie zwróciła. — Hyoga pochylił się nad Hagenem. — Niedługo może być za późno. Oddaj mi Szafir i nie będę zmuszony cię zabijać.

— To Hildzie przysięgałem wierność, nie Flamme — wysapał Hagen, podciągając się mozolnie na ramionach.

Trudno było mu oddychać, dziwny mróz ściskał mu płuca. Chociaż boleśnie kuło go w piersi, czuł jak po reszcie ciała promieniście rozchodzi się ciepło – energia Merak nie poddawała się. Łabędź przewrócił go lekkim kopniakiem na plecy i uderzył w pas wokół Szafiru. Hagena zamroczyło na chwilę i miał wrażenie, że wnętrzności zawędrowały mu do gardła. A może i naprawdę tak było. Czuł, jakby wokół serca miał jednolity blok lodu, tylko same ręce rozżarzone od energii.

Hyoga przykucnął, rozcierając w palcach rozkruszone kawałki zbroi Beta przemieszane z krwią, szukając pośród nich Kamienia, i tę właśnie sekundę Hagen wykorzystał. Z szybkością, o jaką sam siebie by nie podejrzewał w tym stanie, uderzył prawą dłonią w jego dłonie – impet wyrzucił odłamki wraz z Szafirem w bok, gdzie większość pospadała do magmowego jeziora – a zanim Hyoga zdążył wykrzyknąć z powodu tej straty, otrzymał w szczękę cios drugą ręką, białą od gorąca. Hagen naskoczył na niego i złapał za szyję, przygważdżając do podłoża. Przytrzymał go na wpół zawieszonego na krawędzi półki skalnej nad płynną skałą. Półka nie była wysoka; rycerz czuł ostre pieczenie w jednym boku.

— Teraz umierasz. Szumowino — warknął Hagen, zauważając, że wzrok Łabędzia wciąż szuka Szafiru wśród odłamków, które nie spadły w ogień.

— Nie rób tego — zachrypiał. — Chcesz, żeby Flamme zobaczyła w tobie mściwego mordercę? Ona szukała pomocy Ateny!

— Czego Flamme nie widzi, to ją nie boli — skwitował Hagen i popchnął go w dół.

Chociaż nie było plusku, krzyku ani trofeum, gdyż oślepiająca swoim blaskiem ognista toń wulkanu natychmiast pochłonęła wszystko, Hagena wypełnił krwawy tryumf. Sam spojrzał za siebie, na brzeg skarpy. Szafiru tam nie było. Mimo że opuszczały go siły, uśmiechnął się sam do siebie.

Przeczołgał się kawałek w kierunku wyjścia z jaskini, gdzie temperatura spadała, na ile pozwolił mu oddech i ułożył się tam. Nie myślał, że ktokolwiek go tu znajdzie. Po prostu pozwolił sobie zapaść się w nieświadomość.

Nie znajdą też Szafiru. Obiecał, że nigdy go nie odda. I nie oddał.

Nie był to błogi sen, ale jednak rodzaj snu. Gdyby nie dreszcze, być może zapomniałby o ranie na brzuchu. Jego popękana zbroja stopiła się w jednolite paski, po czym spłynęła z niego, świetlista i ciepła, w dół jaskini, jak zagubione strumyki lawy, łącząc się z jeziorem ognia, skąd kiedyś przyszła.