16

Syd miał w głowie tylko szum. Patrzył przed siebie i nic nie widział. Gdyby nie wspierał dłoni na oparciu fotela przed sobą, drżałyby mu ręce.

— Tak mi przykro — powiedział bez wyrazu, ale Zygfryd dobrze go znając rozpoznał szczerość jego słów.

— Najważniejsze, że otrzymałem wiadomość o ataku — rzucił pospiesznie wojownik Alfa, narzucając płaszcz na ramiona. — Może jeszcze nie jest za późno.

Wybiegł, kiwając Sydowi i Alberychtowi pospiesznie głową, a za nim truchtem podążył sługa, który przyniósł wieści. Nie szczędząc sił popędzili z powrotem na włości Zygfryda.

Dochodziła szósta.

Alberycht był niewzruszony, z dworną powagą siedział przy kominku udając, że czyta książkę. Co parę minut zerkał na zegar.

Akurat, kiedy Syd zaczął przechadzać się po pokoju, ktoś zapukał.

— Mój panie… — powitał go drżącym głosem żołnierz, który wślizgnął się do pokoju dyskretnie, Ukłonił się równie niepewnie, wzrok zbijał w Syda. Alberycht obejrzał się na przybysza kątem oka.

— Mów. O co chodzi? — spytał chłodno wojownik Mizar, mierząc przybysza wzrokiem. Ten człowiek wcale nie był przerażony. Był… wściekły.

— Nazywam się Göran, panie — podjął ten, przyklęknąwszy. — Czy mógłbym śmieć prosić o rozmowę na osobności?

Alberycht uśmiechnął się pod nosem. Cóż, jego osoba nigdy nie wzbudzała tyle zaufania ani sympatii, co jego przyjaciel.

— Markiz może słyszeć wszystko, co przeznaczone jest dla moich uszu — odparł Syd i po chwili milczenia Göran kontynuował:

— Sługa sir Zygfryda właśnie powiedział mi o incydencie na jego ziemiach. Tam… został zabity mój brat, Razmus. A ja wiem, dlaczego. Proszę mnie za to skazać na śmierć, jeśli to zdrada z mojej strony, ale muszę to wyjawić. Sprawa dotyczy w szczególności pańskiej rodziny.

Podniósł wzrok. Mimo usłużnej formuły jego słów, Syd nie miał wrażenia, że ma przed sobą zalęknionego sługę, czy dworaka. Stanął przed nim wojownik. Krzepki, energiczny i młody – choć i tak nieco starszy od niego. Głos miał łagodny, ale gęste brwi i ciemna broda dodawały mu surowości.

— Słucham dalej — zachęcił Syd ze skracającym dystans przyjaznym spokojem, który odziedziczył po ojcu i który zjednywał mu wielu ludzi.

W międzyczasie pokłon Görana stał się już mniej uniżony, a ściślej jedynie formalny.

— Mój brat, podobnie jak ja, zostaliśmy wybrani, żeby stać się częścią specjalnych zespołów. Mieliśmy szybko i w tajemnicy wyeliminować kilka osób. Siedem młodych dziewczyn. Lady Zyglinda była jedną z nich.

Alberycht nie mógł dłużej symulować lektury. Okręcił się w fotelu, spoglądając uważnie w ich kierunku.

— Dlaczego mówisz mi o tym, Göranie? — zapytał Syd wciąż poważnie, nie reagując żadną z emocji.

— Zawsze wykonuję rozkazy, ale czułem, że to coś złego. Kiedy zabiłem tą dziewuchę, Rotę, miałem wrażenie, jakbym naruszył coś świętego. I proszę mi wierzyć, sam niewieści urok nie obudziłby wyrzutów w sumieniu żołnierza gwardii księżniczki Hildy. Pomyślałem, że to poczucie świętości to była jakby mgiełka energii. Takiej, jaką posiadasz ty, panie.

— Zatem podejrzewasz, że ta dziewczyna była… — zawiesił głos. Wojownik odpowiedział:

— Nie złamałbym tajemnicy służby. Ale to i jeszcze śmierć brata, to za wiele. Tak, te dziewczyny to przyszłe Walkirie. — Göran spuścił znów głowę. — Uważam, że postąpiłem słusznie. Choć i tak zasługuję na śmierć.

— Nazwiska. Tych jeszcze żywych — zażądał Alberycht, powstając i zrównując się z Sydem przed żołnierzem.

— Grimerda Waleczna. Brunhilda z Czerwonego Jeziora. Mieszkają najdalej od Pałacu, one będą ostatnie.

— Ciekawe — mruknął Alberycht widząc nieznaczny grymas na twarzy Syda na wspomnienie o Brunhildzie. — Mówiłeś, że jest ich siedem. Ktoś jeszcze?

— Panna Sigrun Sørensdottir.

W tym momencie obaj wojownicy spojrzeli na siebie ze zgrozą.

— Wasza Wysokość mnie wzywała — Sigrun skłoniła się nisko u stóp podwyższenia tronu.

— Owszem. Wezwałam po ciebie, hrabianko Sørensdottir, w pewnej osobistej sprawie. — Hilda była nad wyraz rozbawiona. Siedziała zaledwie na brzegu tronu, nie przestawała obracać obrączki wokół palca, jak miała go zdjąć, ale robiła to tylko po to, żeby móc wielokrotnie ją zakładać. — Muszę ci oznajmić, że odtąd nie będziesz mogła już zajmować kwater w Pałacu. Ale nie trap się, ponieważ żeby wynagrodzić ci tę stratę mianuję właśnie ciebie moją pierwszą druhną. Wybrałam mojego długoletniego przyjaciela, markiza Alberychta, na małżonka.

Oczy Sigrun zaokrągliły się z przerażenia.

— Cóż… cóż też Wasza Wysokość mówi? — wyjąkała i spłoniła się.

Obecni w Sali wartownicy również poczuli wzburzenie, chociaż nie mogli okazać go na służbie ani drgnieniem, żaden z nich nie chciał być świadkiem hańby hrabianki, a zerwanie zaręczyn w ten sposób właśnie to oznaczało. Dziewczynę piekły policzki, ale musiała patrzeć wprost na władczynię.

— Nie pogratulujesz mi? — Hilda wyprostowała się dostojnie jak kotka. — Co za brak manier!

Sigrun wymamrotała coś niewyraźnego.

Wydawało jej się, że minęły wieki, zanim księżniczka odesłała ją wreszcie z sali tronowej. Idąc na górę po schodach trzęsła się ze złości i żalu na Alberychta. „Jak mógł!?" – to pytanie najgłośniej kołatało po jej głowie. Jak mógł szukać innej kobiety? Jak mógł zrobić to ich rodzinom? Jak mógł o niczym nie dać jej znać?

Ludzie mówili, że to diabeł, mistrz kłamstwa. Oszust, mówili. Ale ona wiedziała dotąd lepiej, przecież go znała. I bezgranicznie ufała osądowi Syda. A tu, proszę!

I do tego, na litość bogów, czy nie mogła otrzymać tej wiadomości w dyskretnym liściku, od służki na osobności? Uważała to za podłość ze strony Hildy oznajmić jej coś takiego oficjalnie, przy świadkach. W końcu była to hańba również dla niej. Czuła się wściekła i upokorzona.

Pozbawiono ją wszelkich pomocnic, wraz z wyproszeniem z Pałacu, szła więc do sypialni zupełnie sama, żeby spakować się do drogi. Nie miała wyboru, musiała ruszać od razu, mimo zapadającej ciemności.

Po pustych zacienionych korytarzach rozbrzmiewało tylko echo jej kroków. Nie spostrzegła nawet, kiedy zaczęła płakać. Wycierała blade policzki apatycznie dłonią w białej rękawiczce. Niewiele widziała, mrużąc zamglone łzami oczy. Nagle coś gwałtownie szarpnęło ją w tył i zaciągnęło za wysoką rzeźbę. Ktoś zasłonił jej dłonią usta.

— Piśnij, a koniec z tobą. Pani. — usłyszała szept prosto do ucha. Mężczyzna, który był tuż za nią, przyłożył jej nóż do gardła, po czym powoli zabrał dłoń z jej ust. — Nie pójdziesz do swoich pokojów, hrabianko Sigrun. Czeka tam na ciebie zasadzka. Urządzona przez moich własnych ludzi. Obiecaj mi, że nie będziesz próbować uciec, a ja zaprowadzę cię do domu markiza Viliamrsona, gdzie będziesz bezpieczna. Zgoda?

Nie mając innego wyboru, dziewczyna przytaknęła lękliwie.

Księżniczka Hilda była wreszcie wolna od obowiązków władczyni i wzięła długą kąpiel. Nastała wyznaczona godzina spotkania. Hilda kazałą służącym ubrać się w suknię wieczorową, srebrną, o prostym kroju, zakończoną falbanami. Przykładała do szyi różne naszyjniki, ale żaden jej nie odpowiadał. Nie mogła pozwolić, żeby cokolwiek przyćmiewało blask jej pierścienia.

W końcu przyszła do salonu, gdzie oczekiwała lada chwila Alberychta. Był to ten sam drobny pokój z kominkiem, gdzie siadywała z Zygfrydem na skórze przy ogniu. Teraz jednak umeblowany był zupełnie inaczej – wyniesiono myśliwskie trofea, drewniany stolik i obrazy, a zamiast nich wstawiono dwa bogate arrasy, stojące kandelabry i ciężkie biurko z szufladami. Wnętrze stało się bardziej dostojne, godne jej rosnącej chwały.

Tak jak ostatnim razem, najpierw poczuła mrowienie na skórze. Tę piękną energię nęcącego zła, podobnego do chciwości lub zdrady, do samego Lokiego. Dopiero za moment przyszedł Alberycht, jak zwykle elegancki. Teraz mogła i jemu wyjawić swoją decyzję w sprawie ich dwojga. Któżby był lepszym królem dla królowej-walkirii?

Znajdowali się w wewnętrznych apartamentach, do których wstęp miały wyłącznie księżniczki i najbliższa służba. O tej porze, gdy służki nie kręciły się już po pokojach, Hilda byłą pewna, że nikt im nie będzie przeszkadzał.

— Widzisz? On cię lubi — zamruczała pokazując Alberychtowi dłoń z pierścieniem, który lekko promieniał.

— Ale ja wolę ciebie — odpowiedział, obejmując ją delikatnie. Nie miał ochoty ponawiać wrażenia, jakie dawało dotknięcie obrączki.

Kiedy miała go objąć, Hilda odrzuciła na bok włosy, żeby podkreślić odsłoniętą uwodzicielsko szyję. I właśnie wtedy, kiedy skupiła uwagę na jego energii, z którą rezonowała moc pierścienia, możliwie najmocniej skoncentrowany promień mocy przeszył jej kark jak sztylet, rażąc rdzeń kręgowy.

Lodowata energia Mizar przeszyła ją i Hilda osunęła się na ziemię, przytrzymywana przez Alberychta. Znikły wtedy wszelkie pozory i minę miał skupioną i ponurą.

Syd słyszał łomot własnego serca jak najgłośniejszy huk, czując jak poziom potężnej energii księżniczki drastycznie spadł i nie przestawał opadać. Rękę, którą wykonał cios miał dogłębnie zamarzniętą, z jednej strony suchy, parujący lód tworzył długie pazury, z drugiej wspinał się wzdłuż ramienia w surowo ociosanych floresach, które kończyły się na piersi, jakby w nią wchodziły.

— Trzymaj się — rzucił Alberycht krótko, biorąc bezwładne ciało księżniczki na ręce.

Wyjrzeli ostrożnie za drzwi. Nie dostrzegli nikogo. Ich sylwetki odcinały się na tle żółtawego światła, które wylewało się na posadzkę korytarza. Syd otworzył oba skrzydła wysokiego zdobionego okna. Parapet i kawałki ścian pokrył szron, ale nie dlatego, że do środka wtargnął powiew wiatru, tylko z powodu natężenia energii Mizar.

— Hilda! Hilda, jest zimno — powiedziała małą Freya wychodząc w nocnej koszuli z pokoju położonego głębiej w korytarzu, przecierająca rozespane oczy. — Hilda?

Zapiszczała na cały głos dopiero, kiedy słabe światło ukazało, że księżniczce na rękach Alberychta leci z nosa strużka krwi.