17

— Hagen walczył — zagadnął Alberycht.

— Wiem.

Obaj już jakiś czas temu wyczuli nagły skok i spadek energii Merak gdzieś na wschód od Pałacu, ale odebrali to apatycznie. Było prawdopodobne, że nigdy nie dowiedzą się, co dokładnie się tam wydarzyło, a nawet gdyby coś wiedzieli, i tak nie mieliby żadnego wpływu na wydarzenia. Oznaki aktywności Hagena pozwalały jedynie przypuszczać, jak daleko zaszedł wróg.

Od kilku godzin z duszą na ramieniu przemierzali las. Poruszali się pospiesznie, ale utrudniała im to konieczność utrzymania przez Alberychta ciała Hildy ze sobą w siodle. Nie mieli pojęcia, jak długo po ich ucieczce zarządzono pościg; mała księżniczka była w szoku, możliwe, że nie wiedziała dokładnie, co zobaczyła. Na razie, mieli odrobinę czasu. Dwór rodzinny Syda położony był jeszcze dalej na północ, niż Alberychta, a znali po drodze do niego skróty lepsze, niż ktokolwiek z Pałacu.

Zanim jednak zajechali na podwórze, zatrzymali się w lesie, nad dobrze im znanym jeziorem. Mimo sporego ocieplenia w całym kraju, temperatura u podnóża gór pozostawała bardzo niska. Powierzchnia wody była na wpół zlodowaciała; księżyc rzucał blade światło na nieregularną taflę. To właśnie tutaj ukazała się Sydowi kiedyś jego zbroja. Było to mało znane miejsce, nieprzydatne myśliwym i niepopularne wśród rybaków. Z Alberychtem znali je doskonale, lata temu wypatrywali godzinami dzikich smilodonów albo wodowali łódki z rówieśnikami. Dzisiaj

W momencie, kiedy nie mógł im pomóc nikt spośród ludzi, zwrócili się do natury.

Alberycht złożył Hildę na brzegu i uklęknął obok. Jedną dłonią dotknął śniegu, drugą położył na czole kobiety. Błękitny, przejrzysty minerał zaczął porastać jej ciało; najpierw z dłoni Alberychta rozchodziły się po niej igiełki, później coraz większe kryształy. Wojownik starał się zachować przy tym nieprzeniknioną minę. Nigdy nie udałoby mu się pokonać księżniczki w otwartej walce, przeciw jej boskiej mocy od samego Odena, więc zabić musiał ją podstępnie. Powoli, czekając, aż pasożytniczy minerał wysączy z niej po trochu życie.

Syd nie chciał patrzeć na Hildę w tym stanie ani widzieć, jak Alberycht ją zatruwa. Najgorsze we wszystkim, co musieli zrobić, było odczucie słabej iskierki dobrej energii dawnej księżniczki, odczuwalne dopiero, kiedy straciła przytomność i władcza siła przestała promieniować, a nie było już odwrotu. Kiedy była gotowa, Syd powierzył ją jezioru w kryształowej trumnie, a ono przyjęło ciało Hildy w swoją mętną głębię na jego rozkaz.

Święci Wojownicy nie odezwali się do siebie niemal całą drogę. Przez drzwi dworu markiza Viliamra przeszli również bez słowa.

Dom Syda różnił się zupełnie od pałacu księżniczki Hildy. Wiele osób uważało nawet, że jest bardziej urokliwy. Nie był przestronną, jasną kamienną budowlą, lecz jej kompletnym przeciwieństwem. W obejściu poza użytkowymi budynkami nie było nic ozdobnego, czy nieprzydatnego. Sam podjazd, dróżka do stajni i wszędzie sosny, zaczynały występować górskie porosty, całość skąpana we mgle – zawsze panowała tu wilgoć ze względu na bliskość jeziora z zachodu i fiordów z północy.

Herb ze smilodonem zdobił wejścia i korytarze przytulnego drewnianego wnętrza i podobizny czarnego tygrysa pojawiały się w każdym z ciemnych pokoi. Czerń, zieleń i same ciemne, surowe kolory były wszechogarniające, nawet drewniane meble miały ciemny odcień i zielone obicie.

Służba ukradkiem wiodła wzrokiem za Wojownikami. To wejście było chyba ich najcichszym w życiu, skoro nawet Alberycht, który miał zwyczaj wkraczać z przytupem sunął godnie przed siebie.

Tuż przy wejściu Syd przywołał ku sobie zaufanego pokojowego i szepnął do niego ukradkiem:

– Wezwiesz panny Brunhildę i Grimerdę. Ale powiesz, żeby nie przyjeżdżały do dworków, ale od razu w nasze stare wspólne miejsce. Będą wiedziały. Bardzo pilnie. Nagląco.

Chwilę później, zbliżając do sali jadalnej, Alberycht i Syd usłyszeli przez drzwi stłumione głosy. To oznaczało, że Sigrun zdążyła już tu dotrzeć, przyprowadzona przez Görana.

– ...co nie znaczy, że wszystko, co do tej pory łączyło nasze...

Kiedy weszli, rozmowy ucichły. Dopiero wtedy do Alberychta wróciła pamięć o małostce, która kiedyś wstrząsnęłaby nim tak samo, jak obecną tu szlachtą, ale która nikła w obliczu zdrady dużo ogromniejszej, która powoli osiadała na jego sumieniu. Mimo krwi księżniczki na rękach, nie wiedział nic o jej wyborze partnera i sądził, że zajęci są tą dawniejszą sprawą. A byli tu wszyscy - rodzice Syda, Sigrun, jak i matka Alberychta z jego młodszym rodzeństwem - i na widok obu dziedziców przybrali podobne niewyraźne miny.

Wojownik miał wrażenie, jakby nagle zaschło mu w gardle, kiedy matka przeszyła go chłodnym spojrzeniem. Markiza siedziała wyprostowana, fale płomiennie rudych loków opadały na plecy kobiety, a leki woal w podobnym odcieniu, który obejmował ją w talii i opadał swobodnie z ramion wydawał się ich swoistą kontynuacją. Jej upierścieniona dłoń spoczywała na bladym ramieniu Sigrun, która chowała teraz oczy za chusteczką.

– Alberik – przemówiła w końcu, jakby odrobina ciszy ją obłaskawiła, swoim odrobinę skrzekliwym głosem, zadzierając nos w ten sam sposób, jak zwykle jej syn – wyglądacie obaj jak duchy.

– Skłamałbym twierdząc, że tak się właśnie nie czuję – odpowiedział jej półgłosem, opadając na krzesło obok Syda.

Przebiegła ich wzrokiem siostra Alberychta, siedząca po drugiej stronie Sigrun, najlepszej przyjaciółki; nachylała się w jej stronę troskliwie. Po ojcu odziedziczyła rdzawobrązowe włosy, których mimo wszelkich starań nie dawała rady równo przyczesać. Miała owalną twarz i mały płaski nosek, zarumienione miejscami od plamek nastoletniej cery. Próbowała sprawić wrażenie oburzonej, tak jak nakazywał w danej chwili konwenans, ale jej oczy zdradzały lekki strach i zmieszanie. I tak właśnie te uczucia malowały się zawsze na jej twarzy w obecności Syda.

Ich dziesięcioletni brat też zajmował miejsce przy długim stole i mimo że nie rozumiejąc do końca sytuacji odczuwał przede wszystkim nudę, miał pojęcie, że to moment, który należy przeczekać w ciszy i względnym bezruchu.

– Valda ma rację. Sytuacja już się na tobie odbija, mój drogi – podjęła matka Syda, ignorując jego sąsiada. – Nie musiałeś chyba jeszcze walczyć z żadnym z tych Greków?

Puszyste, perłowobiałe włosy blond okalały jak aureola jej jeszcze jaśniejszą twarz dojrzałej kobiety. Gładkość rysów dawała dowód szlacheckiego pochodzenia, a łagodny uśmiech nigdy nie schodził z jej twarzy pomimo melancholijnego spojrzenia rozmarzonych oczu. Przy tym jej statyczna postać wydawała się niezdolna do podniesienia głosu lub nagłego ruchu. W każdym z gestów, jak chociaż ułożeniu samych dłoni, które splotła wdzięcznie przed sobą na stole, zapisany był głęboki smutek, który nie opuścił małżeństwa markizów ani na chwilę, odkąd w nich zamieszkał wiele lat temu.

– Jak sobie z nimi radzicie? Elitarne oddziały Ateny są ponoć najsilniejsze na świecie... – wtrącił jej mąż.

Markiz Viljalmr mógłby być najbardziej wstydliwym z wikingów i tylko brakowało, żeby się jąkał. Miał w sobie tyle przemożnego ciepła, że daremnie by szukać analogii między nim a herbowym tygrysem, choć był przystojny i szlachetnej postawy.

– Nie rozumiem, dlaczego Atena miałaby zrobić nam coś takiego... – dodała markiza.

Kiedy zapytała, czy nie życzą sobie posiłku, młodzi wojownicy grzecznie przytaknęli. W milczeniu patrzyli, jak służąca układa przed nimi zastawę.

– Stawiłem już czoła Rycerzom Zodiaku w Grecji, ojcze – odpowiedział po namyśle Syd ściągając na siebie uwagę; bezwiednie zmierzwił sobie włosy w nerwowym odruchu. – Wygrałem pojedynek z takim elitarnym rycerzem. Nie ma u nas żadnego spośród nich. Rozpoznałbym ten rodzaj energii, a mogłem porównać z jednym, którego więziliśmy w Zamku. Ci, których tu przysłali, to coś zupełnie innego. Nie... ja też nie wiem, dlaczego Atena chciałaby nas atakować – ostatnie kłamstwo przyszło mu tak naturalnie, jak reszta wypowiedzi.

Kiedy kolacja wreszcie została podana, Syd i Alberycht kolejny raz spojrzeli po sobie porozumiewawczo; tylko oni wiedzieli, że ten moment jest wyjątkowy, ponieważ zaraz będą musieli znów wyruszyć w drogę i tym razem nie będzie wiadomo, kiedy następnym razem zasiądą w domu przy stole, jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie. Z poczucia konieczności wmuszali w siebie jedzenie, w każdej chwili nasłuchując oznak poruszenia z korytarza, które świadczyłyby, że pościg zdążył ich dogonić. Odczuwali ciężar każdej upływającej sekundy.

– Zatrzymaliśmy się tylko na moment. Niedługo będziemy znowu ruszać – Syd w paru haustach opróżnił drugi kielich zanim powstał od stołu. Przyjemne ostre ciepło rozgrzało na moment jego gardło.

– Nie zostajecie na noc? – zdziwił się Viliamr. – Przecież musicie się kiedyś zdrzemnąć!

Alberycht pokiwał przecząco głową i również powstał.

– Chodź na moment, Sigrun. Muszę z tobą pomówić zanim wyjadę.

– Nie mamy sobie nic do powiedzenia.

– Daruj mi frazesy – odparł krótko. – Proszę cię, żebyś poświęciła mi chwilę.

Dziewczyna nawet nie zmarszczyła nosa. Ukradkiem obejrzała się tęsknie za błyskiem na jego szafirowoniebieskim płaszczu, kiedy wychodził na korytarz. Chociaż wciąż nie podnosiła wzroku, wyzwoliła się delikatnie spomiędzy sąsiadek przy stole i ociągając się wymaszerowała za nim z pokoju. Pomimo iż rudowłosa markiza nie wybaczyła synowi, wieczna bruzda na jej skroni złagodniała w tym momencie. Był do niej tak podobny!

Valda złożyła razem palce zakończone pomalowanymi na czerwono paznokciami. Ta kobieta redefiniowała pojęcie słowa "czarownica". Przymykając ciężkie powieki, przemówiła:

– Cokolwiek działoby się na mniejszą skalę, ciągle mamy do was bezgraniczne zaufanie, paniczu Sydzie. Jesteście wybrańcami Odena, wspieranymi przez gwiazdy. Jak nic, prędko odeprzecie najeźdźcę.

– Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy – odparł Święty Wojownik, biorąc głęboki wdech. – Kiedy wrócę następnym razem wszystko naprawię. Obiecuję.

Żeby nie zwlekać ani chwili dłużej, krótko pożegnał się z gospodarzami i gośćmi. Ostatni podszedł do niego na stronie ojciec.

– Jeśli miałbyś okazję – szepnął. – Pamiętaj o... zadbaj o swojego brata.

– Tak będzie. Bądź zdrów, ojcze.

Dopiero kiedy za Sydem zamknęły się drzwi, Markiz westchnął:

– To dobrzy chłopcy. Asgaard nie mógł marzyć o lepszych obrońcach. Gdyby tylko dane im było jeszcze parę lat, zanim musieli tyle wziąć na siebie... wciąż są wszyscy tacy młodzi.

Alberycht zaprowadził Sigrun do przedsionka dworu, którego ściany zdobiły poroża i malarska panorama przedstawiająca okolicę podczas lata. Rzucił okiem na milczącą przyzwoitkę, która podążała jak cień za panienką i przystanęła teraz w niewielkiej odległości, obok drzwi.

– Słucham zatem – pisnęła hrabianka siląc się na dworny ton. – Chciałeś mówić ze mną, panie dziedzicu Alberychcie XXXI.

Kosmyki puszystych czarnych włosów otaczały jej uroczą twarzyczkę. Wydłużone czarną linią szarobłękitne oczy pozostawały dziewczęco zaokrąglone i niewinne. Z dworskiego wychowania wzięła wszystko, co najlepsze: łagodność i takt, i chociaż jej dusza przyciągała ją ku przyrodzie i przygodom nie zaznaczało się to w jej powierzchowności.

– Sigrun. Śliczna jak zwykle – powiedział Alberycht, muskając ustami jej dłoń. Poczuła się, jakby przez jej ciało przeszedł prąd.

Nie potrafiła się gniewać na niego. Dorastali na wspólnych zabawach i przez lata mieli się ku sobie. Teraz byli dorośli; gdyby nie wybuchła wojna, kto wie, może rozmawialiby nareszcie na osobności, może mogłaby wreszcie rzucić mu się w ramiona i szczerze zwierzyć się ze wszystkich trosk? Rzeczywistość była zupełnie inna. Nieprzeciętny intelekt, tajemniczość, opanowanie i umiejętnie stosowane niedopowiedzenia, które dotychczas przyciągały Sigrun ku niemu, w obliczu ostatnich zdarzeń zmieniły się w źródło obaw i ponurych domysłów.

– Dobrze, że dotarłaś tu bezpiecznie. Gdybyś w przyszłości czegoś potrzebowała, korzystaj z pomocy człowieka, który cię tu przyprowadził. To my mu to nakazaliśmy – ciągnął, dopiero wtedy wypuszczając jej dłoń. – I bez względu na to, co usłyszałaś od innych i co jeszcze usłyszysz, nigdy nie chciałem wyrządzić ci krzywdy ani cię urazić. To wszystko, co mogę na razie ci powiedzieć.

– Wszystko? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Nie mogłeś mi chociaż wspomnieć

Machnął na to ręką.

– Nic takiego nie istnieje.

– Wasze zaręczyny? Nie istnieją?

– Co takiego? – zdziwił się, ale już po chwili uśmiechnął się z przekąsem. – Nie przejmuj się tym. To nie ma żadnego znaczenia. Tak jak powiedziałem, sprawa nie istnieje. Wybacz, nie mam wiele czasu, muszę się przygotować do drogi, zbliża się moja kolej, jeśli chodzi o wdrożenie technik walki w praktykę – ignorując zwężające się podejrzliwie oczy przyzwoitki ucałował dziewczynę w policzek. – Unikaj kłopotów. Aha, nie zdziw się, kiedy ukaże ci się gdzieś pusta zbroja. Muszę iść.

– Zaczekaj! – uchwyciła go za ramię. – Skąd mam wiedzieć... że mnie nie okłamujesz?

– Uwierz mi.

I przekrzywił głowę z żartobliwą przekorą. Pomimo że doskonale wiedziała, że stosuje na niej sztuczkę, ale zbytnio lubiła, kiedy tak się zachowywał, żeby się opierać. Wreszcie się rozluźniła, rezygnując z poczucia urazy. W stosunkach z Alberikiem nie pozostawało nic lepszego niż odpuszczenie mu. Sama rozmowa dostatecznie wyleczyła smutki Sigrun, przynajmniej doraźnie.

– Niech ci będzie. Bądź ostrożny.