19

Wieczorny chłód szczypał policzki, pojedyncze płatki śniegu zraszały napuszone włosy przepastnego futrzanego płaszcza z kapturem, który pochłaniał prawie całą postać małego Syda na koniu. Ściemniło się już prawie zupełnie, kiedy zajeżdżali przed okazały dwór o kremowej fasadzie i dwóch bocznych skrzydłach. Śnieg odcinał się jaskrawo na tle czarnego nieba, podświetlony od spodu przez liczne lampy podwórza.

– Długo tu będziemy? – zapytał chłopiec, kiedy z rodzicami oddawali konie stajennym.

– Syd – napomniała go mama. – Niegrzecznie tak pytać. Niedługo, ja z tatą porozmawiamy trochę z markizami. Nie będziesz się nudził, pobawisz się z małym Alberychtem – widząc jego obojętną minę, wspomniała – przecież już się znacie.

Musiał uwierzyć jej na słowo. Mama często mówiła mu, że kogoś zna, chociaż on sam nie miał o tym pojęcia. Zupełnie nie rozróżniał od siebie spotykanych co tydzień nowych wujków, a tym bardziej nie mógł rozpoznać jakichś łysych dzieci widzianych trzy lata temu, za niepamięci.

– Poza tym, jest tu też Sigrun – dodała mama na końcu, co dopiero rozweseliło Syda.

Już od pierwszego kroku poza przedsionek zalało ich światło przestronnego korytarza. Przyozdobione bogato świecami i płachtami czerwonego materiału jasne ściany sięgały wysoko. Dywany na polerowanym drewnianym parkiecie prowadziły w trzy strony: do salonów i na szerokie schody na piętro okalane galerią z balustradą. Syda zainteresowała zwłaszcza szeroka lśniąca poręcz, sięgająca od samej góry aż do końca schodów, gdzie kończyła się rzeźbionym zawijasem w dół. Była idealna, żeby po niej zjechać, gdyby był sam.

Stał grzecznie, kiedy uściskali go jacyś nieznani ludzie, a potem oddał ubranie wierzchnie i został wpuszczony do salonu. Na krótkim masywnym stole czekała zastawa i półmiski z zimnymi przekąskami. Środek pokoju był oczyszczony z mebli. Oświetlona najmocniej rozłożystym żyrandolem przestrzeń, podkreślona przez rysunek mozaiki z parkietu, wyznaczała miejsce do tańca podczas uroczystości. Teraz, w kameralnym gronie, pozostawała pusta, ale uprzyjemniona akompaniamentem muzyki kilku instrumentalistów grających na uboczu.

Pomimo przestronności wnętrza odległości wydawały się małe - ozdobiony płaskorzeźbami i plafonem sufit sprawiał wrażenie bliskiego, a biel najdłuższej ze ścian gubił wielki obraz. Syd spodziewał się scenki myśliwskiej, ale zamiast tego płótno wypełniała bujna, szczegółowo odwzorowana zieleń lasu z brązowymi akcentami, a na drugim planie z prawej strony namalowano śnieżnobiałego jednorożca. Sydowi się on podobał, podobne motywy napotkał jeszcze w wielu elementach wystroju dworu. Takie właśnie porównywane do jednorożców konie były dumą tego rodu: białe, o szlachetnie drobnej głowie i nogach i długich ogonach.

Kiedy Syd i jego rodzice weszli do pomieszczenia, para pozostająca dotychczas przy stole z kielichami w dłoniach przerwała rozmowę i wyszła im naprzeciw. Tata Sigrun znalazł się przy Sydzie w kilku krokach i powitał go po męsku, uściskiem dłoni, a nie przytulając, jak kobiety. Za to go lubił. Nieco wolniej podeszła do nich dama w powłóczystej sukni, również witając, ale na szczęście go nie tuliła. Nie chciała się schylać.

Krok za nią podążał chłopiec we fraku z wysokim kołnierzem, podobnym do tego, który miał Syd. Musiał przy stole zostawić zabawki, żeby się przywitać, jak jemu też kazała mama, ale nie wyglądało, żeby robił to niechętnie. Patrzył prosto w oczy parze markizów, kiedy ich pozdrawiał.

Syd przyjrzał się odstającemu brzuchowi tamtej damy, który wyglądał dziwnie w zestawieniu z jej kościstą sylwetką. Materiał sukni napinał się śmiesznie.

– Urodzi mi brata, który będzie mnie słuchał – szepnął do niego mały rudzielec za plecami mamy, która już prowadziła gości do stołu. Dopiero to powiedziawszy, podał mu rękę.

– Witaj, jestem Syd Viliamrson – przedstawił się gospodarzowi, chociaż zdawało mu się, że to on powinien zacząć.

– Syd, to skrót od czegoś? Ja jestem Alberycht XXXI Alberychtson.

Prychnął.

– Śmieszy cię moje imię?

– Wszyscy nazywacie się tak samo.

Potem przez jakiś czas Syd musiał słuchać Alberika, który oprowadzał go i pokazywał mu swoje zabawki. Nie było to specjalnie zajmujące, bo nie pozwalał mu wziąć żadnej z nich do ręki, żeby nie popsuł. Na szczęście w pewnym momencie mama Sigrun przyprowadziła dziewczynkę w ich kąt salonu i posadziła z nimi. Był to w sumie jedyny kontekst, w jakim Syd znał mamę Sigrun, bo jeśli nie wprowadzała tylko małej w towarzystwo rówieśników, to znikała na resztę czasu w bibliotece, gdzie czytała i notowała z szaleńczym błyskiem w oku.

Od momentu powiększenia ich małej grupki niewiele zmieniło się co prawda w ich zajęciu, ale przynajmniej kuzynka milczała razem z Sydem. W końcu Alberik znudził się zabawkami, bo nagle zaproponował:

– Chcesz, to ci pokażę moje psy zaprzęgowe. Tata mówił, że wy takich nie macie.

Syd przytaknął ochoczo, ale wtedy Sigrun pociągnęła go za rękaw z błyszczącymi oczami. Po krótkiej naradzie na ucho, Syd zrelacjonował:

– Sigrun pyta, czy też może zobaczyć psy, bo się wstydzi.

– Dziewczyna? – Alberycht zmarszczył nos.

– Nie, ona jest fajna.

Mały dziedzic Alberychtów jakby dopiero w tym momencie zauważył jej przyjście, rzucił okiem na Sigrun. Miała spodnie na jeździecką manierę, ciasne rękawy i włosy spięte w warkocz, czyli przeciwnie niż zwykle damy.

– No dobra. Chodźcie – zawyrokował i poszedł zaaranżować wyjście z tatą.

Po pospiesznej szamotaninie z płaszczami i szalami w przedsionku, kiedy były już ubrane, dzieciaki podążyły za markizem Alberychtem do psiarni. Magia momentu była zbyt silna, żeby zapamiętali, że pan dworu musiał wezwać późnym wieczorem spoza służby psiarza, z którym rozpalali kolejno lampiony w uśpionym budynku.

Psiarnia była niskim podłużnym murowanym budynkiem z pochyłym dachem wspieranym na środku przez drewniane pale. Po obu stronach korytarzyka mieściły się usłane sianem kojce z posłaniami z powiązanych ze sobą szmat, w tylnej ściance każdego było przejście do zewnętrznych wybiegów, z których zwierzęta korzystały we dnie. Niektóre przegrody były puste, w innych psy siedziały parami, a największą atrakcją była ta, gdzie jedna z samic leżała otoczona kłębkami futer jej szczeniąt. Uniosła głowę i postawiła czujnie uszy sprawdzając, kto idzie.

Psiarz, wysoki i suchej budowy brodaty wiking z kolczykiem w nosie i wygoloną głową, praktyczny pan wszystkich trzymanych tu psów przedstawiał kolejno ich imiona i rasy unosząc lampę ponad barierki kojców. Spoglądały na nich zaspane, czasem podejrzliwe puszyste malamuty, brązowe i szare husky, psy grenlandzkie i para białych samojedów. Psy wszystkie wyczerpywały wszelką uwagę Syda i Sigrun, którzy łowili każde słowo przewodnika, tak samo fascynowały również małego Alberika, który wcale nie często miał okazję do nich zaglądać.

Nie zauważali stojącego u ich boku markiza, który obserwował ich reakcje z rozczuleniem. Na jego prośbę psiarz przyniósł jednego ze śpiących szczeniaków z boksu i pokazał dzieciom, jak należy trzymać małego psa podpierając od dołu. Sigrun która prawie pękała z ochoty wzięcia pieska na ręce nie odważyła się nawet go dotknąć. Za to Syd potrzymał go przez chwilę pod pełnym nieufności wzrokiem matki, która podeszła jak najbliżej bramki kojca. Przyznał, że chociaż pewnie rodzice by się nie zgodzili, chciałby też mieć własne psy zaprzęgowe. Wtedy markiz Alberycht obiecał dzieciom, że będą mogły zawsze tu zaglądać, kiedy tylko zechcą.