– To jest Zygfryd, mój kolega – ogłosił Syd. – Dużo bawimy się razem w rycerzy. Dobrze walczy.

Nieśmiały chłopiec stojący o krok od niego skurczył się pod spojrzeniami pozostałych dzieci. Jasne kasztanowe włosy opadły mu na twarz, kiedy pochylił głowę, żeby ukryć wstępujący rumieniec.

– Cześć, Zygfryd – rzuciły kolejno dzieci, przechodząc z tym od razu do porządku dziennego, a co było dla nowego najważniejszą i najtrudniejszą do przejścia ceremonią wstępu. Syd uśmiechnął się do niego zachęcająco.

– My jesteśmy źli – wytłumaczył mu Alberik obejmując gestem blondwłosą dziewczynkę. – a wy się bronicie. Możesz być z nimi. To jest zamek, a tam jest nasza tajna baza.

Nikomu nie przyszło do głowy się przedstawić, bo przecież nie to było ważne. Księżniczka Hilda, która zawsze dowodziła obroną zamku przydzieliła Sydowi rolę doradcy, a Zygfrydowi rycerza.

– To proste, pilnujesz, żeby nam nie zabrali fantów – wyjaśniła, po czym z Sydem pokazywali mu, z których mebli i poduszek i w jakiś sposób zbudować fort w jej pokoju i jak się go zadasza kocami.

Centralnym miejscem zamku była niedźwiedzia skóra zaciągnięta sprzed kominka do części fortu z najwyższym sufitem, czyli wejściowej. Tam też znajdował się, tuż przed wejściem, wielki, cudnie rzeźbiony drewniany domek dla lalek Hildy, z którego na potrzebę chwili wyeksmitowano lalki i gdzie księżniczka ustawiała zamiast nich figurki kucyków, które były jej ulubieńcami.

Zygfrydowi zasady gry w praktyce nie wydały się tak prostymi, jakimi przedstawiła je Hilda. Starał się domyślić i zapamiętać cały ogrom niuansów i nawiązań do poprzednich zabaw.

– Dlaczego nie możemy wejść do ich szafy zanim przyjdą nas atakować i ich tam pokonać? – spytał, na co Grimerda, która dosłyszała to z daleka, obruszyła się:

– No co ty, nie możesz wejść do naszej tajnej bazy, ona jest niewidzialna.

Dla mamy księżniczki, która wkroczyła w granice tego świata w pewnym momencie, całość polegała głównie na zabieraniu czegoś sobie i bieganiu z tym pomiędzy pokojem Hildy a sąsiednią sypialnią rodziców. Mama, która miała długie białe włosy spięte w bardzo wysoki kucyk i jak zwykle nosiła prostą błękitną sukienkę, kiedy nie zasiadała w sali tronowej, przyniosła na rękach małą kulkę z burzą loków.

– Hilda, Kari siedzi sama, dajcie jej też się z wami bawić.

– Mamooo – jęknęła starsza z księżniczek. – Ona wszystko zepsuje!

Mama jednak nie chciała słyszeć odmowy. Obarczyła ich małą beksą, która już w parę minut chodząc niezgrabnie uszkadzała posady fortu i zabierała z domku przypadkowe kucyki, przewracając sąsiednie.

– Atak rozszalałego dzikiego potwora obniżył ich obronność! – zakrzyknął Alberycht zza progu pokoju, gdzie była granica terytoriów. – To odpowiednia chwila na atak.

– Czemu ona nie może iść na sanki z Flammą i Hagenem? – pożaliła się Hilda. Zygfryd wytrzeszczał na nią tylko wystraszone oczy, kolejny raz nie znając odpowiedzi.

– Z nimi nie może – zaśmiała się Grimerda u boku Alberika. – Nie z Zakochaną Parą!

– Wasza wysokość – wtrącił się Syd – jako twój doradca radzę ci wzmocnić straż graniczną... ej! – w tym momencie doleciała do niego kula armatnia szturmowców, to jest jasiek ciśnięty przez Alberika, który dźgnął go rogiem w oko.

– No tak, tak – przytaknęła mu Hilda, która niczego nie spostrzegła, poprawiając przewrócone kucyki z głową schowaną za domkiem dla lalek. Wyprostowała się nagle na kolana i wskazała "wrogów" charyzmatycznie palcem, wsparta o dach domku jak o pulpit. – Straż, na granice!

– Haha-ha-ha! Teraz pokonamy Hildę raz na zawsze – Alberik zacierał ręce, przekroczywszy zuchwale próg. – Przejmę koronę Asgaardu i zostanę królem!

– Ja będę generałem – oznajmiła Gri wskakując dziarsko za nim przed zamek.

– Od tej pory to wy będziecie kłaniać się mnie.

– A ja będę generałem!

Straż, chociaż z opóźnieniem, zareagowała zdecydowanie. Zygfryd niespodzianie przez wszystkich wyskoczył z fortu do klęku i zawirował, podcinając Alberika i Grimerdę. Coś głośno puknęło - dziewczynka upadając uderzyła głową o ramę łóżka.

W pokoju wszystko się zatrzymało, nawet Kari przestała przewracać zabawki. Syd odpowiedzialny za wszystkie młodsze dzieci poderwał się żeby obejrzeć Gri. Wyszedł jej guz i powstrzymywała się, żeby nie płakać.

– Przepraszam – zapiszczał Zygfryd, znów cały czerwony ze wstydu i przerażony. – To było niechcący.

– Nie powiesz mamie? – zapytała Hilda z wahaniem.

– Nie... – odpowiedziała dziewczynka dzielnie, pociągając nosem – bo każe mi iść do domu.

– Nic takiego, przecież nie każą mi przez to iść do domu. – zażartowała Hilda, kiedy zaciskano jej bandaż na zadrapanym ramieniu. – Zdarza się.

Jeśli chciała spędzić nieco czasu z Sydem, musiała dołączyć do którejś z jego lekcji, tym razem jeździectwa, który przypadkiem skończył się na niej utratą równowagi i fikołkiem w zaspę. Chłopak zaprosił ją do domu, żeby się rozgrzała przy kubku herbaty, sam natomiast musiał zasiąść do fortepianu. Nadal obowiązywały go ćwiczenia, choć odkąd był już starszy, tylko co tydzień towarzyszył mu nauczyciel. W ten sposób Syd tworzył dla siebie trochę przestrzeni wśród zaplanowanych zajęć.

Hilda objęła ciasno dłońmi ciepły kubek i wkroczyła za przyjacielem do bawialni, gdzie stał fortepian. Zatrzymała się u progu. Wnętrze było podłużne, całe czarne i oświetlone pastelowym światłem dziennym wlewającym się łagodnie przez wysokie okna. Powiodła wzrokiem w górę ciężkich zasłon marszczących się na podłodze na sposób przypominający korzenie drzew i pnących się tak wysoko, że znikały w czerni. I milczący wysoki blondyn w czarnym fraku za czarnym fortepianem, na którym odbijały się białe refleksy. Cały ten kadr wydawał się Hildzie jak namalowany na obrazie.

Dyskretnie przeszła za plecy Syda, kiedy zaczął grać. Lubiła stać blisko, żeby móc odczuć na skórze drgania dźwięku zaostrzone przez ciszę dworu markizów. Wiedziała też, że przynajmniej kiedy byli razem, nieprzypadkowo dokonywał wyboru utworów, chcąc w ten sposób czymś się z nią podzielić. Nazbyt często były to utwory długie, złożone i melancholijne, jak i tego dnia.

Hilda patrzyła na palce Syda przebiegające po klawiszach i w skupieniu zgadywała następne tony melodii, która była jej skądś znana. Przyzwoitka księżniczki, która niezmiennie towarzyszyła swojej pani, kryjąc się na uboczu, wsłuchiwała się ze wzruszeniem w piękne brzmienie. Kochała tu przychodzić i choć nie odzywała się ani słowem, zawsze roniła kilka ukradkowych łez nad smutkiem duszy wrażliwego młodzieńca, dla którego muzyka była jedyną formą skargi.

Syd spochmurniał przez czas odgrywania całej kompozycji i choć skończył, pozostawił dłonie na klawiaturze, jakby miał jeszcze coś dopowiedzieć. Echo dźwięków fortepianu niosło się w myślach Hildy jeszcze przez chwilę po zapadnięciu w pokoju zupełnej ciszy. Nie wyrażała frazesami podziwu i nie zadawała pytań, zbyt dobrze się znali i rozumieli swój język milczenia.

–To muzyka do pewnego koszmaru – odezwał się w końcu, nie odwracając się do niej twarzą. Mówił cicho, żeby nie usłyszał go nikt inny. – W dzieciństwie ciotki opowiadały mi, że gdzieś w królestwie żyje chłopiec w moim wieku, wyglądający zupełnie jak ja, ale we wszystkim ode mnie lepszy. Jeśli nie będę się starać, on przyjdzie zająć moje miejsce i nikt nie zauważy, że zniknąłem. Pewnego razu zdawało mi się, że go spotkałem. Patrzył na mnie jednocześnie z zazdrością i pogardą. Nie miał tego wszystkiego, co miałem ja i był bogaty w to, że tego nie miał. Było to dawno, a tak wiele o tym myślałem, że przestałem wiedzieć, czy to zdarzenie, czy sen. Prawda jest jednak nieistotna. Stworzyłem koszmar. Wiem, że cały czas to ja sam, ale nie mam odwagi na niego spojrzeć. Przeraża mnie i nęci jego wolność i okrucieństwo. Czasami nienawidzę wszystkiego, czym jestem, ale nie mogę stać się niczym innym – zrobił pauzę, Hilda nie spuszczała z niego wzroku i nie zauważyła, że herbata w jej dłoniach już ostygła. – Kiedyś w zimie poszedłem nad jezioro, to przy którym lubimy spędzać czas. Ktoś wyzwał mnie, że nie utrzymam w nim ręki nawet przez dziesięć sekund. Rozbiłem trochę lodu u brzegu i wszedłem po kolana, ochlapałem się wodą. Coś mnie wtedy oczarowało. Przeszedłem tam parę kroków. Zimno przejęło mnie tak, że mogłem poruszać się coraz wolniej, z uśmiechem patrzyłem, jak ociężale przestępują moje nogi, jak przestawałem odczuwać i władać nad sobą. Wyszedłem tylko dlatego, że bardzo mnie namawiali. Nie chciałem opuszczać tego chłodu i nie zrobił mi krzywdy, jak każdemu innemu. Fascynująca była ta spokojna niemoc, opadająca jak sen. Niesamowicie przypominała wolność. Takiej śmierci chciałbym dla siebie.