*

Syd pamiętał, jak później żałował, że powiedział to wszystko Hildzie i że w ogóle komukolwiek śmiał się pożalić. Nie miało to jednak później żadnego znaczenia, ponieważ jako księżniczce Polaris wyjątkowa więź z wojownikami pozwalała jej poznać naturę ich energii, a ona wynikała bezpośrednio z ich przeżyć i osobowości.

Dno butelki przybliżało się. Rozgrzebywanie przeszłości nie mogło Sydowi w niczym pomóc, teraz gdy oddał Hildzie swoją śmierć wśród lodu. Popełnił zbrodnię na najważniejszym, żeby ocalić najważniejsze. Nie było miejsca, gdzie mógłby ukryć się przed sobą.

– Nie lubię cię w tym stanie – napomniał go Albrycht, kiedy wchodząc zastał go pochylonego nad szklanką. – Zostaw to i połóż się. Teraz moja kolej.

Wojownik Megrez powoli ubrał buty i przygotował ubranie pod zbroję, którą przywołał chwilę później. Zatrzymywali się w jednej z jego posiadłości wiejskich, gdzie spędzili niespokojną noc. Zbierał się do wyjścia na zewnątrz niechętnie, bo nie chciał zostawiać Syda samego.

– Przejrzę jeszcze raz okolicę – oznajmił, kolejny raz bez odpowiedzi. – Wydaje mi się, że coś wyczuwam. To mogą być nasze walkirie.

Na podwórku promienie wschodzącego słońca pokryło złotawą łuną płaskie połacie ciężkiego, nadtopionego śniegu i brązowe kikuty wystających z niego roślin. Mgła w oddali ograniczała mu widoczność, Alberycht szedł więc ostrożnie w kierunku skraju lasu, skąd przeczuwał łagodną nieznaną mu energię.

Śnieg skrzypiał pod jego stopami, ale święta zbroja chroniła go przed chłodem. Jej intensywny szafirowy odcień oraz gładko ciosana struktura przypominały kryształy kamienia szlachetnego. Wojownik nie przypuszczał, żeby ułatwiało mu to dyskretne zakradnięcie się, bo jego sylwetka odcinała się zapewne na tle białego śniegu najlepiej jak mogła, jednak chciał być gotowy na każdą ewentualność.

Alberycht wciąż miał przed oczami Syda tkwiącego nieruchomo, podczas gdy niewiadomo co ponurego chodziło mu po głowie. Obawiał się, że jeśli straci nad nim panowanie, legnie w gruzach jego plan. Choć dostrzegał pogłębiający się druzgocący efekt ich zdrady na psychikę Syda, nie mógł być z nim do końca szczery.

Nikomu dotąd nie przyznał się, co zobaczył tego dnia, kiedy Hilda zmieniła się nagle. Korzystał akurat ze świątynnej biblioteki, podczas gdy Hilda odprawiała codzienne modły nad brzegiem morza przed posągiem Odena. Bywał tam czasami, ponieważ odpowiadał mu monumentalny spokój świątyni i jej pustka, jako że nie dopuszczano do niej prawie nikogo. Przez wiele godzin nic się nie zmieniało, dopiero kiedy dochodziła godzina, o której Hilda miała zwyczaj kończyć i zawracać do pałacu, Alberycht wyszedł jej naprzeciw, żeby ją odprowadzić. Wtedy właśnie zobaczył z daleka, że Hilda nie stoi jak zwykle na cyplu, ale leży przewrócona, a ze skały ścieka sporo wody, jakby dopiero co nakryła ją fala. W pierwszym odruchu chciał skoczyć w tamtym kierunku, ale postać księżniczki nagle otoczyła jasna łuna energii. Dziewczyna powoli powstała i zaczęła sunąć po schodach w górę do świątyni, jakby nigdy nie upadła. Kiedy wojownik zobaczył ją z bliska, minę miała obojętną, ubranie i włosy całkiem suche. Spojrzała na niego pobłażliwie i odeszła sama. Pewnie już wtedy miała na palcu tajemniczy pierścień.

Alberycht długo zastanawiał się, co się wtedy wydarzyło. Od tamtej pory zaczął dużo czytać na temat natury mocy księżniczek Polaris, czyli pierwszych walkirii, oraz innych przewodników duchowych Asgaardu, od kronik i świadectw po poezję i drobne legendy. Zgromadził w ten sposób wiele nierzadko przeczących sobie informacji, w tym niestety żadnego solidnego potwierdzenia lub zaprzeczenia, czy ktoś taki jest odporny na intruzję obcej energii. Aura króla, jej ojca, który również był kapłanem Odena, także zmieniała się z jego wiekiem. Tę, z której wszyscy znali Hildę, nabyła dopiero po jego śmierci, kiedy przejęła te same obowiązki. Równie drastyczną zmianą mogło być zatem dojrzenie Hildy do roli przywódczyni walkirii, wojowniczki. Jej moc stała się o wiele potężniejsza niż wcześniej i to wcale nie od momentu, kiedy pojawił się pierścień.

Ponure wnioski Alberychta wskazywały, że jakiekolwiek plugastwo zostało zamknięte w złotej obrączce, tak że jej parzący dotyk nie pozwalał na jej zdjęcie, nie ono było rzeczywistym problemem. Syd był zbyt mocno przywiązany do Hildy, żeby dopuścić, że to ona była winna swojej przemiany. Z jakiegoś powodu, jeśli wierzyć Goranowi, zlecała mordować potajemnie pozostałe walkirie i prawdopodobnie zatrzymywać dla siebie ich moc. Alberycht żałował, że nie domyślił się tego wszystkiego wcześniej, potrafiłby być może zapobiec śmierci Zyglindy i pozostałych, nie znanych mu osobiście ofiar. Większość uwagi skupiał jednak na ocalałych i szansie, że nimi pozostaną.

W starych źródłach wyczytał o pewnej energii innej niż ta, z której wojownicy korzystali podczas walki, energii ochronnej, która łączyła ich z przyrodą Asgaardu. Dzieliła się pomiędzy nich wraz z ukształtowaniem zbroi, wstępując w nie pod postacią Szafirów Odena. Miały widzialną postać kamieni, ale nie można byłoby ich ot tak odebrać, ponieważ więź z wojownikiem zrywała się dopiero za jego własną wolą albo po jego śmierci. Gdyby zebrać razem wszystkie kamienie, a było ich zawsze tylko siedem, nie posiadał ich Bud ani walkirie, moc połączyłaby się z powrotem w całość. Tutaj jednak źródła się rozchodziły: Alberycht nie mógł mieć pewności, że nawet jeśli zgromadzi Szafiry wszystkich Świętych Wojowników, uda mu się przezwyciężyć opór własnych ludzi i wojska Ateny jednocześnie. Gdyby moc Asgaardu znalazła się w rękach Rycerzy, z pewnością mogliby wykorzystać ją do obalenia Hildy, ustanowienia nowego władcy na mocy dyplomatycznej ugody. Do tego nie mógł dopuścić, jeśli chciał zachować władzę po swojej stronie.

Stopniowo las dookoła niego zagęszczał się, a czyjąś obecność czuł już bardzo wyraźnie. W końcu jakaś sylwetka śmignęła między splątanymi bezlistnymi krzewami. Przystanął, kiedy ktoś zawołał z ukrycia:

– Kto idzie?

Alberycht rozpoznał damski głos.

– Święty Wojownik księżniczki Hildy – odpowiedział wyraźnie i po chwili z korony jednego z drzew zeskoczyła obok niego kobieta.

Nie była to jednak ani Brunhilda, ani Grimerda, ale ktoś zupełnie obcy. Postać niska i szczupła, choć muskularna, w szaro-błękitnej zbroi rycerza zodiaku, nie był jej więc potrzebny płaszcz. Nosiła za to na twarzy białą maskę.

– Jeśli jesteś jednym z obrońców Hildy, przepuść mnie – poprosiła. – Muszę jak najprędzej rozmówić się z księżniczką. Jestem Srebrnym Rycerzem Orła. Przybywam z bezpośredniego rozkazu Ateny i na prośbę waszego przedstawicielstwa.

Nawet niezgorszy akcent. Ale nie masz potrzeby się trudzić – odpowiedział jej po grecku. – To prawda, że oczekiwaliśmy posłańca, proszę więc.

Marin spojrzała ukradkiem w górę, zdawało jej się, że las zaczął wyglądać zupełnie inaczej, odkąd wojownik się tu pojawił. Gałęzie były zakrzywione w jednym kierunku, jakby próbowały delikatnie ich sięgać.

Gestem wskazał jej, żeby szła przodem. Pełna podejrzeń przestąpiła parę kroków po śniegu i nie zdążyła nawet zareagować, kiedy z ziemi pod nią z trzaskiem wystrzeliły kolce z minerałów. Alberycht nie mógł pozwolić sobie na ryzyko związane z uczciwą walką, podobnie jak na dopuszczenie do pokojowych rozmów, które przerwałyby wojnę potrzebną mu do utrzymania pustego tronu. Kryształy, głównie soli i kwarcu, oplotły Marin całą w jedną chwilę.

Podobny do towarzyszącego kształtowaniu się pioruna trzask poniósł się po okolicy i zaalarmował dwóch rycerzy, którzy też znajdowali się wtedy niedaleko w lesie.

Młodszy z nich rwał się, żeby popędzić konie.

– Szybcieeej, chcę zobaczyć, kto to!

Drugi z powodu wyczerpania sił nie mógł jechać szybciej niż w stepie, bezwiednie trzymał się końskiej grzywy zaciśniętą pięścią, żeby zapomnieć o bólu.

– Spokojnie... diabeł sam do nas przyjdzie – szepnął i zatrzymali się, wytężając wzrok.

Alberycht w lesie mógł się poruszać z niesamowitą szybkością. Przenikał przez drzewa stając się na moment ich częścią, mgła chroniła go, ale sam doskonale rozpoznawał otoczenie. Wiedział juz, że walkirie nie odpowiedziały na jego wezwanie. Najgorsze, że spodziewał się oprócz tego komplikacji, w związku z tym, kogo zobaczył na leśnej drodze.

–Hagen. Jeszcze po tej stronie? – zakpił, zadzierając głowę.

– Na twoje nieszczęście – przyznał rycerz, którego pomimo zmęczenia nigdy nie opuszczała głęboka niechęć do arystokratów.

Blondynowi wciąż ciążył na płucach chłód Diamentowego Pyłu, nie mógł wziąć większego oddechu ani głośno mówić, był też bledszy niż kiedykolwiek. Jego młodszy brat miał odruch, żeby zejść z konia i dygnąć przed suwerenem, ale widząc jego bierność, również się powstrzymał.

– Nie jesteś już naszym panem – wychrypiał powoli Hagen. – Dowiedziałem się wszystkiego od Mimme'a. Zdradziłeś królestwo i jesteśmy wolni od ciebie.

Brat Hagena, jakkolwiek zawsze powtarzał po nim odzywki, tak teraz pokiwał mu przecząco głową przewidując, że rozmowa prowadzi w złym kierunku.

– Jeszcze się ugryziesz w język – syknął Alberycht pod nosem, odwracając wzrok.

Hagen ranny nie był zagrożeniem dla niego ani dla Syda. Nie miał przy sobie zbroi, możliwe że utracił już Szafir na rzecz Rycerzy Zodiaku. Być może tak byłoby najlepiej. Alberycht nie mógł pozwolić sobie na otwarte działanie, chętnie przejąłby kamienie, kiedy już zbierze je ktoś inny. Otwarta rozmowa ze Świętymi Wojownikami narażała go na zbyt wiele.

Zamierzał odejść, kiedy wojownik Merak dodał:

– Mógłbym cię tu teraz zabić. Powinienem to zrobić.

Alberycht zawrócił.

– Interesująca teoria.

Wystrzelił w jego kierunku pocisk energii z łatwością trafiając w pierś. Hagen zwalił się z konia, a ten spłoszył się i odbiegł o parę metrów. Obserwujący to chłopak przyjął na siebie groźne spojrzenie Alberychta.

– N-na twoim miejscu – wydukał – sprawdziłbym l-lepiej czy mam jeszcze gdzie się panoszyć. Nigdy nie byłeś ulubieńcem ludu, ale teraz to jeszcze co innego...