20

Każdego dnia z greckiego obozu wysyłani byli samotni zwiadowcy badający szóstym zmysłem strukturę energetyczną przestrzeni w poszukiwaniu Świętych Wojowników. Tego dnia wybrano nim Rede, młodego niewysokiego chłopaka o jasnych kędzierzawych włosach. Nosił czerwoną zbroję z kolczastymi naramiennikami; jej prosta budowa pozwalała rozpoznać rangę właściciela w Świątyni Ateny, czyli rycerza z brązu.

Rede był przekonany, że to południe, chociaż chmury niezmiennie pokrywały niebo jednolitym szarym płaszczem odkąd nadszedł dzień. Kroczył pospiesznie wydeptaną ścieżką wzdłuż drogi, którą stanowiły dwa równoległe rowki wyżłobione przez koła wozów, utwardzone wysypanymi kamieniami. Niska brunatna trawa pokrywała okoliczne wzgórza, w oddali piętrzyły się również tylko skały i wzniesienia, gołe lub omszałe, na których czasem dostrzegał senne domki. Odkąd morska bryza rozwiała poranną mgłę, rycerz widział wieże i mury odległego pałacu księżniczki Hildy, przysłonięte mlecznym błękitem, które wskazywały mu drogę.

Wyruszając z Grecji, Rede miał w wyobraźni obraz Asgaardu jako panoramicznego kadru białego od śniegu, z ciemnym niebem w tle dla szalejącej zamieci. Teraz, kiedy się tu znalazł, napotkał różnorodną rzeźbę terenu, wiele kolorów, ale przede wszystkim pustkę. Mieszkańcy wiosek z nadbrzeża i okolic Pałacu albo zupełnie opuszczali domy, albo nie wyściubiali z nich nosa; w każdym razie rycerz nie widywał nikogo prócz czasem rabusiów, którzy przeszukiwali pozostawione chaty.

Była to pierwsza bitwa Rede odkąd ukończywszy szkolenie rycerskie otrzymał zbroję Andromedy i to tu pragnął spełnić swoje wojownicze ambicje. Kiedy podczas pierwszych dni ataku greccy żołnierze i rycerze przejmowali teren pod obóz i niszczyli przeszkody poszukując dojść do Pałacu i Świętych Wojowników, wtedy jeszcze chłopak odczuwał pobudzający dreszcz rywalizacji. Opór wikingów, potyczki, zwycięstwa, łupy. Ale już niedługo po tym, jak minął pierwszy zryw zaskoczenia, Asgaard zamknął się przed obcymi, rozpościerając między nimi a swoim ludem lodowate pustkowia i ich nieprzebłaganą ciszę.

Pomimo ewidentnej choroby tutejszej przyrody, teren pozostawał nieprzyjazny przybyszom i surowy. Śnieg padał jedynie co drugi dzień, ale i bez niego wilgoć morskiego wiatru przejmowała chłodem za dnia i po zmroku. Słońce prawie nie wyglądało przez chmury, aż wydawało się, że noc nigdy faktycznie się nie kończy.

Wspinając się po łagodnym zboczu pomiędzy skały, dokąd prowadziła go polna droga, Rede rozmyślał, że nie znosi tej krainy, która nie pozwala odejść niechęci i smutkowi. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego asgaardczycy założyli w tym miejscu państwo i skąd biorą siły, żeby stąd nie uciec w stronę słońca i życia, które ono daje.

Kiedy ponownie znalazł się na otwartej przestrzeni, rycerz Andromedy zaczął od rozejrzenia się za wskazującą kierunek wędrówki sylwetką Pałacu. Dopiero za moment dostrzegł przypadkiem kątem oka, że ktoś mu się przygląda. Na półce skalnej, kilka metrów obok niego, stał wojownik w intensywnie pomarańczowej zbroi. Nie zareagował żadnym ruchem na natychmiastowo przyjętą przez Rede postawę bojową.

– Nie idziesz dalej, rycerzu – odezwał się po chwili ich wzajemnego mierzenia wzrokiem, głosem bez zabarwienia żadną emocją.

Rede wreszcie się rozbudził - dostał coś, na co mógł odpowiedzieć!

– Nie potrzebuję już nigdzie iść, Święty Wojowniku! – zwołał, trzymając w gotowości swój Niebiański Łańcuch. – Stań do walki – dodał wyzywająco, jako że Mimme wciąż patrzył tylko na niego z góry. – Atakuj, jestem gotów.

– Atakować... i ułatwić ci zadanie? – uśmiechnął się wojownik Eta, na co Rede dostrzegalnie się zmieszał. Choć by tego nie przyznał, pomyślał właśnie o tym.

Wojownik czasem po prostu przewidywał, co będzie lub mogłoby być przez kogoś powiedziane, w zakresie wykraczającym poza zwykłą empatię i intuicję.

– Dlaczego zależy ci na samej walce? To niecodzienne – spytał, po czym zeskoczył z podwyższenia, żeby zastąpić drogę rycerzowi.

– Nie musisz niczego wiedzieć, poza tym, że walczę w obronie porządku świata – wyrecytował Rede z zacięciem.

– Porządku? – powtórzył Mimme i przypomniał sobie przedwcześnie rozkwitające rośliny i roztopy w miejsce zamieci. Porządek był zaburzony, a grecy bynajmniej go ze sobą nie przynieśli.

Rede nie był jednak partnerem do rozmowy. Czym prędzej zamachnął się na przeciwnika. Kolczasta kula na jednym z końców Łańcucha pomknęła naprzód, jednak tuż przed wojownikiem wytraciła prędkość. Odepchnął ją łagodnie dłonią od siebie, jak od niechcenia. Kula opadła, a łańcuch poskładał się na ziemi.

– Jak to możliwe? – Rede wstrząsnął nerwowo przedramionami, wokół których owijały się sploty nieposłusznego Łańcucha. – Moja broń reaguje w ten sposób tylko na ludzi, którzy nie posiadają energii kosmicznej, na cywilów. A przecież wiem, że ty jesteś Świętym Wojownikiem, masz Szafir Odena!

Mimme nie zainteresował się odpowiadaniem na to pytanie. Zamiast tego zagadnął, jakby dopiero się spotkali:

– Znasz ten kawałek? Posłuchaj.

Wyprostował prawą rękę, a wtedy bogate zdobienia na jego karwaszach zdeformowały się i spłynęły w otwartą dłoń, po czym przyjęły kształt lutni. Kilka źdźbeł suchej trawy wyciągnęło się w kierunku wojownika, zmieniając się w delikatne nitki widoczne tylko dzięki miejscowym odblaskom i stały się strunami.

– To "Quan vei la lauzeta mover", "Słowik". – Mimme przyłożył dłonie do strun. – Będzie odpowiednim tłem dla twojej śmierci.

Dopiero wtedy Rede zrozumiał, co znaczyła ta scenka. W momencie, kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty utworu stwierdził, że ma przed sobą dwóch grających Mimme'ów. Po chwili jeszcze kilku w tle i za sobą. Ta sama smętna melodia dochodziła go ze wszystkich tych stron. Próbując poradzić sobie z iluzją rycerz posyłał szybkie ataki w stronę każdego z obrazów, które same też znikały i pojawiały się gdzie indziej. Zdezorientowany, nie wiedział, czy uskakuje w dobrą stronę, kiedy wszystkie postacie na raz wykonały jeden gest ręką, jakby drapały powietrze.

Poczuł zupełnie realny ból, kiedy pasy gorącej energii smagnęły go na całym ciele. Zachwiał się i przetarł oczy - Mimme wciąż stał przed nim, tak jak na początku, a wokół nich było pusto. Pomyślał, że albo wszystko to zaistniało tylko przez moment w jego umyśle, albo Wojownik potrafił ruszać się z prędkością dorównującą Złotym Rycerzom.

Rede przywołał w myślach wszystkie swoje lekcje i skoncentrował się na poprawnej technice. Szybko udało mu się zacząć dosięgać atakami Mimme'a, który wciąż jednak, ku jego rozczarowaniu, maskował się nawet bez odgrywania muzyki. Ciosy nie wyrządzały mu wiele krzywdy - Łańcuch, podstawowa broń Rede nie chciała działać przeciw niemu, a pozostałe techniki tylko odrobinę przebijały się przez wprawne bloki wojownika.

Minęło tak już kilka minut, rycerz pospiesznie głowił się, jak tym razem zdobędzie Szafir, jeśli nie potrafi zabić przeciwnika. Skoncentrował silniej swoją energię, żeby w ten sposób dać sygnał jednemu z czuwających dowódców. Mimme zorientował się, że chłopak się na coś szykuje i szarpnął za struny.

W tym samym momencie Rede poczuł szarpnięcie wprzód. Wiele ledwie widzialnych, cienkich jak żyłki strun oplątało go i napinając się na różne strony zaczęło przecinać mu skórę, a na zbroi wydrapywać rysy. Jednocześnie, jakby coś zainfekowało mu przez to krew, zaczęło mu się zdawać, że kojąca melodia requiem stopniowo przemienia się w nieskładny szum, a on sam nie mógł - lub też nie miał już ochoty - się wyplątać. Przez chwilę rycerz nie wiedział, co się działo wokół, aż nagle więzy puściły i odzyskał trzeźwość myślenia.

Rozejrzał się panicznie i szybko dostrzegł, kto przyszedł mu z pomocą i przeciął struny. Mimme spojrzał w górę na skały, na których sam wcześniej się przyczaił.

Sylwetka rycerza Feniksa w granatowo-szarej zbroi niemal wcale nie odcinała się na tle pochmurnego nieba. Tylko trzy złote ogony, które nosił przypięte jak płaszcz, stanowiły w jego postaci źródło jakiegokolwiek koloru. Twarz miał ogorzałą, oczy martwe, usta nieruchome i bez wyrazu. Chociaż miał niewiele ponad 20 lat, wyglądał na sporo starszego od Mimme'a i Rede.

– Idź dalej. Ja to skończę – rozkazał przybysz posępnym tonem, który go nigdy nie opuszczał.

Rede nie zwlekał ani chwili, żeby wykonać polecenie. Biegiem wyminął Mimme'a, który nie mógł temu zaradzić pilnowany przez Ikkiego.

Wojownik cofnął się ku otwartej przestrzeni, żeby nie dać Feniksowi szansy naskoczenia na siebie. Rycerz podążając za nim musiał zejść na równy poziom.

– Zmów paciorek, chłopcze – mruknął, zamierzając się pięścią, która w momencie zapłonęła od energii.

Już pierwszy atak dosięgnął wojownika Eta trafiając go w ramię i roztrzaskując lutnię. Mimme nie zwrócił uwagi na ból, czując zastrzyk adrenaliny w obliczu godnego przeciwnika.

Ich pojedynek był dynamiczny i wyrównany, żaden nie wykonywał zbędnych ani pospiesznych ruchów. Nie zamienili słowa, atak poprzedzał blok. Ciosy były zwinne i celne, jakby zastępowały dobrą konwersację.