Kiedy poczuł pierwsze zmęczenie, Mimme na moment zwiększył dystans i przyjął defensywną postawę. Coś interesującego w aurze Feniksa sprowokowało go do zapytania:

– Czemu zastąpiłeś tego rycerza? Ma coś wspólnego z twoim bratem; czy nim jest?

Po chwili rycerz odpowiedział niechętnie:

- Mój brat niedawno zginął w walce. Ten tu przejął po nim zbroję.

Mimme'owi Ikki nie wyglądał na osobę, która przyznaje się do sentymentów rodzinnych. Wyjątkowo wyraźnie odczuł jednak specyficzny nastrój, jaki wywołała w Feniksie obecność Rede w zbroi Andromedy. Przez moment pomyślał o swojej rodzinie, o tajemniczej dawnej przeszłości - i to był jego błąd. Ikki wyczekał tego właśnie i wykonał nagły gest, jakby coś rzucał przed siebie. Ledwie zauważalny promień błysnął pomiędzy nim a Mimme'm.

Rycerz przyjrzał się analitycznie znieruchomiałemu chłopakowi. Z obojętnością powiódł wzrokiem za strużką krwi spływającą mu z czoła na policzek - Mimme nie był świadomy, że stracił hełm, który opadł na podłogę przepołowiony.

– Nie odczuwasz wobec nas nienawiści – podjął dopiero wtedy Ikki, cierpliwym tonem, choć założył ręce za plecy z butną elegancją. – To dlatego Niebiański Łańcuch nie chce zwrócić się przeciwko tobie. Nie jesteś naszym wrogiem. Rozgrywki polityczne Ateny i księżniczki Hildy cię nie zajmują. Tak naprawdę nienawidzisz przemocy. Dlaczego więc zostałeś Świętym Wojownikiem, od czego szukasz odkupienia?

Wojownik skoncentrował całą uwagę na tym pytaniu, zapomniawszy o kontekście, w jakim sie znajdowali. Przestał nawet kojarzyć głos, który słyszał z jakąkolwiek osobą.

– Mylisz się – szepnął. – Znam nienawiść tak dobrze, że nie odstępuje mnie na krok. Przywdziałem zbroję, żeby was powstrzymać.

Feniks zignorował jego słowa.

– Potrafisz czytać w myślach – kontynuował. – A czy umiesz odróżnić to, co wiesz, od tego, czego się domyślasz? Kim właściwie jesteś?

Zapadała już wieczorna mgła, choć drogę do domu wciąż oświetlała Mimme'owi miękka żółtawa łuna nocy polarnej. Płaszcz niósł przerzucony przez ramię, rozgrzany przez dopiero ukończony trening pozwalało mu nie zauważać chłodu. Przeszedł pewnym krokiem przez dziedziniec swojego zamku, rzutem oka sprawdził, że przed stajnią koń ojca był czyszczony po jeździe. Skierował się więc prosto na piętro, gdzie spodziewał się zastać Folkela w gabinecie, jak zwykle odkładającego broń na jej uświęcony stojak pod herbową tarczą.

Przed wejściem odrzucił płaszcz i zastanowił się, czy lepiej przygładzić włosy, żeby lepiej się zaprezentować, czy zostawić je rozwichrzone jako oznakę zaangażowania w przebyty trening. Ostatecznie zdecydował się na rozwiązanie pośrednie zdejmując opaskę i przewiązując ją sobie na przegubie. Wkroczył do gabinetu wzywając imię ojca, ale nie zastał go wewnątrz. Wtedy przeszła go grzeszna myśl: a gdyby został na moment i przyjrzał się pokojowi ojca? Nie zdarzało mu się zostać tu na dłużej, a już nigdy pod nieobecność Folkela, to była jego prywatna, zakazana, ale kusząca przestrzeń.

Chociaż Mimme'a palił pośpiech, bo wiedział, że ojciec może lada chwila się tu znaleźć, przejrzał nagłówki papierów spoczywających na biurku i zakurzone regały naprzeciw okna. Choć nieliczne, wszystkie księgi mówiły tylko o myślistwie, sztuce wojennej lub były zbiorami traktatów politycznych, a dwie toporne rzeźby rozstawione po przeciwległych kątach przedstawiały oczywiście dzielnych średniowiecznych wojowników wikińskich z toporami.

Jedyne, co wydało się Mimme'owi niespodziewane i tym samym podejrzane, to spory srebrny medalion na jednej z wyższych półek regału. Był dziwnie gruby, jakby składał się z dwu części. Wyciągnął po niego dłoń, kiedy usłyszał za plecami szczęk klamki.

– Co ty tu robisz? Mówiłem jasno, że nie... – głos Folkela załamał się nagle, kiedy wojownik zobaczył przedmiot w ręce syna. Bladość, która nagle wstąpiła na jego oblicze tylko zachęciła chłopaka do otwarcia medalionu.

Połowa była tylko kawałkiem srebra, za to w drugiej osadzony był starannie wymalowany portret dwojga ludzi z niemowlęciem.

– Kto to jest – zapytał stanowczo, a jego rysy zaczynały tężeć.

Kobieta na wizerunku miała wyraźnie zarysowane rdzawe oczy, mężczyzna rudawe włosy.

– To ty i twoi rodzice. Zabiłem ich podczas jednej z wojen – przyznał Folkel, którego skrucha skurczyła całą jego postać. – Twój ojciec był prostym wojownikiem z sąsiedniej domeny.

Mimme był bezwzględny.

– Teraz rozumiem! To wszystko, te lata pełzania na twój rozkaz, tylko dlatego, że zabrakło ci odwagi na dobicie zasmarkanego dzieciaka. Niech żyje i rośnie, niech zabije wyrzuty sumienia, których nie dałbyś rady ugasić sam!

Folkel usiłował udźwignąć płomienne spojrzenie syna. Nie mógł się poruszyć, niczym wrośnięty w podłogę.

– Przykro mi.

– Przykro! I tyle? – warknął chłopak, ciskając medalion gdzieś w kąt. – Miałeś już czas zabezpieczyć się przed moim gniewem. Teraz twój czas minął. Wąż, którego wychowałeś, w końcu dorósł. I zobacz, jak dobrze przygotowałeś go na ten moment!

Ogarnięty szałem, Mimme przeszył Folkela gradem ciosów, nie oprzytomniał nawet kiedy wybiegł już ze zbryzganego krwią pokoju. Biegł przed siebie bez wytchnienia, miał ochotę rozedrzeć na sobie koszulę, rwać włosy i krzyczeć. Pragnął własnej śmierci.

Wojownik Eta klęczał, wspierając się na drżących dłoniach. Z trudem łapał oddech i mdliło go okropnie. Zdawało mu się, że prawie wyczuwa słodki zapach wstrętnej mu krwi. Znów był przed nim Brązowy Rycerz Feniksa, otoczony szaro-burym krajobrazem nabrzeża.

– Ojciec kochał cię – doszedł go jednostajny głos Ikkiego. – Mimo swojej surowości, zawsze był przy tobie. Nieważne jak bardzo chciałbyś wyprzeć to ze świadomości.

– N-nie zasługuję na to, żeby żyć – zaszlochał Mimme wstrząśnięty przywołanymi do niego jak namacalny sen obrazami. – Powinienem wtedy zginąć razem z nimi... nie zasługuję na zbroję Wielkiego Wozu.

Czując w sercu wielką pustkę, usiadł zrezygnowany i ugasił swoją energię. Odwołał swoją zbroję, której części rozszczepiły się na drobne pomarańczowe kuleczki i spłynęły ociężale na trawę. W parę chwil wsiąknęły w nią jak krople deszczu.

Rycerz Feniksa z kamienną twarzą pochylił się przed nim, podnosząc opływowy błękitny kamień, który pozostał po energii Eta. Wydawało się, że wyminie nieruchomego wojownika, jednak w ostatniej chwili wymierzył mu uderzenie w jeszcze zdrowe lewe ramię, przetrącając bark. Mimme przewrócił się i jęknął, ale nie próbował się podnieść.

– Pozdrów ode mnie Odena – rzucił Ikki, zanim rozpłynął się w bramie z płomieni, którą przywołał i która zamknęła się tuż za nim.

Przyroda przykryła ciszą to minione zajście wśród skał. Szare chmury sunęły po niebie, zastępując na ich miejscu jednakowe poprzednie.

Mimme'owi było obojętne, ile czasu mijało, czuł się poza czasem. Jego myśli nie miały już żadnej treści, patrzył jedynie na wprost, przyglądał się powiewającej lekko na wietrze trawie. Co jakiś czas przecierał rękawem twarz drażniąc swędzący zakrzep, czasem spoglądał na obrażenia każdej z rąk. Jedynym, co nazwać mógłby słowami w tamtym momencie, było zmartwienie, czy stracił możliwość grania z ich powodu. Przyszłość nie była jednak istotna, skoro nie będzie w niej uczestniczył.

– Hej, młody! Halo, mówi się do ciebie.

– Co jemu, nie słyszy?

– Zabiłem swojego ojca – wymamrotał Mimme.

– Gdzie tam, przecież widzieliśmy go obaj pół godziny temu!

Chłopak spojrzał w końcu na tego, kto nim potrząsał. Rozpoznał Buda. Klęczał obok niego i oceniał stan jego ramienia.

– Jest przetrącone.

– Daj go, nastawię je od razu – zaproponowała kobieta stojąca nieco dalej. – Jest taki słodki.

Mimme zrazu oprzytomniał, bo przybyszka ułożyła go na plecach i pociągnęła go za rękę w taki sposób, że przez moment zabolało go potwornie, Na szczęście już po chwili mógł normalnie poruszać ręką i podciągnął się do góry, cofając.

Grimerda przedstawiła się, wycierając krew Mimme'a w trawę. Jej rozwichrzone włosy słomianego odcienia przedłużały się w cienki warkocz widoczny dopiero z boku. Miała piegi i kolczyki w uszach, a ponad białe futro osłaniające ramiona wystawał wysoki kołnierz, który przysłaniał jej usta. Wydawało sie, że ma małe oczy, bo niczego nie malowała na twarzy.

– Feniksa już dawno nie ma – stwierdził Mimme i kiedy przypomniał sobie, że nieświadomie tłumaczył się z czegoś Budowi, kiedy go zobaczył. – A ja coś wygadywałem.

– Coś tam ze swojej fantastycznej biografii – Bud zaśmiał się i powstał kiwnięciem głowy polecając mu zrobić to samo.

– Ach, więc to wszystko... ale wstyd – prychnął Mimme, pomyślawszy z ulgą, że to co widział, nie było prawdziwymi wydarzeniami z przeszłości. Stanął na nogi, chociaż potrzebował chwili, żeby przenieść wzrok na obecnych. – Ten Rycerz Feniksa, to poważny przeciwnik – przyznał półgłosem. – Potrafi wyłapać kilka pojedynczych myśli i nie wiem jak, pewnie z na podstawie obserwacji, układa okropne obrazy. W sumie sprowokował mnie, żebym sam stworzył sobie koszmar. Ja... przegrałem, prawda? Poddałem się. Nie mam już zbroi. Dlaczego więc...

– Ciągle masz głowę na swoim miejscu, a to coś jeszcze znaczy – zripostował wojownik Alcor, widząc jego niezręczną skruchę. – Zabieramy cię do pałacu. Dwie panie tutaj, przybyły walczyć po naszej stronie – wyjaśnił, kiedy Mimme gramolił się na konia oddanego mu przez Buda z pomocą tylko jednej ręki.

– Brunhilda nie przyjęła listu od Alberychta i Syda, ale ja przekazałam jej wiadomość – przyznała Grimerda dosiadając własnego konia i zrównując go z ogierem towarzyszki. – Już wiele miesięcy temu otrzymałam zbroję Jormurganda i spodziewałam się wezwania, prędzej czy później. Pospieszyłyśmy bezpośrednio do pałacu księżniczki. Okazuje się, że tym lepiej. Wciąż nie dowierzam temu, co tam usłyszałyśmy.

Druga z walkirii kiwnęła jedynie głową na pozdrowienie Mimme'owi. Dumę i opanowanie w jej minie można było powiązać natychmiast z arystokracją. Jednwabiście gładkie ciemnobrązowe włosy miała spięte w pętle po obu stronach głowy, cała owinięta była w biały płaszcz z kapturem i suknię. W ręku trzymała włócznię, a z pleców wyrastały jej skrzydła. Hełm, który swoją delikatnością przypominał raczej diadem, okalał jej nos i oczy na sposób imitujący ułożenie piór u sowy. Samym milczeniem tworzyła wokół siebie wyraźny dystans.

– Są kuzynkami Syda – wyjaśnił Bud, jakby jego nie dotyczyło to bynajmniej, a Grimerda się uśmiechnęła.

– Dość dalekimi – skwitowała Brunhilda, przemawiając po raz pierwszy.

Mimme mógł stwierdzić pewne podobieństwo pomiędzy nimi obiema a Budem. Chociaż nie zauważyłby wiele bez zastanowienia, wszyscy z pewnością byli wysocy i mieli podobny rys brwi.

Dalsza niedługa droga do pałacu odbywała się bez rozmów. Kiedy odjeżdżali, Mimme cieszył się kojącą ciszą w umyśle. Patrzył na potężny kark czarnego konia przed sobą, który poruszał się jednostajnie przy każdym kroku. Oddech zwierzęcia parował. Kopyta stukotały spokojnie.

Chłopak czuł się w pewien dziwny sposób podniesiony na duchu, zbudzony ze strasznej wizji, która okazała się tylko wrażeniem. Feniks nie potrzebował go zabijać, wyłączył go tylko skutecznie z dalszej walki. A dzięki niemu przypomniał sobie, że cały czas pozostawał przywiązany do ojca. Zdarzyło się kiedyś, że Folkel wściekły na zaniedbania Mimme'a wobec treningu na rzecz muzyki zniszczył jego drogą harfę. Drugiego takiego instrumenty nie posiadał nikt, może nawet w całym Asgaardzie. Chłopak śmiertelnie obraził się na ojca, ale zauważył, że tak naprawdę jemu znacznie bardziej żal było tego, co zrobił. W końcu młody człowiek zawsze mógł odejść na zawsze, jemu zaś nic nie wypełniłoby tej straty.

Po tylu latach Mimme wreszcie nie martwił się, że powróci pokonany. To niczego nie zmieniało.