–Pani, cudowny dotyk twoich srebrnych włosów...
Jeszcze w domu Zygfryd ułożył sobie wierszyk z pierwszych sylab przygotowanej wypowiedzi, żeby nie zapomnieć, co było po czym. Zapomniał.
– "Cholera!" – przeraził się w myślach, bo zamiast powracać, słowa coraz szybciej umykały mu z pamięci w obecności księżniczki. – Chciałem tylko powiedzieć, że... Pani – wyjąkał.
Hilda dotąd zasłaniała dyskretnie dłonią usta, żeby się powstrzymać, ale w tym momencie wybuchła perlistym śmiechem. Gdzież mu było do niej! Sam jej śmiech, jaśniutka skóra, anielskie spojrzenie; każdy aspekt jej osoby, wdzięczny i królewski, olśniewał chłopaka. Choć ubrana skromnie i dla każdego uprzejma w najsłodszy sposób, pozostawała damą, córką króla! U boku tak subtelnej kobiety powinien stać ktoś jej podobny, z samego szczytu społeczeństwa, taki jak Syd. Zygfryd należał tylko do szlachty nietytułowanej. A jednak, przez lata, kiedy się znali, Hilda ani razu nie unikała jego towarzystwa ani nie ustawiła go poniżej innych. Powinien po prostu powiedzieć, co miał do powiedzenia. Zebrał się w sobie.
– Chciałbym cię zaprosić na bal, księżniczko. Na twoją cześć. Bo uważam, że jesteś wspaniała.
Patrzył wprost na nią i już się nie wahał. Hilda była nauczona utrzymywać nieprzeniknioną minę na wystąpieniach i naradach, a teraz ugięła się pod spojrzeniem Zygfryda jak mała dziewczynka.
Domyślała się, co kryło się za tym występem. Spodziewając się, że się pomyli, Syd uznał, że jego przyjaciel będzie musiał wydobyć czarującą szczerość, w której zakochała się Hilda. Zarówno księżniczka jak i Syd, od dziecka zanurzeni w konwenansach, potrafili bez mrugnięcia okiem poskładać w piękną wypowiedź formułki, w których się oczytali i osłuchali. Za to mówienie prawdy całkiem od siebie było dla nich trudne i onieśmielające na tyle, że woleli szepnąć lub uciec wzrokiem. Zygfryd nie zapamiętywał formułek, za to nigdy nie krępowała go prawda. Mówił mało, a przy tym nie byle co, dzięki dobremu wychowaniu i bynajmniej nie był tak prosty, jak jemu samemu się to wydawało. Nie przez przypadek król i królowa dopuścili go do dworskiego towarzystwa i nie w ciągu jednego dnia księżniczka zaobserwowała jego wyjątkowość.
– Dziękuję – powiedziała wreszcie, kiedy udało jej się pokonać onieśmielenie. – Będę zaszczycona mogąc przyjść.
Chociaż Hilda ukradkiem oddaliła się od wszelkiej służby, żeby móc porozmawiać z Zygfrydem, wciąż ktoś mógł ich zobaczyć. Mimo to, odważyła się pogładzić go po twarzy i musnąć jego włosy po raz pierwszy w życiu, zanim cofnęła się z rumieńcem.
Gdzie teraz była ta urocza dziewczyna, dama jego serca, sprawiedliwa i mądra władczyni Asgaardu? W podświadomości coś mówiło mu, że wcale nie umarła, chociaż szósty zmysł nie pozwalał mu wyczuć ani śladu jej energii kosmicznej. Niepotrzebnie robił sobie złudne nadzieje.
Opanowany przez apatię spoglądał pusto na mały orszak wstępujący przez drzwi. Ponieważ sumienie nie pozwalałoby mu na zajmowanie tronu ani nawet innego miejsca w głównej sali, Zygfryd urzędował w sąsiadującym z nią salonie reprezentacyjnym.
Wymienił oficjalne pozdrowienia z dawną przyjaciółką, Grimerdą zwaną Waleczną, która wystąpiła krok na przód. Jej szorstki głos, przyzwyczajony do wykrzykiwania rozkazów na pokładzie łodzi, brzmiał prawie jak grom w przestronnym pomieszczeniu przeznaczonym do urządzania balów:
– Grecki rycerz Feniksa, Ikki, pokonał wojownika Eta. Razem z innym, nieznanym rycerzem prawdopodobnie kierują się do Pałacu. Czekamy na twoje polecenia.
Zygfryd od razu zszedł do niej z podestu, ponieważ drażnił go dystans; kiwnął też na służbę, żeby zajęto się ranami Mimme'a.
– Ale jest jeszcze coś – dodała Grimerda.
– Rycerza nie interesowało jego życie – zauważyła Brunhilda z maską rzeczowej obojętności na twarzy.
Kiedy były razem, zawsze tylko podążała za kuzynką bez słowa, skoncentrowana na obserwacji wszystkiego, co mogło okazać się użyteczne. Dopiero po czasie dzieliła się swoimi wnioskami.
– A jednocześnie zależało mu na pojedynku – mówiła. – Podobno nawet nie próbował się przekraść i przyszedł wprost do naszego wojownika. Musiał znać sposób, jak odebrać Świętemu Wojownikowi połączenie z opiekuńczą gwiazdą.
– Skąd Atena posiadałaby informacje, jak to zrobić, podczas gdy my z trudem to wiemy? – spytał Zygfryd, wpatrując się w nią.
– Biblioteki Ateny są źródłem ogromnej wiedzy... – Brunhilda udała, że się zamyśla, tylko żeby uciąć nagle – ...albo ktoś spośród nas jej to zdradził. Ktoś, kto miał dostęp do zapisów historii, państwowych tajemnic i polityki zagranicznej. Ciekawe, kto.
– A tej co? – podszepnął Mimme do zbliżającego się do niego ukradkiem Folkela, który próbował ukryć przejęcie jego powrotem. Ten bąknął coś wymijającego, nie znając odpowiedzi.
– Ależ pani, co też pani insynuuje – odezwał się Zygfryd ukrywając zarazem niesmak i przeczucie, że Brunhilda ma rację.
Jeszcze rok temu ona i Syd byli narzeczonymi. Wpatrzona w niego z rozmiłowaniem wyczekiwała z niecierpliwością, aż romantyczna korespondencja i czułe słówka na balach zmienią się w bajkę, której będzie główną bohaterką. Im częściej jednak rozmawiali otwarcie i w coraz bardziej codziennym kontekście, tym bardziej zdawało jej się, że nie rozpoznaje w nim swojego księcia z listów. Pewnego razu nie wytrzymała i zapytała wprost - wtedy Syd przyznał, że ślub jest dla niego transakcją, a majątek ważniejszy od jej osoby. Jak śmiertelnie ugodzona, Brunhilda pozrywała z trzaskiem wszelkie umowy, jej łzy rozlewane jeszcze długo potem podzieliły dworskie towarzystwo. Brunhilda z Czerwonego Jeziora nigdy nie była specjalnie radosna, a od tamtego momentu stała się cyniczna. Nikt nie dziwił się, że podejrzewała Syda o najgorsze, zwłaszcza kiedy nie była w tym osamotniona w ostatnich dniach. Naraził jej się na nowo adresując do niej wezwanie. Nawiasem mówiąc, była przekonana, że zrobił to i tak przez Albertychta, nie sam.
– Zawróciłyśmy do Pałacu, żeby zabrać cię ze sobą – przyznała Grimerda bez większych subtelności, do których nie miała talentu. – Wyczułyśmy obecność tajemniczej energii dochodzącej z miejsca, które Alberycht i Syd wyznaczyli nam na spotkanie. Bud od razu tam poszedł.
W Zygfrydzie natychmiast obudziła się chęć działania i walki, byłby natychmiast gotów ruszać, ale przypomniał sobie równie szybko:
– Co z Pałacem? Jak możecie żądać, abym go opuścił w takiej chwili? Właśnie kiedy Rycerze Zodiaku są o krok od bram? To brzmi jak szaleństwo.
– Wybaczcie mi wtręt... – powiedział Mimme wymykając się medykowi, który próbował wyperswadować mu odejście do gabinetu, gdzie mógłby zostać opatrzony, jednak było to zbyt dalekie od tego, co zajmowało jego uwagę – ...ale gdyby oni szli prosto do Pałacu, już dawno byliby tutaj. Śmiem twierdzić, że przeczesują okolicę w poszukiwaniu Świętych Wojowników i atakują ich pojedynczo. Księżniczki nie ma z nami, ja utraciłem moc. Ze mną byłbyś równie sam, jak w dowolnym miejscu poza murami. Pokrzyżujcie plany Rycerzom i zostańcie razem.
Zygfryd chwilę milczał, bijąc się z myślami.
– Mamy coś na potwierdzenie, że to nie fałszywy trop?
– Nic. Poza moją intuicją – przyznał Mimme, jednak bez skromności mogącej znaczyć, że sam nie jest tego pewien.
Folkel na moment zapomniał, żeby oddychać, nie mogąc napatrzeć się na syna, który zabrał głos przy wszystkich tych osobistościach, jak równy Zygfrydowi. Zdawał się nagle dorosnąć w jeden dzień. Jak ten czas leciał!
– Niech i tak będzie – Zygfryd westchnął, mając wrażenie, że jest ostatnią osobą, którą powinno się mianować regentem. Podczas gdy jego żywiołem były trudy walki i bezpośrednia strategia, wolał, kiedy narzucano mu taktykę. Tak ten, jak i każdy nowy pomysł wydawał mu się dobry, co uważał za niefrasobliwość. Dlatego nawet kiedy już dał znak do wyjścia nie przestawał pytać, żeby upewnić samego siebie. – Ale skoro posłaliście Buda, czy pozostanie co zbierać z ziemi, kiedy tam dotrzemy? Przecież jak on znajdzie Syda, to go rozniesie, obojętne, czy będzie sam, czy nie.
– Nie sądzę – Mimme uśmiechnął się.
– Sto razy powtarzał, że go nie znosi i że tylko czeka na pretekst, żeby poderżnąć mu gardło – przypomniał Zygfryd, oglądając się ostatni raz na ogół sali. I tak nie miał czego ze sobą zabrać, zbroję chciał wezwać dopiero na zewnątrz.
– To raczej świadczy, że tak nie jest – odpowiedział chłopak pozwalając się wreszcie medykowi poprowadzić.
– Tak czy siak, idziemy tam i musimy się spieszyć, w razie gdyby Bud miał kłopoty – odparła Grimerda, zapinając futrzaną pelerynę wysoko pod szyją. Gestem popędziła Brunhildę, której skrzydła sunęły wytwornie tuż nad ziemią, przyciągając spojrzenia całej służby. – Nie tylko dlatego, że mamy się trzymać razem i prześledzić naszych zdrajców, ale skoro emanuje stamtąd jakaś tajemnicza energia, to może Hilda wcale nie umarła?
Zygfryd kurczowo trzymał się tej myśli. Oszukałby się na tysiąc sposobów, żeby jak najdłużej nie poddać się w wierze, że zobaczy jeszcze choć raz dobrą i sprawiedliwą księżniczkę, w której się zakochał. Teraz, kiedy usłyszał to od Grimerdy, nadzieja w nim odżyła.
Przekazał opiekę nad Pałacem Mimme'owi i od tej pory skupił się wyłącznie na swoim zadaniu. Ocali Hildę, odnajdzie Syda, który okaże się niewinny, pogodzą się z Hagenem i Alberikiem i wszyscy razem przegonią Rycerzy na cztery wiatry.
Kiedy Mimme opuszczał za medykiem salon, przystanął jeszcze raz na moment obok ojca.
– Ojcze. Czy mogę liczyć, że pokażesz mi srebrny medalion, który trzymasz na najwyższej półce?
– Oczywiście – Folkel pokiwał głową nie zastanawiając się nawet, skąd chłopak mógł się dowiedzieć o sekretnej pamiątce po jego rodzicach. Nie śmiał o nic pytać, bo i nie potrzebował. Bogowie nie wybrali jego syna strażnikiem Asgaardu przez przypadek. Obaj wymienili spojrzenie pełne szacunku.
Katelijna, która obserwowała ich niecierpliwie z korytarza ukryta figlarnie za kolumną nie powstrzymywała szczęśliwego uśmiechu. Jedna z dam dworu a jej przyjaciółka pobiegła dać jej znać, kiedy tylko zauważyła przybycie Mimme'a kwadrans temu. Kari wyskoczyła mu naprzeciw, choć wdzięcznie i bez okrzyku, jak jej podpowiadała wyobraźnia, to wciąż zbyt energicznie, jak przystałoby wysoko urodzonej damie.
– Tak się cieszę się że się pogodziliście z sir Folkelem – zaczęła, dołączając ze swoją nieodłączną przyzwoitką i wspomnianą już zaprzyjaźnioną damą drepczącą ukradkiem daleko w tyle, tworząc tym samym wokoło Mimme'a cały pochód.
– A to ja jeden dostawałem kiedyś lanie? Nigdy nie byliśmy pokłóceni – odparł wojownik Eta z zupełną swobodą, a może i ulgą: kiedyś sam nie przypuszczałby, że to później powie. Chociaż całe towarzystwo wokół ich dwojga raczej wykluczało wszelką intymność i właśnie o to chodziło, to i tak Mimme z łatwością je zignorował. – Bądź pozdrowiona, droga księżniczko.
– Witaj. Najbardziej cieszę się, że wróciłeś cało – dodała ciszej słodszym tonem. Zawstydzona, zaczęła bawić się ogonem ciasno splecionego kucyka, który pozwalał opanować burzę drobnych loków na jej głowie.
Kiedy nie otulał jej ciepły płaszcz, było jeszcze wyraźniej widać królewskość jej stroju. W lekkiej błękitnej sukni z falbaniastymi rękawami przypominała swoją matkę. W pasie i na wysokim kołnierzyku przewiązane miała czerwone wstążki.
Mimme był zmęczony, pozbawiony zbroi, można powiedzieć, sponiewierany, ale Kari i tak widziała go idealnego przez różowe okulary. Przeżył pojedynek i uśmiechał się, to się dla niej liczyło. A teraz zostanie z nią w Pałacu! Nie mogła jeszcze wiedzieć jednego: nieprędko, jeśli kiedykolwiek, usłyszy graną przez niego melodię.
