22

Alberycht od dawna nie wracał. Za to nadchodził ktoś inny ze zdecydowanie odmiennymi zamiarami, bo walkirii nie było co się dłużej spodziewać. Nie, żeby Sydowi robiło to w tym momencie większą różnicę. Nie chciał niczego opóźniać, wyszedł więc nawet naprzeciw pędzącemu ku niemu Budowi na ośnieżoną łąkę przed domem. Wewnątrz zostawił płaszcz, zbroję i butelkę. Obserwował uciekające z niego ciepło w postaci parującego oddechu, aż do samej chwili, kiedy w tył odrzuciła go pięść brata.

Zaczął od wulgarnego wyzwiska. A szykowało się jeszcze wiele.

– "Pieprzyć księżniczki", mówiłem, nie "mordować je" – warknął Bud stojący szeroko na nogach, gotów do bitki. – Co żeś narobił? Rozwalasz wszystko i uciekasz w las, kiedy atakują grecy? – Stuknął się w czoło – tu ci się poprzestawiało, dawno temu, dawno wszyscy powinni to wiedzieć, jesteś po-rą-ba-ny. Zamiast z tobą gadać powinienem z miejsca wypruć ci flaki.

Syd patrzył na niego milcząco spod uniesionych brwi.

– Ciekaw jestem, coś robił u Ateny, kiedy ja odwalałem za ciebie robotę ze Złotym Rycerzem – ciągnął Bud. – Miałeś, do jasnej cholery, nie wiem, może tak jak wszyscy myśleli, jak zwykle potruć o czymś przyjaznym, żeby nie przestawała nas nie atakować? A ty co robiłeś? Obie cię uwielbiały, Hilda i Atena, to ty je przeciw sobie spiknąłeś tym swoim płaszczykiem i bredniami! Teraz wszyscy mamy kłopoty, ugrzęźliśmy w największym gównie chyba od mitycznego Ragnaroku, i to przez ciebie.

Syd dotąd nie poruszył się. Stał tak samo, jak tuż po uderzeniu.

– Skończyłeś?

Budowi nie podobał się jego wyraz twarzy, podobny do jego własnego w tym momencie, a przyzwyczajony był ze strony brata co najgorzej do obojętności.

– Nie – odfuknął, odrobinę zaniepokojony. – To nie mogło się stać, to nie mogłeś być ty. Przecież ty jesteś świętoszkowatym gogusiem, który tylko zmienia kubraki, bajeruje bogate damulki i głaszcze króliczki. Jesteś tym od przeprosin i umów, odpuszczania każdemu i dawania po sobie przechodzić. Jesteś dworską sierotą, która nie potrafiłaby nikogo zdradzić.

– A jednak.

– Nawet nie zaprzeczasz?

– Nie.

– Nie wyjaśnisz mi?

– Po co?

Powściągliwość Syda po raz kolejny odbierała jego bratu siły. Wbił wzrok w udeptany śnieg przed sobą i zacisnął pięści w bezsilnym gniewie.

– No tak, przecież ten debil z ludu i tak nie pojmie twojego cudownego planu. Na wszelkie świętości!

Syd włożył ręce do kieszeni i zaczął się powoli przechadzać wokół niego.

– Jeżeli to już cała sprawa, jaką do mnie miałeś, to możesz odejść. Ja muszę zająć się czymś ważnym.

Bud prawie że podskoczył w miejscu, kiedy to usłyszał.

– CO? Kpisz. Chyba nie sądzisz, że cię teraz puszczę! Jako zdrajcę stanu mam cię skrócić o głowę. Lepiej zrobisz, jeśli zaczniesz gadać. Natychmiast.

– Wtedy co, zabijesz mnie mniej? – odparł Syd, chociaż nie zrobił nic, kiedy ten przyciągnął go szarpnięciem za kołnierz.

– Powiedz, od początku jesteś ugadany z Rycerzami i knujesz z nimi przeciwko nam?

Syd odpowiedział dopiero, kiedy Bud nim potrząsnął.

– Oczywiście.

– Z góry wiedziałeś, że walkirie ci nie pomogą i od razu pójdą zginąć w Pałacu i wykorzystałeś to, żeby sam z nimi nie walczyć.

– Naturalnie.

– I porzuciłeś idealną laskę, żeby móc bez końca przytulać się z twoim rudym karłem!

Syd potrafił powiedzieć, jak i przemilczeć wszystko z jednakowym, tym razem cynicznym, wyrazem twarzy.

– Tak. Lepiej ci?

– Nie, nie, NIE! Jest mi coraz gorzej! – szalał Bud, mało brakowało, żeby zaczął rwać sobie włosy z głowy. – Nie potrafię zrozumieć, po prostu nie potrafię, jak możesz tak wszystko połykać i w sobie tłamsić. Już nie wiem, co zrobić, żebyś wreszcie powiedział prawdę.

Syd miał już go dość. Gdyby nie był pijany, już dawno by mu oddał w twarz albo spróbował się mu wymknąć. Nie miał w końcu całego dnia na słuchanie jego wrzasków.

– Słuchaj no, skoro tak bardzo ci to leży na wątrobie – syknął, zwężając oczy. – To Brunhilda zostawiła mnie. Nie mogła zaakceptować, że nigdy nie byłaby dla mnie równie ważna jak mój kraj i przyjaciele. Najwspanialsza z dam nie wybije się ponad to, co przez lata przeżyłem z nimi i nie przelicytuje tego, co zawdzięczam Sigrun i Alberychtowi.

Mimi wszystkiego, co powiedział, Syd wciąż nie wydawał się przejęty. Wyrwał się z uścisku i po głębszym wdechu dodał:

– I zostaw go w spokoju. Wychowaliśmy się razem i kocham go jak brata, którego nie miałem.

Powiedział tak specjalnie, żeby urazić Buda, poza tym była to prawda, a właśnie prawdę bliźniak starał się z niego wyrwać siłą.

– Uhm, nawet jestem w stanie zrozumieć – odmruknął na to Bud, domyślając się jego rozumowania i przyjmując cios.

Chociaż utrzymywali kontakt od zaledwie lat i nie spodziewał się cudów, to jednak sam zaakceptował Syda niemal natychmiast, do czego naturalnie niechętnie by się przyznał. Nie bez przykrości dowiedział się, że trudniej przebić się przez lodowy okręg, jaki jego brat wyrysował wokół siebie, niż mu się wydawało.

Dopóki Syd gustował w kobietach, Buda nie interesowała historia jego sentymentów. Liczyło się to, że wyciągnął z niego cokolwiek, nawet to, co dla obu nie było ważne. Uchwycił się tego.

– Skoro taki świętoszek, jak ty nagle staje na głowie i skreśla wszystko, co reprezentował, to musi coś w tym być – podjął. – Zacząłeś, to broń tego.

– I co sobie wyobrażasz, że teraz zrobię? – zachrypiał Syd z groźbą w głosie; stopy i dłonie zaczął już pokrywać chropowaty lód, energia Mizar wirowała wokół coraz ciaśniej. – Mam ci się wytłumaczyć, bo tak powiedziałeś?

– Prosiłem ładnie – Bud się najeżył. W myślach wezwał zbroję, ta przybyła pod postacią węży z wyładowań elektrycznych i z cichym trzaskiem owinęła się wokół niego, odtwarzając kształt białego pancerza.

– Powiem ostatni raz: nie zależy mi na bójce z tobą, idź walcz sobie z grekami – lodowe igły sięgnęły głowy Syda, formowały obrys hełmu, w tym samym momencie krystalizowały się naramienniki.

Bud tupnął na niego, zbliżając się o krok.

– Nie. Przyszedłem właśnie po ciebie. Nie zawracam.

– Nic mi po tobie, więc jeśli nie przyszedłeś mnie zabić, to wynoś się. Nie obchodzisz mnie z tym swoim zrywem szlachetności.

– Za to ty obchodzisz mnie, bo masz problemy ze wszystkim! – Bud wskazał palcem ziemię – I wyplujesz je, tutaj, chociażby razem z flakami.

Wyglądało, jakby rozrastający się lód wbił się do prawego oka Syda, szybko przykrył je błękitnawym bielmem. Po chwili z kącika wypełzła niejednolita czarna strużka, a po niej kolejne: rozbiegły się po całym ciele ze szmerem, jak gromada wijów. Zastygły na zbroi w postaci wklęsłych zawijasów, a ostatnie utkały z siebie płaszcz i skrzydła u hełmu.

Bud nie wzdrygnął się, choć miał ochotę. Zamiast tego rzucił się w kierunku brata, który odskoczył w bok, kiedy tylko odtworzył swoją zbroję. Mokry śnieg rozbryzgiwał się przy każdym z ich błyskawicznych kroków, kiedy pomknęli jeden za drugim na otwartą przestrzeń. Energie dwu gwiazd gryzły się między sobą w powietrzu, powodując wiry zmiennego cieśnienia na ich styku. Również niebo nad nimi zamruczało niespokojnie, jak na odległą burzę.

Syd umykał Budowi zawsze o krok, czasem jedynie o centymetr mijał się z jego ciosem, tak byli sobie równi. Niesieni z zawrotną prędkością przez energię kosmiczną wymijali ze świstem w uszach pojedyncze drzewa na łące, pagórki i skalne uskoki. Strącali śnieg z kęp brunatnej polnej trawy. Bud przymknął oczy i zaryczał z furią, doprowadzony do granic wytrzymałości, sfrustrowany ciągłym wymykaniem mu się celu. Nie zauważał nawet, dokąd biegli, kiedy z impetem wpadł na Syda, który zatrzymał się nagle.

Dorwawszy go, Bud zaczął okładać brata bez opamiętania, chociaż ten tylko pozornie mu się usuwał i próbował oddawać - nie zrobił tego ani razu. Wciąż wściekły, cisnął nim o ziemię i skopał, aż Syd zwymiotował z krwią. Obrzydzony, odciągnął go na bok za ramię i podciągnął gniewnie do siadu; Syd się nie opierał; sam padł na śnieg obok zaraz potem.

Zmęczeni, tkwili tak razem parę minut, wyrównując oddech. Syd odłożył hełm i wpatrywał się w ziemię przed sobą z błyskiem w oku jak siedem nieszczęść. Bud z kolei, przetarł twarz z potu.

– Wystarczy. Teraz zaczniesz...

Niespodzianie poczuł wstrząs i zamroczyło go na moment, kiedy Syd wymierzył mu cios łokciem w potylicę.

– Kurwa! – zawołał Bud, jeszcze zanim w pełni się opamiętał i natychmiast rzucił się na brata. W impulsie uderzył go jeszcze raz, po raz pierwszy naprawdę brutalnie, jakby nie liczyło się, kim dla siebie byli.

Upewnił się, że Syd krwawi i koncentruje się na odzyskiwaniu oddechu. Tym razem Bud przypatrywał mu się z całą czujnością, na jaką było go stać. Chętnie wyzwałby jego matkę, gdyby miało to coś dać. Ten człowiek przyprawiał go o ciarki.