Po dłuższej chwili nie wydawało mu się już, żeby wyskok miał się powtórzyć.
– ...czyli teraz chcesz mi pomagać – Syd z trudem wypowiedział słowa wyraźnie.
– Kto zadziera z tobą, zadziera ze mną – odparł Bud, kołysząc się lekko w przód i tył, żeby uspokoić napięcie w mięśniach. – Nie poddajesz się bez walki. Doceniam. Teraz jednak chcę, żebyś się przyznał.
Czekał długo, zanim Syd zdecydował się wycedzić:
– Sądziłem przez moment że po tak wielu latach... życia takiego, jak miałem, z Brunhildą znajdę szczęśliwe zakończenie. Nie wystarczyło jej to, co dla niej miałem, trudno więc. Moja historia to smutny przebieg i smutne zakończenie.
– O, o! Właśnie to – podchwycił Bud, czując że uzyska wreszcie to, o co mu chodziło. – Jakie życie miałeś? Najlepiej urodzony człowieku w Asgaardzie?
Syd nie śmiał juz nic mówić. Słuchał apatycznie, kiedy Bud kontynuował:
– Zastraszali cię od dziecka. W rodzicach, choć słodkich jak miód, nie miałeś za grosz oparcia. Uciekałeś do cudzych domów, żeby popatrzeć na światło. Dowiedziałeś się o mnie i strzaskało ci to psychikę. Zastępy nauczycieli zrobiły z ciebie polityczno-ekonomiczną maszynę niezdolną do wybaczania sobie. Kuzynka znalazła cię, kiedy próbowałeś odebrać sobie życie, tu, w twoim jeziorze, co? Rudy wybłagał, żebyś nigdy tego nie powtarzał. Ano tak, tak, ja wiem to. Co na to tata? Niewiele. W zasadzie, nic. Nienawidzisz swojego ojca.
– Nie mogę tego słuchać – wzdrygnął się Syd i schował głowę między ramionami, chociaż wszystkie te słowa zdawały się go hipnotyzować, tak bardzo pochłonęły jego uwagę.
– Owszem, nie pozwalasz sobie na to – Bud tylko wzruszył ramionami i ciągnął bezwzględnie – Jak już mówiłem, nienawidzisz naszego ojca. Ani obronił, ani zabił twojego brata, po prostu scedował go na kogoś. Kiedy niedźwiedź rozgonił towarzystwo na polowaniu patrosząc parę jego wasali, co tylko odrobinę straumatyzowało ich dzieciaka, czy zapobiegł plądrowaniu jego posiadłości przez przyjaciół? Czy może posłał kogoś, żeby odszukał małego w jego dworku, koło którego kręcił się do ostatnich dni? A po co, przecież mama nie powiedziała mu, że mógłby. Jakaś panna wszem i wobec uraziła twój honor, nie wspomnieć, że cię złamała, ale i wtedy co miał zrobić? Hę?
Szturchnął Syda, raz i drugi. Ten w końcu odmruknął:
– Nic. Po ślubie przynajmniej miałbym jego tytuł. Pragnąłem nawet jego śmierci, żeby zostać seniorem rodu. I wreszcie odwrócić los.
Bud starał się ukryć swoje rosnące zadowolenie. Nie mógł sobie odmówić satysfakcji z sukcesu w poruszeniu Sydem, choć ją maskował.
– Poznałem Fenrila dopiero, kiedy podostawaliśmy zbroję – westchnął Bud z przelotnym uśmiechem. – Czasem go trenowałem, zdolny był. A jak gadał z tymi futrzakami, niesamowite, jak naśladował ich dźwięki i miał gesty odpowiadające ogonom i uszom. A teraz po sprawie, nie żyje! I tu oklaski dla naszego militarnego zorganizowania. To był moment, kiedy od Pałacu zaśmierdziało podejrzanie zdradą.
– Na bogów, nie chcę już nigdy o tym wspominać – Syd ożywił się, przetarłszy twarz dłonią. – Właśnie dlatego poszedłem z Alberychtem. Zbieramy Szafiry Odena, kamienie osadzone w pasach zbroi, które czynią Świetych Wojowników Świetymi Wojownikami. Niech to szlag... czy ta szamotanina się kiedykolwiek skończy? Hildę darzyłem największym możliwym szacunkiem i troską, ale musiałem ją powstrzymać. Niemal równocześnie przyczyniłem się do złamania serca Zygfrydowi i Sigrun. Wybacz, ty byłeś pierwszym, którego kiedykolwiek skrzywdziłem.
– Jasne, przepraszaj mnie za to, że nie zostałem odhodowany na takiego wariata, jak ty – zakpił Bud. – W życiu bym się z tobą nie zamienił miejscami. A ty ze mną, bo przecież musisz wszystkich WYBAWIĆ swoim poświęceniem...!
– Muszę. Mam niewiele czasu – przyznał Syd, chociaż miał niewiele siły woli, żeby wstać. Bud nie zamierzał mu w tym pomagać.
– Ciągle nie rozumiem jednego – zagadnął – czemu od razu nie powiedziałeś wszystkim, co się święci? Albo przynajmniej mnie!
– Ponieważ jestem skończonym durniem – warknął Syd i zaczął nerwowo stukać stopą w trawę. – Liczyłem, że znam Hildę, skoro przez lata byliśmy tak blisko. Wierzyłem, że w gruncie rzeczy jest niewinna. Wtedy, kiedy ostatnio wysłała mnie do Grecji... to nie po to, żeby odświeżyć ambasadę. Rozkazała mi wypowiedzieć WOJNĘ, ATENIE, władczyni większości planety. "Przynieś mi jej głowę", mówi – Bud się roześmiał, jego brat kontynuował – ja też myślałem, że śnię, kiedy to usłyszałem. Jednak nie. Pojechałem. Wysłałem cię, żebyś sprawdził moc Złotych Rycerzy i tylko utwierdziłem się w oczywistym: może i z zaskoczenia pokonujemy z miejsca jednego z nich, jednak tych elitarnych wojowników jest dwunastu, a łącznie Atena posiada ponad osiemdziesięciu rycerzy samych konstelacji, pomijając dodatkowych, a przypominam, że nas jest siedmiu, ty i parę jeszcze żyjących walkirii. Nasi bogowie nie przybierają ludzkich wcieleń, przez co ich moc jest bardziej pośrednia niż w pozostałych państwach. Jeśli mielibyśmy mieć jakiekolwiek szanse w starciu, to Grecy powinni byli napaść nas. Więź naszych energii z naturą Asgaardu dodaje nam atut. A co najważniejsze, gdyby udało mi się to jakoś politycznie obrócić, tak że formalnie agresorem byłaby Atena, moglibyśmy liczyć na zawieszenie broni lub pomoc, na przykład Apolla lub Artemidy.
Syd opowiadał z przejęciem, a Bud chłonął każde słowo.
– Dlatego zaatakowałem rycerza Andromedy, jednego z przyjaciół panny Saori, żeby narazić się jej osobiście. W imieniu własnym, nie państwowym, nie chcąc dopuścić do winy księżniczki Hildy, czyli naszego kraju. Sądziłem, że jeśli zyskam na czasie, może dam jeszcze radę przemówić księżniczce do rozsądku, miewała jeszcze wtedy przebłyski takowego. Ale wszystko na marne. Byłem słaby i nie poradziłem sobie - nie przewidziałem, że Hilda rozgniewa Odena swoim nowym lekceważącym zachowaniem. Odkąd zaprzestała modłów, mróz w naszym kraju ustał i powodzie powodowane rozmarzającym pakiem zaczęły napierać na ziemie Ateny. Przez to, pomimo moich starań, to Asgaard stał się agresorem, a w konsekwencji grecy przybili do naszego brzegu żeby zamieść kurz.
– Dobra, na twoim miejscu też poszedłbym się utopić – zaśmiał się ironicznie Bud po chwili konsternacji, pomimo strofującego spojrzenia Syda. – Na szczęście to nie bardzo w moim stylu. Cieszę się, że w końcu to z siebie wyplułeś. Nie ma rady, zmierzymy się z tym z taką siłą, jaka nam pozostała. To co zrobisz z tymi Szafirami, jak już je dostaniesz? Do tej pory nic nie tłumaczy, czemu chodzisz narąbany.
– Czasem taki chodzę – odparł Syd. – Co zrobię? Zgromadzę siłę siedmiu Świętych Wojowników. Podobno w ten sposób jesteśmy w stanie dorównać bóstwu, takiemu jak Atena. Odeprzeć ją i ustanowić nową władzę samodzielnie - a nie zostać przejęci przez Grecję. Ciebie ani Walkirii to na szczęście nie dotyczy, nie jesteście na celowniku moim i Alberika ani Rycerzy Zodiaku, wasze zbroje nie mają Szafirów.
– Szczęście moje, że jestem taki marginalny! Ale moment – żachnął się Bud – to Atena też goni za tymi przeklętymi kamieniami? Chyba jej nie wygadałeś...
– Owszem, "wygadałem", wystosowałem do niej pismo. Tak zdecydowałem. Zaakceptuj to. Na tym etapie nie mogliśmy zacząć was kolejno przekonywać do pomocy, niewiele by to dało, a zauważ, że niektórzy od dawna już są pokonani.
– Łu-hu, funkcja "jego wysokość" aktywna! – Bud wywrócił oczami, chociaż faktycznie zdolności przywódcze brata zawsze mu imponowały. – A co, jeżeli to najgorszy kretynizm tego stulecia? Po co miałbyś mówić wrogowi...
Syd uprzedził jego wątpliwość.
– Ona od samego początku wiedziała, że Szafiry są czymś ważnym, kazała je koniecznie zbierać swoim rycerzom. Nie tylko my w Asgaardzie mamy księgi i archiwa – markiz w końcu poderwał się na nogi i machnął ręką na Buda, żeby szedł za nim z powrotem w kierunku, gdzie z Alberikiem zostawili konie. Nie mogli trawić więcej czasu na tkwieniu w bezruchu. – Do ostatniej chwili nie wolno nam zapomnieć o sile politycznej Ateny. Może jeszcze uda mi się ją jakoś obłaskawić.
Wojownik Alcor podążył za nim, cmokając.
– Ładnie, ładnie, tak kręcić za plecami Zygfryda. Tego, dla którego jesteś bożyszczem szlachetności i taktu.
– Tylko w taki sposób mogliśmy rozwiązać mu ręce i umożliwić uczestnictwo w obronie – usprawiedliwił sie Syd, chociaż dało sie zauważyć, że myśl o krzywdzie, jaką musiał zadać przyjacielowi przygasiła go. – Wiem, że to nic nie zmienia, ale jest mi naprawdę przykro z tego powodu. Nie mogłem ochronić ich oboje, kiedy Hilda zrobiła to, co zrobiła. Wolałbym zginąć dwukrotnie za każde z nich, gdyby to mogło pomóc.
– To mówisz, że temu rudemu można wierzyć?
– Jeśli nie mogę ufać Alberychtowi, to nie wiem, co to zaufanie.
– Ładne słówka. A jednak nie oddałeś mu jeszcze własnego Szafiru, z tego co widzę.
– Jeszcze przez niedługi czas będzie mi potrzebny.
Bud musiał odczekać moment, żeby przetrawić patos, który był dla niego grząskim gruntem.
– Umrzeć za coś potrafi każdy. My z tego wyjdziemy.
– Nie sądzę – zawetował Syd ponuro.
*Brunhilda uklękła i położyła dłoń na krysztale. O dziwo, pomimo osadzenia w śniegu nie był zimny w dotyku, jakby coś delikatnie ogrzewało go od środka. Prawdopodobnie, to energia zamkniętej w nim kobiety wywoływała efekt ciepła. Jej postać zastygła zawieszona nad ziemią w dynamicznej pozie zaskoczenia i bólu.
Kryształ odpowiadał na impuls mocy Walkirii, podobnej do energii Alberychta, jego stwórcy, jako że obie wywodziły się z Asgaardu. Rozpieczętowywał się bez oporu, opadając warstwa po warstwie promieniście od miejsca, w którym Brunhilda go dotykała.
Już po paru chwilach kryształ wyzwolił ciało Rycerza Orła, które następnie opadło na śnieg.
– Słyszysz mnie? – zapytała Brunhilda, wciąż klęcząc obok.
Greczynka Marin z westchnieniem wysiłku podniosła się do siadu.
– Tak... dziękuję. Kimkolwiek jesteście – odpowiedziała, w odrobinę niedoszlifowanym języku asgaardzkim.
Spojrzała na skrzydła i włócznię kobiety obok, strój drugiej i niebieski kamień w pasie mężczyzny przed nią. Rozpoznała w nich wojowników Odena, odpowiadający danemu jej opisowi. Spytała:
– Czy przysłała was księżniczka Hilda? Jeśli tak, to w imieniu Ateny proszę was o pomoc. Zostałam wysłana, aby się z nią zobaczyć.
Nie odpowiedzieli od razu, dodała więc:
– Pragnie dyplomatycznego porozumienia z księżniczką.
Marin założyła, że otwartość jest jedynym właściwym wyjściem. Gdyby ci ludzie chcieli ją zabić, była i tak na ich łasce, osłabiona przez trującą moc kryształu.
– Wydaje się, że mówi prawdę – przyznała Grimerda, po czym wyciągnęła dłoń ku Rycerzowi. – Jeśli rzeczywiście przybywasz w pokoju, nic ci przy nas nie grozi. Pamiętaj jednak, że pozostaniesz pod naszą obserwacją. Wyjaśnij, dlaczego w takim razie masz na sobie zbroję.
Pomogła jej wstać. Brunhilda nie przestawała śledzić każdego ruchu greczynki jak przenikliwy ptak drapieżny.
– Zabrałam ją ze sobą wyłącznie do obrony – tłumaczyła Marin. – Przysięgałam nie angażować się w walkę, chyba że w takiej sytuacji. Zdarzyło się, że akurat zaatakował mnie jeden z was, Święty Wojownik.
Wpatrywała się z wzajemnością w Zygfryda, który stał najdalej, w pełnej zbroi, z rękami założonymi na piersi, próbując rozszyfrować jego wyraz twarzy. Nie mogła wiedzieć, że była źródłem rozczarowania – to nie Hilda była źródłem energii w lesie, tylko ona, jakaś nieznajoma dziewka-rycerz. Odczuwał wewnątrz pustkę.
– Ten wojownik nie jest jednym z nas – wyjaśniła Grimerda. – Kiedy natrafiliśmy na ciebie, postanowiliśmy cię uwolnić, w zamian oczekujemy kilku odpowiedzi. Przede wszystkim, dlaczego Atena zerwała traktat pokojowy wydając polecenie ataku na Asgaard bez żadnego przejawu agresji z naszej strony?
– Ależ księżniczka Hilda dopuściła się ataku na terytoria Ateny, wywołując powodzie w wielu zakątkach świata! – zawołała Marin. – Nasza bogini dowiedziała się, że zaprzestała utrzymywać mróz swojej krainy, a to było warunkiem międzynarodowej ugody, w której Asgaard brał udział. Nie odpowiedziała również na pisemne wezwania do rozmowy. Proszę, zaprowadźcie mnie do Pałacu księżniczki, muszę z nią pomówić w imieniu miłującej pokój księżniczki Saori i powstrzymać tę wojnę.
– Księżniczki Hildy nie ma w Pałacu – odezwał się Zygfryd, twardym formalnym tonem. – Została zamordowana.
Marin przeszedł zimny dreszcz, kiedy to usłyszała.
– Zamordowana? Jak to możliwe?!
– Sądziliśmy, że została ukryta w tej okolicy, jednak idąc po śladach energii natknęliśmy się na ciebie – odrzekła Grimerda, wzdychając. – Podążyliśmy fałszywym tropem. Nasza księżniczka nie żyje.
Rycerz Orła zareagowała silnymi emocjami.
– Teraz sobie przypominam, że wyczułam coś, zanim spotkałam wojownika, który mnie zaatakował. Wtedy uznałam to za jedno z was, ale teraz wiem że wasza energia jest inna; wciąż mogłabym to odnaleźć. Może warto spróbować – wspomniała z zaangażowaniem, obecni prześwidrowali ją wzrokiem.
– Obyś miała rację – szepnął Zygfryd.
