23

Zapadała noc. Blask księżyca prześwitywał przez płaszcz szarych chmur, które zatrzymywały przy ziemi jeszcze nieco dziennego ciepła. Wataha wróciła z udanego polowania, tak dobrego, jakiego nie uświadczyła od dawna. Z powodu wyjątkowego ocieplenia tego roku, zwierzyna znacznie liczniej niż kiedykolwiek podchodziła do jodłowego lasu, który stanowił jej terytorium.

Wpierw jeden z wilków zawołał w noc, usadawiając się na pagórku nieopodal poogryzanych szczątków łupu. Wkrótce dołączyły do niego inne, a kiedy samiec alfa stojący w środku kręgu uniósł w górę pysk i wydał przeciągły głos, już całe stado zaangażowało się we wspólne radosne wycie.

Fenril je naśladował i choć wiedział, że dla nich jego głos nie oznaczał nigdy tego, co wilczy, to wciąż nie chciał sobie tego odmawiać. Niosące się po całej okolicy wielogłosowe wycie całej rodziny być może mroziło krew w żyłach potencjalnych ofiar i zbłąkanych wędrowców, ale z jego perspektywy towarzyszyło ono najbardziej wyjątkowym chwilom. Wtedy liczyła się wspólnota, a zacierała hierarchia.

Przytulił Jinga, który przyszedł do niego po pieszczoty; chłopak uważał za zaszczyt, że alfa faworyzował go ponad wszystkie swoje wilki. Kiedy ostatnie głosy ucichły, razem pokierowali stado z powrotem do stałego legowiska w pustym domu z dzieciństwa Fenrila.

Las otaczał gęsto niewielki piętrowy dworek o czerwonym dachu, pozbawiony jakiegokolwiek okalającego muru lub płotu. Sąsiedztwo wielu drzew sprawiało wrażenie przytulności okolicy. Zupełnie bez oświetlenia, ludzkiej krzątaniny ani chociażby dymu z komina, dom mógł wydawać się co najmniej niepokojący. Nie dla Fenrila. Jakiś czas po tragicznym wypadku jego rodziców, przeniósł się tutaj ze swoją watahą z jej jaskini osadzonej głębiej w lesie.

Obecnie to właśnie była wilcza jaskinia. Kiedy przeszli przez otwór wyrąbany przez kogoś dawno temu w skrzydle wiecznie w ten sposób otwartych frontowych drzwi, powitały ich znajome korytarze. Czasem drogę zastępowały kawałki zniszczonych mebli, po kątach poniewierały się stare ogryzione kości lub strzępki futra. Poznoszone przez Fenrila z różnych pokojów materiały: dywany, firany i ubrania stanowiły legowiska. Wszystkie poszarzały w różnym stopniu od zużycia i poprzyklejana była do nich sierść. Intruz wyczułby wszędzie jeden silny zapach – zapach zwierzęcia, jego wilgotnej sierści. Jednak w rzeczywistości osobnicze sygnały wskazywały na miejsce spania każdego z członków stada i przypominały o jego randze w grupie.

Wilki rozeszły się po wnętrzu, niektóre samice poszły nakarmić podrastające już na początek lata młode, ale Fenril przystanął wraz z Jingiem w korytarzu, zostając w tyle. Zapatrzył się w drzwi na piętrze naprzeciw siebie, których nigdy nie widział otwartych. Wraz z wilkami przez lata korzystał jedynie z części parteru, a już nigdy nie zdarzało mu się zaglądać tam, na górę. Schody nie zachowały się w dobrym stanie, w stopniach znajdowało się parę dziur, nie to jednak mu wadziło, ponieważ potrafił skakać i wspinać po każdych drzewach i skałach bynajmniej do tego nie przystosowanych. Podczas gdy parter oznaczał dla Fenrila codzienność, bo poznał to miejsce od razu, kiedy powrócił do niego po raz pierwszy, to pierwotnie bał się wchodzić na górę jako dziecko i tak zostało. Spoglądając na tajemnicze drzwi wyobraził sobie, że za nimi kryje się jego przeszłość, coś tajemniczego i przerażającego.

Tego dnia jednak nie było jak zwykle. Chłopak czuł się silny w jakimś nieznanym sobie przedtem sensie. Wskazał szczyt schodów Jingowi i przestąpił krok, spoglądając mu w oczy pytająco. Wilk zakręcił się w miejscu i pochylił na przednich łapach w geście zachęty. Fenril nie zwlekał dłużej, wdrapał się zręcznie na piętro i nacisnął klamkę.

Drzwi stawiały trochę oporu, otworzyły się mimo to bezdźwięcznie, pociągając za sobą nitki paru pajęczyn. Świat, który chłopak zastał po drugiej stronie wciągnął go całkowicie. Również było to wnętrze ruin, tak jak jego jaskinia na parterze, tym razem jednak innego, obcego rodzaju. W ciemności jego oczy rozpoznawały jedynie ogólność wąskiego korytarza, ale nie odbierało mu to niczego, ponieważ było tam niemal pusto. Fenril zajrzał do paru pokojów nie wchodząc do nich. Ogarnęła go chwilowa niepewność, czy to co widzi naprawdę mówi mu coś o nim samym. Zdał sobie sprawę, że nie posiada żadnych faktycznych wspomnień związanych z tym tajemniczym miejscem, niemniej jednak ożywiło to jego wyobraźnię.

Chłopak obserwował zbielałe kwadraty na ścianach po zdjętych obrazach, nasady kinkietów, puste postumenty i łyse gwoździe, na których kiedyś coś wisiało. Spróbował domyślić się brakujących elementów – czym były, jak wyglądały, do kogo należały. Dotykał ścian i opróżnionych szaf, sprawdzał, jak brzmią przy otwieraniu i zamykaniu różne drzwiczki i okna. Czasem natrafiał na przedmioty bardziej niesamowite, jak sztuki ubrań, lustro, czy pomięte zapisane papiery. Wszystko, co pozostało po wielokrotnym plądrowaniu dworku przez nieodgadnioną liczbę ludzi, pierw służbę i przyjaciół rodziny, później przypadkowych szperaczy. Wyjadano kąski od najlepszych po coraz mniej okazałe, aż budynek ostatecznie stracił na wartości. Zabrano nawet niektóre elementy konstrukcyjne, pozostało tylko to, co najbardziej zniszczone, pospolite lub trudne do wyniesienia. Tak wyglądała ruina ludzka, zupełnie odmienna od nieporządku zwierzęcego, w którym co dzień żył Fenril.

Uzupełniając w wyobraźni wnętrza chłopak dał się ponieść fantazji, co dało mu odwagę przekroczyć próg do najdalszego z pokoi. Opustoszały jak pozostałe, zawierał niewiele ponad przykryte grubą warstwą kurzu ramę łóżka i krzesło, przez dwa okna wpadało do środka blade księżycowe światło. Fenril tknął palcem oparcie krzesła, było rzeźbione w prosty wzór. Wyobraził sobie pasujące do niego biurko ustawione pod ścianą, przy którym w takiej ciemności, jak jemu obecna, jakaś postać siedziała pochylona nad czymś przy ledwie dostrzegalnym świetle świecy. Mogła to być kobieta, której obrys widział od tyłu, nie wymyślił dla niej fryzury ani twarzy, była wyłącznie pociągającym tajemniczością wrażeniem, które korespondowało z tym, co odczuwał odkąd wstąpił na piętro.

W pewnym momencie odwrócił się i spostrzegł Jinga, który wszedł za nim na górę. Jego pazury wydawały charakterystyczny skrobiący dźwięk, kiedy dotykały drewnianej podłogi. Fenril poklepał wilka po boku, a kiedy obejrzał się za siebie, zobaczył coś na jednej ze ścian, całkiem gołej, bez drzwi i okien. Zbliżył się i rozpoznał pojedynczą literę na wysokości swoich oczu. Nie pamiętał już zupełnie, co oznaczały konkretne litery ani jak wyglądały, ale przypominał sobie samą ich naukę i że były to rysunki myśli. Nie posługiwali się nimi wszyscy, on jednak miał szczęście być synem szlachcica i zdążył musnąć odrobinę tej wiedzy. Był bardzo młody, kiedy przestał widywać jakichkolwiek ludzi, od dawna więc nie myślał w zdaniach, ale hasłach, czasem sylabach, skupiając się na nieuchwytnych uczuciach. Słowa i ich używanie należały do ludzkiego świata, świata rodziców, za którym w pewien sposób tęsknił, być może dlatego jeszcze przed chwilą stworzył sobie obraz postaci piszącej.

Przejechał palcami po ścianie, ale ze zdziwieniem stwierdził, że nie czuje, aby znak miał inną strukturę niż mur ani żeby wystawał ponad powierzchnię czy był wydrążony. Sprawdził raz jeszcze, kiedy nagle cegły zaczęły usuwać się mu spod dłoni, cofając w głąb ściany. Odskoczył o krok, na jego oczach powstawała coraz większa dziura w murze, obejrzał się na Jinga – był spokojny. Wkrótce rozpadła się większość ściany, z braku podparcia osunął się z trzaskiem fragment dachu, wznosząc kurz i pył. Wszystko to nie było ważne, kiedy Fenrir zobaczył cudowny przedmiot, który krył się wcześniej za zamurowanym przejściem.

Ukazała mu się granatowo-turkusowa rzeźba przypominająca wilka, która promieniowała własnym delikatnym światłem. Zachęcony przez Jinga, Fenrir podszedł bliżej ku niej, poczuł wtedy bijący z jej kierunku przyjemny chłód wieczornej mgły. Miał wrażenie, że zanurza się w nieznanej kojącej energii.

W tej samej chwili w przejaśnieniu, które powstało po zapadniętym dachu, na tle nieba ukazała się mu srebrzysta sylwetka kobiety w długiej sukni ze skrzydlatym hełmem na głowie.

– Zbudź się, Fenrilu, samotny wilku północy – przemówiła wskazując go końcem włóczni.

Drogi wszechojcze, nie! – wykrzyknęła Hilda, tracąc dech. Fenril i Jing nie mogli jej słyszeć.

– Pragniesz odzyskać część siebie, która zaginęła wraz ze śmiercią twoich rodziców? – mówiło dalej świetliste widmo. – Chcesz zemścić się na tych, którzy was opuścili? Odpłacić się za lata samotności i odbudować świetność swojego rodu? Możesz zrobić to wszystko.

Fenril uklęknął przed widziadłem onieśmielony. Jing przestąpił bliżej, stając tuż u jego boku.

– Tak – odpowiedział, dziwiąc się sam sobie, co też właśnie się działo i jakim cudem rozumiał każde słowo.

– Ja ci pomogę – rzekła kobieta z włócznią. – Nazywam się księżniczka Hilda Polaris, władczyni Asgaardu, twoja pani...

Tylko nie to, błagam, nie słuchaj jej! Nie słuchaj mnie – zaklinała Hilda bez pamięci.

– ...odzyskasz to wszystko, honor, godność i człowieczeństwo, jeśli zgodzisz się walczyć dla mnie...

Wojownicy mają służyć bogom, nie królom. Nie miałam prawa...

– ...twój kraj cię potrzebuje, przywdziej zbroję Świętego Wojownika Epsilonu.

Powiedz "nie", nie rób tego...! Na wszelkie dobro, proszę...

– Zgoda – odpowiedział Fenril, skłaniając głowę.

Hilda czuła strumień łez spływający po policzkach.

– ...księżniczko? – wołał jakiś głos z innego świata.

Jego ostatnią myślą przed śmiercią było to, że go zawiodła. Kiedy Rycerze Zodiaku bili go, żeby wydał im Szafir Odena, wiedział już, że to koniec, że poświęcił wilki i siebie w imię obietnicy, która nigdy nie zostanie dotrzymana. Jak na własnej skórze odczuwała jego rozczarowanie, ale i pogodzenie się z werdyktem losu. Niepojęte dla niej poczucie obowiązku nie pozwoliło mu żałować decyzji o przyjęciu zbroi i uwierzeniu Hildzie - w swoim przekonaniu był skazany na taki koniec. Gdyby tylko nie zaznał nigdy ludzkiego świata, nie pamiętał matczynej troski, nie tęskniłby do nich. Rzeczywistość była inna, tak być musiało.

– Księżniczko! Niesamowite, ona otwiera oczy!

Kiedy Fenril umarł, zniszczeniu uległa jego zbroja, energia kosmiczna zamknęła się w Szafirze, w tym samym momencie przestał istnieć również Jing, który powstał kiedyś z jej części.

– Pani, tak się cieszymy! Myśleliśmy, że Asgaard utracił cię na zawsze.

Mgła w oczach Hildy wyklarowała się w końcu. Łzy przestały płynąć. Rozpoznała w najbliższej postaci lady Brunhildę. Dlaczego była wciąż żywa? Księżniczka poczuła, jak budzi się w niej gniew.

Stopniowo rozgorzała w niej energia. Powstała na nogi i wyprostowała się godnie. Przetarła oczy. Znajdowała się nad brzegiem jeziora, w pobliżu na udeptanym śniegu porozrzucane były okruchy błękitnego minerału. Otaczała ją zaaferowana gromadka o twarzach bladych jak u duchów – dwie walkirie, kobieta-rycerz w masce... i Zygfryd, zdawałoby się, sam bliski płaczu.

– Księżniczko – wyjąkał. – To naprawdę ty?

Z pogardą odwróciła od niego wzrok. Poprawiła swoją pomiętą suknię i rozwichrzone włosy.

– Żebyś wiedział. Owszem, to ja – syknęła, zwężając powieki. – Hilda Polaris, pierwsza z Walkirii, Królowa Asgaardu...

Marin wrosła w ziemię, nie ważąc się wydać nawet tchnienia. Grimerda wytrzeszczyła oczy w niedowierzaniu i narastającemu przerażeniu.

– ...natychmiast wracamy do Pałacu. Przygotuję coś, czego Atena nie zapomni. Zacznę od przesłania jej małego upominku, dłoni a może głowy tej rudej czarownicy, którą na mnie nasłała.

Brunhilda zasłoniła usta dłonią, zrobiła się potwornie blada. Zygfryd utracił pojęcie rzeczywistości.

– Wielkie będzie wasze szczęście, żeście pozostali po mojej stronie. Wszyscy ci, którzy mi się przeciwstawili, gorzko tego pożałują. Będą powtarzać moje imię w agonii. Znaleźć mi tych zdrajców, Viliamrsena i Alberytchtsona. Tak samo z moją gwardia prywatną, co do jednego. Zygfrydzie. To ty mi ich przyprowadzisz. I rozprawisz się z nimi dopiero w sali tronowej na moich oczach. Ty i Hagen jesteście odtąd właścicielami ich domen. Czy nie wyraziłam się jasno? Jazda!