Słońce prażyło przyjemnie, a roześmiani uczniowie Hogwartu popędzili na błonia.

Wszyscy żartowali, śmiali się. Dzień był naprawdę ładny.

Jedynie dwójka przyjaciół, o ile można ich tak nazwać, siedziała smętnie w cieniu rozłożystego drzewa.

Siedzieli tak w ciszy, wpatrzeni w przestrzeń. Nasłuchiwali. A może ignorowali?

W końcu jeden z nich, niższy, o czarnych jak węgiel oczach, wyszeptał jakieś zaklęcie

i pochylił różdżkę nad trawą. Z jej końca wyciekła zielona, dość gęsta ciecz.

Część ziemi, która została oblana tajemniczą cieczą, dziwnie zasyczała.

Pojawiła się piana, a trawa zaczęła się spalać.

Drugi chłopak, nieco chudszy, z piwnymi oczyma gwizdnął cicho.

- Niezłe - wymamrotał - sam to opracowałeś?

- Sam. Muszę to tylko... dopieścić. Strumień ma słabe ciśnienie, trzeba by to było jakoś...

W tym momencie tę krótką wymianę zdań przerwała im grupka młodych ludzi.

Na jej czele stał James Potter oraz Syriusz Black.

- Co tam, Smarkerusie i brzydalu, którego imienia nie pamiętam? - zagadał wesoło Syriusz.

Reszta parsknęła śmiechem i otoczyła dwójkę czarodziei.

- Bawicie się błotem? Może przynieść wam wiaderko i łopatkę? - zaśmiał się James wskazując na wypalone miejsce w trawie.

- Spadajcie stąd - mruknął Severus i schował różdżkę. Pośpiesznie spakował książki do torby i wstał.

Augustus poszedł w jego ślady.

- Gdzie się wybieracie? Panowie dopiero zaczęli - pisnął Pettigrew.

- Spokojnie, Peter. Poradzimy sobie - powiedział Syriusz i odepchnął drobnego chłopca.

- Levicorpus! - krzyknął James i wycelował różdżką w Snape'a.

Tamtego poderwało w górę, a jego przyjaciel został uwięziony w silnych ramionach Syriusza.

- Remusie, patrzy ktoś? - zapytał James utrzymując swoją ofiarę w górze.

- Chyba nie... - odpowiedział zapytany bacznie się rozglądając.

- Puśćcie go! - krzyknął Augustus wyszarpując się z uścisku Blacka - Expelliarmus!

Różdżka Pottera odleciała parę metrów dalej, a Severus spadł na ziemię.

- Ty - warknął James - stawiasz się?

Chłopak poprawił opadającą na oczy brązową grzywkę.

- Bo co?! Odczepcie się od nas!

- Ha! Chłopaki, mamy się odczepić! W ogóle, coś ty za jeden? - zapytał Syriusz.

- Nie ważne, i tak ma przerąbane - powiedział okularnik podnosząc różdżkę z ziemi.

Ale Rookwood i Snape byli już daleko.


Nie płakałam.

Nie krzyczałam.

Zemdlałam.

Pamiętam tylko twarz Bellatriks. Była piękna, lecz zła.

Zła, bo nie błagałam jej o litość. Zła, bo nie dostała moich łez.

Obudziłam się dość szybko. Leżałam jeszcze na posadzce w jadalni. Wokół mnie unosił się zapach krwi. Ktoś głośno rozmawiał.

- Pottera wciąż nie ma. Dziś chyba nie uderzą. Możemy dać sobie spokój.

- Ehh…

- To co teraz zrobimy?

- Czarny Pan jest świadom tego, że misja może nam zająć nawet ponad tydzień. Wszystko zależy od Pottera i reszty. Jestem więc za odwleczeniem dzieciaka do lochów. Zabicie któregokolwiek tak wcześnie może przysporzyć nam kłopotów.

- Popieram. Bello, nie bocz się na nas. Zostaw już ją, zemdlała. I tak nic nie poczuje.

- To przyprowadźcie mi jednego z chłopaków!

- Przecież ona była ostatnia. Każdego już miałaś.

- Ale mogę mieć jeszcze raz.

- Bello…

- Dlaczego odbieracie mi przyjemność? – westchnęła kobieta – niech wam będzie. Ale jutro pozwolicie mi któregoś z nich zabić.

- Jeszcze nie. Za dwa, trzy dni. Poza tym, to nie zależy od nas. Tymczasem proponuję partię brydża.

Bellatriks narzekała jeszcze przez chwilę.

- Rookwood, zabierz ją stąd.

Drgnęłam. Czyli na dziś już koniec.


- Dojdziemy do was, Lucjuszu - powiedział mistrz eliksirów - muszę zamienić słowo z Rookwoodem.

Pan Malfoy zmarszczył brwi. Odwrócił się na pięcie. To było podejrzane...

- Jak sobie chcecie.

Drzwi zamknęły się za białowłosym. Wesołe rozmowy oddalających się Śmierciożerców cichły w ścianach komnaty. Augustus powolnym ruchem ręki sięgnął do kieszeni po papierosa.

- Muszę zamienić słowo z Rookwoodem? Severusie, coś rzuciło ci się na mózg. Jesteś ostatnio zbyt miły.

- Nie potrwa to długo, Augustusie. Nie delektuj się tak tym mugolskim gównem, trzeba szybko zająć się małolatami. Dumbledore zacznie coś podejrzewać, jeśli któryś bachor zginie.

- Przecież jesteś po jego stronie - zauważył Augustus i zaciągnął się dymem.

- Gdyby tylko twój umysł nie był tak odporny na przetwarzanie zawiłych informacji, zapewne zacząłbym ci to tłumaczyć. Sądzę jednak, że dziś już wykorzystałeś dzienny limit analizowania słów.

- To miało być śmieszne? Śmieszno-inteligentne? Bo jeśli tak, to niestety...

- Zamknij się już. Zapomniałem, jak bardzo jesteś wkurzający. Wyrzuć to cholerstwo i chodźże do tych lochów. Każda minuta się liczy.

- Nie rozumiem cię, Snape - Augustus uśmiechnął się i podszedł do stołu - jak to w końcu z tobą jest? Komu jesteś wierny?

- Swoim przekonaniom - czarnowłosy skrzyżował ręce na piersi i wyprostował się. Niewymowny miał rację, ostatnio stał się nader "przyjemny". Chudszy mężczyzna zachichotał i wrzucił niedopałek do popielniczki. Podszedł do blondynki leżącej na ziemi.

- Dobrze, skoro każda minuta jest tak ważna, weźmy się do pracy. A tę rozmowę dokończymy kiedy indziej, nie martw się.

- Nie zamierzam - burknął Severus i otworzył drzwi. Augustus brutalnie chwycił dziewczynę za włosy i wywlókł ją z jadalni. Z drobnego ciała wydobył się cichy jęk.

- Stary Augie - rzucił ironicznie Snape - wciąż tak samo delikatny, wciąż subtelny. Sprawia ci to przyjemność, prawda?

- Nie - skrzywił się zapytany, ku zdziwieniu pytającego.

Szli tak w ciszy aż do wielkich, marmurowych schodów prowadzących do lochów. Rookwood zatrzymał się i pochylił nad kruchą nastolatką. Zmierzył ją wzrokiem.

- Romeo? Zamierzasz flirtować z nieprzytomnym ciałem całą noc? Trochę nam się spieszy, mieliśmy ją tylko wrzucić do lochów - mistrz eliksirów niecierpliwił się.

- Powiemy, że przedłużyła się nam pogawędka - Augustus odsłonił w uśmiechu wszystkie, pożółkłe od papierosów zęby.

Podniósł delikatnie Lunę, podczas gdy Severus otwierał drzwi do celi.

- Wciąż o tym myślisz, prawda?

Augustus przystanął. Otworzył szerzej oczy i przekrzywił nieco głowę.

- Nie udawaj. Dręczy cię to. Zwłaszcza dlatego, że dorasta - czarnooki ponownie skrzyżował ręce i uśmiechnął się ironicznie.

Stary nietoperz wiedział, jak wkurzyć Rookwooda. Wiedział aż za dobrze.

- Nie rozmawiajmy o tym teraz - warknął tylko i przekroczył próg celi.


- Jak myślicie, co oni kombinują? - rzucił Ron siadając na ziemi. Poruszył wreszcie temat, którego bał się poruszyć każdy obecny. Harry poszedł za nim w ślady, a co za tym idzie, wszyscy członkowie GD siedzieli w ciasnym kółku na posadzce.

- Obawiam się, że nic, co przywróciłoby ich w ciągu najbliższych kilku dni - mruknęła smętnie Hermiona. Harry uśmiechnął się...

- Potter? Co cię bawi? - Lee uniósł brwi, a wszystkie głowy automatycznie podniosły się i skierowały w stronę gryfona.

- Hermiona ma rację. Snape i Dumbledore działają według planu, zajmie im to co najmniej kilka dni. Ja mam inny pomysł.

I zaczął wszystko tłumaczyć. Twarze zebranych jaśniały z każdym jego słowem.

- Nie będziemy czekać. Nie na śmierć. Tam jest czwóro naszych przyjaciół, a my ich odbijemy. Dziś ostro trenowaliśmy, ponieważ chciałbym wyruszyć już jutro.

- Harry! - przerwała Hermiona - jutro?! Oszalałeś! Nie mamy żadnych szans!

- Musimy uwierzyć we własne siły! - pisnął ktoś z kręgu.

- Wystarczy uwierzyć - powtórzył Harry. Wyciągnął rękę do Hermiony. Ona niepewnie uścisnęła ją.

- Dobra, ludzie, koniec przerwy, do roboty!


- Vulnera sanentur... Vulnera sanentur... Vulnera sanentur...

- Boże. To brzmi jak modlitwa do szatana. To Drops i Voldek już ci nie wystarczają? Musisz mieć też Ojca Ciemności w kręgu idolów?

- Stul ryj. I lepiej mi pomóż.

- Czy ja ci wyglądam na pielęgniarkę?

- Masz ich leczyć przez najbliższe kilka dni. Ucz się!

- Tym mnie nie zachęcisz - uśmiechnął się Rookwood. Wbrew swoim słowom, klęknął przy Severusie i pochylił się nad Luną Lovegood, córką Ksenofiliusa Lovegooda. Drobną Krukonką, z którą nic nigdy go nie łączyło, bo niby co? Do tamtego cholernego wieczora, tamtej cholernej zimy.

- Vulnera sanentur to najsilniejsze zaklęcie lecznicze, jakie znam. Używaj tylko jego, bo jeśli dobrze się go nauczysz, każdą ranę będziesz w stanie wyleczyć. Działa to dosłownie na wszystko, od kaszlu, przez obtarcia, do krwotoków wewnętrznych i złamań - Snape ostrożnie wodził różdżką nad blondynką.

- Vulnera sanentur, okej. A jak któreś dostanie sraczki?

- Jesteś prymitywny. Ale tak, w ten sposób też to działa.

- Ale super - podsumował Augustus i wyszczerzył się. Severus pokręcił głową i skupił się na uleczaniu Luny.

- Jest strasznie osłabiona i odwodniona. Trzeba będzie...

- Zostawcie moją przyjaciółkę!

Niespodziewanie z najciemniejszego konta celi wychyliła się ruda głowa.

- Lumos - mruknął Severus i skierował różdżkę w stronę cieniutkiego głosu.

- Powiedziałam, żebyście ją zostawili! - powtórzyła dziewczyna i zrobiła krok w przód.

- Weasley, nie wydurniaj się i podejdź tu. Właśnie wyrwałem "twoją przyjaciółkę" ze szponów śmierci.

- Jej chyba też przyda się mały tuning... - wtrącił Augustus.

- Profesor Snape? - rzuciła w przestrzeń Ginny unosząc dłoń do oczu.

- We własnej osobie - odpowiedział mistrz eliksirów - a teraz pozwól tutaj, bo gdy ostatnim razem cię widziałem, okazem zdrowia to ty nie byłaś.

- Czemu nam pan pomaga? Kto to jest? - spytała ruda wskazując na Augustusa.

- Nie dyskutuj gówniaro - warknął nietoperz. Ginny cofnęła się odrobinę, więc z wymuszonym spokojem dodał - to szpieg. Tak samo jak ja. Nie mam czasu żeby was niańczyć, tłumaczyć, rozmawiać, on się wami zajmie. Pomoże wam.

- Dlaczego nas pan stąd po prostu nie zabierze? - zapytała ponownie.

- Bo nie i tyle. Nie mam czasu na pogaduchy, a jeśli nie chcesz być ofiarą koślawych umiejętności lekarskich tego typa - tu wskazał na swojego szkolnego przyjaciela - lepiej, żebyś się pośpieszyła.

Najmłodsza z Weasleyów odważyła się wreszcie podejść do dwójki mężczyzn.

- Merlinie - sapnął Snape, a Ginny skrzywiła się lekko - wyglądasz potwornie. Kładź się. A ty Augustusie patrz uważnie.

Nastolatka posłusznie położyła się na ziemi, a profesor wyciągnął różdżkę przed siebie.

- Vulnera sanentur... Vulnera sanentur... Vulnera sanentur... Spokojnie i w równych odstępach. Próbuj - rozkazał czarnowłosy usuwając się nieco. Szatyn wyciągnął różdżkę i powtórzył wszystkie ruchy profesora Snape'a nad młodą Weasley.

- Całkiem nieźle, ale nie machaj tak tym badylem. Nie jesteś na rybach. I skup się bardziej, bo mam wrażenie, że jej cierpienie sprawia ci przyjemność - mruknął czarnooki.

- Skądże - odpowiedział wesoło Rookwood.

Czy nietoperz miał rację? Trudno ocenić. Twarz Augustusa rozciągnięta była w okropnym, sadystycznym uśmiechu. Szeroko otwarte oczy i lekko ściągnięte brwi dodawały mu szaleństwa.

- Ruda, teraz ty się skup - Snape zwrócił się do Ginny - nie będę do was zaglądał. Prawdopodobnie jestem tu ostatni raz przed wojną. Mam za dużo roboty w zamku. Waszą opiekunką będzie ten brzydal. Z tego co wiem są z wami Longbottom i Thomas, dwójka największych tchórzy w Gryffindorze, i Lovegood, która myśli racjonalnie tylko wtedy, gdy myśli o budyniu. Jesteś tu więc najodpowiedzialniejsza i... powiedzmy, że najsprytniejsza. Będziesz pomagać Rookwood'owi, zdawać mu raporty co do stanu tutaj obecnych, a przede wszystkim masz utrzymywać przy zdrowiu psychicznym resztę gamoni. Dociera to do ciebie?

- Tak jest - odpowiedziała nieco skołowana dziewczyna.

- Przyprowadź teraz męską część więźniów, chcąc nie chcąc nimi też musimy się zająć - rozkazał.

Gdy skończyli już z chłopcami, Severus po raz ostatni zwrócił się do jedynej przytomnej.

- Kiedy reszta się obudzi, nie pozwól, aby wpadli w panikę. Nie zginiecie, przynajmniej na razie. Dumbledore was stąd wyciągnie. Nie wiem, co stanie się dalej. Póki co jesteście w miarę bezpieczni.

Ruda zdążyła tylko kiwnąć głową.

I już ich nie było.

Skąd ta zmiana u Snape'a? Więc jednak jest po ich stronie? Nie wiadomo, komu ufać. Zatopiona w rozmyślaniach i troskach, usiadła obok trzech nieruchomych ciał.

Wybuchnęła płaczem.