Wieczór był bardzo ponury. Ciemne chmury kłębiły się nad Hogwartem, a silny wiatr niósł ze sobą cienkie strugi deszczu. Cały zamek był jakiś cichy. Czy cisza ta mogła okazać się ciszą przed burzą?
Tymczasem dwójka uczniów siedziała w gabinecie Albusa Dumbledore'a. Dyrektor przez dłuższą chwilę ze skupieniem wpatrywał się w pewien punkt ponad głowami gości, aż w końcu jeden z uczniów odwrócił się i sprawdził co tak zahipnotyzowało brodatego czarodzieja.
- Nie stresujcie się tak - powiedział wesoło starzec - choć mam do was ogromną prośbę. Właśnie w tym celu was do siebie zaprosiłem.
- O co chodzi, dyrektorze? - zapytała zaciekawiona Granger.
- Hermiono, uwierz mi, że gdyby nie było to konieczne, nie prosiłbym cię o to. Ale już na wstępie mogę zaznaczyć, że bardzo nam pomożesz w ten sposób.
- Tak? - szepnęła dziewczyna.
- Proszę cię, abyś zastąpiła na kilka tygodni profesora Snape'a.
- Że co? - szatynka wstrzymała na moment oddech.
- Spokojnie - uśmiechnął się Dumbledore - nie będziesz musiała prowadzić lekcji, choć nie wątpię, iż poradziłabyś sobie z tym bez problemu - mrugnął do niej.
- W takim razie co mogę dla pana zrobić? - zapytała już lekko zaniepokojona.
- Profesor Snape oprócz nauczania zajmuje się także sporządzaniem niezbędnych eliksirów dla szkoły, między innymi eliksirów leczniczych dla pani Pomfrey. Prosiłbym cię, Hermiono, abyś zastąpiła w tym profesora Snape'a. Są to mikstury, które tak uzdolniona czarownica wykona bez żadnych problemów.
- Oczywiście! - przytaknęła z zapałem Hermiona - będę zaszczycona, jeśli dane mi będzie wykonywać tak poważne zadanie.
- Gabinet Severusa stanie się w połowie twoją pracownią. Wszystkie niezbędne składniki będziesz miała od razu na miejscu. Co dwa dni na biurku profesora Snape'a będzie leżała nowa lista z potrzebnymi eliksirami, ale także maściami wszelkiego typu. Rozmawiałem z gronem pedagogicznym, jeśli tylko będziesz potrzebowała odpoczynku lub zdarzy ci się zaspać bądź nie przygotować na lekcje, nie będzie problemu. Dostaniesz też klucze do lochów.
- A mnie po co pan wezwał? - spytał zaciekawiony Malfoy.
- Ciebie, Draco, również chciałbym prosić o zastąpienie profesora Snape'a.
- Nie jestem najlepszy w eliksirach.
- Nie chodzi o eliksiry - uśmiechnął się Dumbledore - prosiłbym cię raczej o coś innego. Mianowicie o nocne dyżury na korytarzac, ale także o pilnowanie porządku wśród Ślizgonów. Wierzę, że jesteś na tyle odpowiedzialny, aby zabrać się do tego we właściwy sposób. Severusa nie będzie przez jakiś czas, praktycznie nie będzie go w zamku. W twoich rękach jest bezpieczeństwo młodszych wychowanków Slytherinu, jak i przywoływanie do porządku tych starszych.
Blondwłosy w szoku zdołał jedynie skinąć lekko głową.
- Czy mogę na was liczyć?
- Oczywiście, profesorze - odpowiedziała szybko Hermiona za ich dwoje.
- W takim razie bardzo się cieszę. Dziękuję wam.
I już mieli wychodzić, gdy dziewczyna zatrzymała się jeszcze na chwilę.
- Panie dyrektorze...
- Już niebawem. Maksymalnie tydzień. Wrócą do was cali i zdrowi, obiecuję - Albus uśmiechnął się ciepło. Było w tym tyle życzliwości i pewności siebie, że musiała mu uwierzyć.
- Dziękuję - szepnęła i zniknęła za wielkimi, dębowymi drzwiami.


- Więc na tym to polega? - dopytywała zafascynowana Ginny.
- Właśnie tak. Niezły miał pomysł, co? - Augustus stał oparty o zimną ścianę lochów.
- Kto?
- Snape. A któż inny wynalazłby eliksir znieczulający wszelakie klątwy, nawet te czarnomagiczne? Ale byłoby zbyt pięknie. Działa to maksymalnie godzinę.
- Rzeczywiście, postarał się... - mruknęła Ginny - to dziś kto idzie pierwszy?
Rookwood wreszcie spojrzał wreszcie na młodą Weasley.
- Blondyna. Chcą ją zaszantażować tatuśkiem, tym razem niebezpodstawnie. Bellatriks go dorwała.
Ginny otworzyła szeroko usta.
- Mają ojca Luny? - szepnęła zrozpaczona - załamie się...
- Poradzi sobie. Z resztą, średnio mnie to obchodzi.
Skłamałem.
A może całe moje życie to kłamstwo? Prędzej żart.
- Zapomniałam, że wciąż pozostajesz jednym z nich - stwierdziła chłodno Ginny. Augiego, wraz ze słowami dziewczyny, dotknęło coś bardzo nieprzyjemnego.
- Nie pozwalaj sobie, rudzielcu. To bestie.
- A ty nią nie jesteś? - postawiła się śmiało.
- Ja jestem ptaszkiem. Ćwir, ćwir.
- Dzień dobry.
Kurwa.
- Luna! Wstałaś już...
- Dziś ja pierwsza? - zapytała wesoło blondynka podnosząc się z ziemi. Rookwood skinął tylko głową i ruszył szybko w kierunku drzwi celi. Dziewczyna poszła w jego ślady.
- Czekaj - Ginny rzuciła w jej kierunku nową fiolkę z eliksirem znieczulającym. Lovegood upiła łyk i odrzuciła buteleczkę przyjaciółce z szerokim uśmiechem na twarzy.
W podskokach opuściła celę, a Ginny rozpłakała się.


- Kurwa, kurwa. Kurwa. Kurwa mać. Snape zajebię cię. Kurwa. Kurwa mać. Przysięgam, że utnę ci ten nietoperzy łeb. Odezwij się dziewczyno!
Po bladych policzkach spływały łzy. Nie mrugała. Tępo wpatrywała się przed siebie.
Ale kurwa, czego ja wymagam? Dziewczyna przed momentem widziała, jak torturują jej ojca.
Snape nie dał mi żadnego eliksiru na uspokojenie. Co za chytry skurwysyn.
Dotarłem wreszcie z powrotem do celi. Poszarpałem się chwilę z kluczami. Nawet nie wiecie jak trudno otwiera się celę trzymając nieruchome ciało. Wpadłem do środka i położyłem kruche dziewczę na ziemi. Od razu podbiegła ruda.
- Co się dzieje?!
- Nie wiem.
- Jak to?! Co z nią? Luna!
Klęknęła przy niej i potrząsnęła nią.
- Zostaw ją głupia dziewucho - ofuknąłem rudą i odepchnąłem ją - szarpanie nic nie pomoże. Jest w ciężkim szoku. Zajmijcie się nią, nie mam żadnego eliksiru uspokajającego. Nie wiem, opowiadajcie jej dowcipy. Niech czarny tańczy walca z tą drugą ciotką. Stań na rzęsach i zaklaszcz czołem. Nie wiem kurwa! Wrócę za jakąś godzinę, może coś uda mi się wykombinować.
Może zachowałem się jak ostatni skurwiel, ale wstałem z klęczek i wybiegłem z celi. Nawet nie patrzyłem w kierunku młodocianych więźniów, coś czułem, że wzrok rudej chyba by mnie zabił. Choć dla mnie o wiele bardziej śmiertelny mógł okazać się widok jasnowłosej istoty trzęsącej się w konwulsjach. Czemu stamtąd wyszedłem? Czemu jej nie pomogłem?
W końcu miałem tylko odnieść ciało. Zamknąłem za sobą wrota. Lało się ze mnie. Byłem niemiłosiernie wkurwiony, zdenerwowany, spocony, zmęczony a przede wszystkim nie miałem pojęcia, co się właśnie stało. Ruszyłem w stronę salonu Malfoy'ów. Z impetem kopałem wszystko, co miałem pod nogami.
No ale co ja mogłem zrobić?! Kołysać ją i powtarzać, że Bella na pewno się ulituje i oszczędzi jej tatuśka?! Byłem co raz bardziej zły. Zły na Snape'a. Zły na Bellę. Zły na Voldemorta.
Ale przede wszystkim byłem zły na siebie.
Stchórzyłem, powiedzmy sobie szczerze. Najchętniej zapiłbym się na śmierć. Ale to byłoby jeszcze większym tchórzostwem.
Nie da się ukryć, że chociaż widziałem to dziewczę może z osiem razy, to wyprawiało ono ze mną cuda. W jednej chwili zdolny byłem ją zabić, ruchać, bronić własną klatą, tulić z miłością ojca.
To jest kurwa niezdrowe.
Dotarłem do salonu. Wparowałem do środka, miałem całkowicie w dupie co pomyśli reszta o moim dość nietypowym zachowaniu. Zazwyczaj byłem spokojny, szalony, z nutą ironii. Teraz wszystko wręcz ze mnie kipiało. Wszyscy siedzieli przy stole, zupełnie jakby tu się nic nie wydarzyło. Wszystkie spojrzenia zostały skierowane w moją stronę.
- Augie? - Lucjusz odstawił kieliszek - coś się stało? - chłodne opanowanie i cynizm. Cały Malfoy.
- Tak, kurwa - odpowiedziałem grzecznie i usiadłem na swoim miejscu zasłaniając twarz rękoma. Bo było mi cholernie wstyd. Jestem wielkim, strasznym, niedobrym Śmierciożercą, a trawią mnie wyrzuty sumienia, bo nie mogę niczego... nie mogę nic... ta mała kukła. Grrrr.
Nie mogę jej nawet pocieszyć. Muszę udawać, że nic ani nikt mnie nie obchodzi.

- Pewnie skończyły mu się fajki - stwierdziła zaczepnie Alecto.

- Właśnie tak - mruknąłem. Co za pojeby.
- Nieważne. Trochę cię ominęło, Augustusie. Czarny Pan przesyła nam instrukcje. Możemy jedno zabić. Ale tylko jedno.
- Co? - oniemiałem. Uniosłem twarz i spojrzałem w stalowe oczy.
- Głuchy jesteś? Zaciukamy jednego bachorka, żeby Dumbo i reszta spółki nie pomyśleli, że z nami tak łatwo - odpowiedziała za Lucjusza Bella.
- No i niby kogo chcecie zabić? I w jakim celu, bo nadal nie rozumiem? Przecież lada dzień zaatakują. Tak czy tak Potter wpadnie w ręce Voldemorta.
- To ty tam siedzisz czy jakaś roztrwoniona szesnastka? Gdzie się podział sadysta Augie? - zwrócił się do mnie Macnair machając mi ręką przed oczyma.
- Ja. Mógłbyś wziąć to wielkie, ohydne łapsko z przed mojego szacownego lica? Dalej nikt nie odpowiedział na moje pytanie - mówiłem trochę za szybko. Spojrzałem zaniepokojony w stronę Nott'a i Rowla. Możliwe, że będziemy zmuszeni interweniować.
Plan Snape'a jednak okazał się dość... potrzebny.
Bo co my teraz zrobimy? Bachorom włos z głowy spaść nie może, a oni mówią tutaj o zabójstwie. Obsrałem się. Jeśli wyjdzie na jaw, że nie jesteśmy znowu tacy wierni Człowiekowi Ze Szparkami Zamiast Nosa, to prawdopodobnie nas zajebie. A ja chcę jeszcze trochę pożyć.
- Dalej do ciebie nie dociera, Rookwood. Musimy, a właściwie MUSISZ któreś zabić, bo taki jest rozkaz Czarnego Pana - warczał Macnair.
- MuszĘ?
- MusiSZ.
Opadłem na oparcie krzesła. Uleciały ze mnie wszystkie siły.
- Jak to muszĘ? - spytałem słabym głosem.
- A sprawi ci to trudność? Wybacz, Augustusie, ale śmiem podejrzewać, że coś ukrywasz. Co gorsza nie tylko przed nami, a przed Czarnym Panem. Nie karz mi kontynuować... - mówił spokojnie Lucjusz splatając dłonie pod brodą. Moment otrzeźwiałem. Wszyscy dokładnie się nam przypatrywali. Kurwa, oni coś węszą. Rzeczywiście zachowuję się jak roztrwoniona szesnastka. Omal nas nie zdradziłem.
Tylko czemu akurat Waldek upatrzył sobie mnie?
- Absolutnie nie sprawi mi to trudności. Po prostu nie rozumiałem sensu. Dziękuję koledze z toporem za wyjaśnienie. A więc które mam... "zaciukać", jak to ładnie ujęła Bella?
- Lovegood.


- To chory pomysł. Nie martw się, porozmawiam jeszcze z Dumbledorem.
- Ale ja się wcale nie martwię! - oburzyła się Hermiona i powiesiła płaszcz na wieszaku.
- Hogwart nie jest teraz bezpieczny. Poza tym, to niedorzeczne! Uczniowie mają pilnować uczniów, dobre sobie! Ta szkoła schodzi na psy - podsumował Severus odkładając plik kartek na biurko.
- Przestań tak mówić. On sobie po prostu nie radzi, teraz musi zajmować się wieloma rzeczami naraz. W ten sposób razem z Draco możemy tylko pomóc - Hermiona usiadła na kanapie pod sporych rozmiarów obrazem i ułożyła się wygodnie w ramionach nauczyciela eliksirów.
- I przy okazji stracić życie. Śmierciożercy czekają na atak z naszej strony, ale sami też w każdej chwili mogą zaatakować. Kto wie, co przyjdzie do głowy Voldemortowi?
- Umiem się bronić - spierała się dziewczyna.
- Przed czterema doskonale wyszkolonymi, starszymi czarodziejami?
- Wątpisz w moje umiejętności? - szatynka spojrzała głęboko w oczy Severusa.
- Nie śmiałbym - odpowiedział ironicznie - aczkolwiek twoje umiejętności nijak umywają się do umiejętności czterech dorosłych mężczyzn. Przykro mi - powiedział czarnooki i objął mocniej swoją kobietę.
- Po prostu zawsze wszystko stawiasz w najgorszym świetle. Zabraniam ci rozmawiać na ten temat z Dumbledorem. Poradzimy sobie - szepnęła i wtuliła się w kochanka. Nagle z kominka naprzeciw kanapy zaczęły dochodzić podejrzane trzaski.
- Przepraszam na moment - powiedział mężczyzna i podszedł do kominka. W żarzącym się węglu ujrzał znajomą twarz.
- To ja.
- Widzę, wszędzie rozpoznam tę gębę. Czego chcesz? Gdzie jesteś?
- Ty skończony dupku! - krzyczała postać z kominka. Hermiona poruszyła się niespokojnie i wychyliła się nieco - jestem u Nott'a w domu, a gdzie indziej?! Mamy przejebane! Zaczęli węszyć. Lucjusz podejrzewa mnie o zdradę, Bella z resztą też. Mam wrażenie, że oni mnie już prześwietlili - obcy głos był bardzo gardłowy. Zdawało się, że mężczyzna bardzo coś przeżywa.
- I to jest takie tragiczne? Pewnie znów wyolbrzymiasz. Daj mi spokój.
- Czekaj! Gdyby to było wszystko, nie dzwoniłbym do ciebie, tylko na niebieską linię. Oni... oni kazali mi zabić któreś z nich. Prawdopodobnie będziemy musieli interweniować.
- O, kurwa... - szepnął Snape - to już postanowione? Czarny Pan wie? Które?
- Czarny Pan KAZAŁ im to zrobić. Przecież ci tchórze - postać z kominka zakasłała - nie podjęliby takiej decyzji sami. Snape, kurwa, co my mamy zrobić? O, i wyślij mi coś na uspokojenie.
- Że co? Masz to swoje mugolskie gówno, tym się uspokajaj. Nie mam pojęcia, co zrobimy, pojawię się dziś wieczorem w Malfoy Manor i wszystko uzgodnimy. Które? Kogo?
- Szczegóły opowiem ci, jak się spotkamy - głos omal się nie załamał - przecież to nie dla mnie, do jasnej cholery. Wyślij mi jakieś pieprzone proszki, bo dziewucha skona.
Hermiona zasłoniła usta dłonią.
- Ciszej - syknął Snape - która? Co się dzieje? Miałeś ich pilnować!
- Wiem, przecież pilnuję! Lovegood. Bella torturowała jej ojca. Na jej oczach.
- Zaraz wyślę sowę do Nott'a.
- To tyle. Sprężaj się!
Trzaski ustały.
- Mają ojca Luny? - zapytała cicho Hermiona. Snape przytaknął i wrócił do dziewczyny. Spojrzał jej głęboko w oczy, jakby chciał zaglądnąć w jej duszę.
- Nie dam ich zabić.