'Już niedaleko. Spokojnie. Jesteśmy już bardzo blisko.' - szeptała Nahili oddychając głęboko. Tuż za jej plecami przykucała skuta w kajdany dusza młodej kobiety. Sprzedana przez kosiarza niesłusznie spędziła w piekle prawie 350 lat. Wycieńczona i przerażona trzęsła się ściskając mocno ramię Nahili.
Obie ukrywały się w cieniu wystającej skały. Były o kilka metrów od wodospadów. Ucieczka dziewczyny została zauważona przez jednego z strażników piekielnych lochów w których dotychczas się znajdowała. Od połowy drogi tropem Nahili i duszy podążała zbrojna pogoń. Demony nie zdołały odkryć ich położenia, ale zdołały rozbudzić lęk w kobiecie. Na szczęście jednak zaufanie do przewodnika było silniejsze.
Teraz, na ostatniej prostej, demony zaczaiły się wokół skalnego przejścia, gotowe to wyrwania duszy przemocą. Kilku prowadziło nawet na smyczy ogary.
Odkąd Nahili na dobre powróciła do swojej pracy walka o duszę na powrót stała się ulubionym sportem demonów. Do pewnego stopnia obie strony traktowały cały proces jak próbę sił, jak zawody o lisią kitę. Wszyscy z wyjątkiem duszy, naturalnie.
Nahili uważnie obserwowała sytuację. Starała się opracować strategię, która pozwoliłaby duszy dotrzeć do przejścia nieniepokojoną przez demony. Najprostszym rozwiązaniem było by puszczenie duszy i rzucenie się szarżą na demony. Z drugiej jednak strony któryś mogły by rzucić się prosto na duszę, a Nahili nie była by w stanie swobodnie jej pomóc. Mogła też zostawić ją samą na chwilę i po prostu wybić demony, ale co jeżeli któryś byłby na tyle sprytny, by rozejrzeć się w poszukiwaniu duszy, albo po prostu któryś przypadkiem, zwabiony odgłosami walki, dostrzegłby ją samotną i bezbronną?
Nahili przygryzła wargę i zmrużyła oczy. Odwróciła się w stronę dziewczyny i przyciągnęła łańcuch najbliżej, jak się dało.
'Słuchaj, plan jest taki. Przypniemy cię łańcuchem do moich pleców, a ja pobiegnę.' - rzuciła Nahili z szelmowskim uśmiechem.
Usłyszawszy te słowa dusza spojrzała na nią jak na nawiedzoną.
'OSZA-! Oszalałaś?' - odpowiedziała piskliwie.
'Przestań. Teraz, na samym końcu drogi, przestałaś mi ufać? Dalej!' - zachęcała Nahili.
Dusza westchnęła ciężko i wpatrywała się w Nahili z niepewnością. Cóż, na pewno nie mogła zaprzeczyć, iż Nahili wie co robi i jest wystarczająco silna. To co przeszły razem do tej pory dowodziło jej... kwalifikacjom.
'O Boże...' - jęknęła kobieta.
'Blisko.' - odparła Nahili.
Następnie zrobiła to, co opisała. Przyciągnęła łańcuch bardzo blisko, skute ręce kobiety przełożyła sobie przez głowę, a łańcuchem obwiązała mocno ich ciała kilka razy. Dziewczyna splotła nogi wokół jej pasa i wtuliła twarz w skrzydła.
Nahili wstała i złapała równowagę. Następnie wyjęła miecz i ścisnęła go mocno. Odwróciła głowę w tył – 'Wszystko dobrze tam z tyłu?'
'Mhm.' - wydusiła dusza zaciskając mocno oczy.
Nahili wzięła ostatni głęboki oddech. Nie była zdenerwowana, czy niepewna swego. Jej oczy błyszczały od podniecenia.
Uśmiechnęła się dość szaleńczo i krzyknęła jak dzikie zwierzę, po czym ruszyła biegiem w stronę demonów, które odwróciły się natychmiast w jej stronę i również krzycząc rzuciły się na Nahili. Ona biegła prosto na nie zagryzając uśmiech. Wzięła szeroki zamach i niemalże z wyskoku ścięła głowę pierwszego z demonów. Dusza przypięta do jej pleców krzyczała jak szalona.
Po ścięciu pierwszego Nahili zawróciła nieco z drogi i biegła prosto w stronę przejścia. Demony pędziły za nią, ale były wolniejsze. Nahili odwróciła głowę patrząc na nie i zaśmiała się. Cóż, było to dość nieprzemyślane, ponieważ gdy tylko zamknęła oczy potknęła się o leżący na ziemi korzeń. Gruchnęła o ziemię jak skała zadzierając sobie twarz i wolną dłoń. Również ręce duszy zostały przeorane.
Natychmiast podniosła się z ziemi, ale w tym samym momencie poczuła że łańcuch owinięty wokół jej brzucha zaciska się. Jeden z demonów złapał duszę za włosy i ciągnął w swoją stronę. Nahili odwróciła tułów i przebiła naprędce wyjętym nożem sam środek czoła demona. Odwróciła się skacząc i starła się z duchami w otwartej walce. Stała w środku piekielnego pierścienia. Z każdej strony padały ciosy raniące zarówno duszę jak i Nahili. Dusza była tak przerażona, że głos zamierał w jej gardle. Z jednej strony ją kuto, z drugiej ciągnięto. Nahili starała się jak najszybciej zabijać kolejne demony i powoli przesuwać się w stronę wyjścia.
'W porządku, koniec zabawy.' - wycedziła wreszcie.
Z jękiem bólu wzbiła się w powietrze siekąc bez przerwy swym mieczem.
'Do następnego razu!' krzyknęła znikając w szczelinie.
Demony krzyczały wciąż straszliwie i waliły w skałę.
Nahili przeleciała przez pierwszą ścianę wody, dzięki czemu dusza natychmiast uspokoiła się. Wody te oczyszczały umysł z piekielnych przeżyć, aby zbawiona dusza nie musiała cierpieć wspominając straszną przeszłość. Po jej przekroczeniu Nahili wylądowała w jeziorze rozlewającym się pomiędzy jednym wodospadem a drugim.
Dusza czuła się nieco zagubiona i trzęsła się przemoczona.
'Co tu się dzieje?' - zapytała rozglądając się wokół, starając się przebić się głosem przez huk spadającej gwałtownie wody.
'Wszystko w porządku. Właśnie uciekłaś z piekła.' - odpowiedziała Nahili tą samą formułką co zawsze. Akurat moczyła materiał w wodzie i przysiadała przy duszy.
'Aah... Z piekła? Byłam w piekle? Ale ja... Ja byłam dobra! Dlaczego?' - drążyła dusza.
'Cóż, czasem tak się dzieje. Przyczyny są różne, ale najważniejsze, że to już koniec.' - odparła Nahili zaczęła myć duszę świętą wodą, która nie tylko zmywała brud, ale także zabliźniała rany i sprawiała, że skóra stawała się znów zdrowa i bez skazy, nie ważne jak bardzo była zdewastowana pobytem w piekle.
'Tak, tak... Najważniejsze, że to już koniec.' - bąkała dusza.
'Masz. Dalej działaj sama.' - powiedziała Nahili wkładając kawałek materiału w dłoń duszy.
Następnie wyjęła kolejny i sama zaczęła się myć. Gdy obie były już czyste nadszedł czas na ostatni etap z przewodnikiem. Stały tuż przed ścianą wody. „Witamy w niebie.", powiedziała Nahili. Chwyciła dziewczynę za rękę i razem zrobiły krok w przód.
Za wodą ukazała się długa, szeroka, polna droga przy której, trochę w oddali, stali inni ludzie - kobieta i mężczyzna. Dziewczyna krzyknęła z zachwytu i zaraz przycisnęła usta dłońmi. Łzy szczęścia wypełniły jej oczy i rzuciła się biegiem w ich stronę krzycząc „Mamo! Tato!".
Nie pamiętała już zupełnie niczego. Żadnego piekła, żadnej ucieczki, żadnego zmywania krwi, żadnego przewodnika. Przejście ostatniej wodnej bramy sprawiało, iż dusza była przekonana, iż dopiero co umarła i od razu trafiła właśnie tutaj.
Nahili spojrzała za nią z westchnieniem. Spuściła wzrok i kopnęła lezący samotnie na ziemi kamyk. Już miała wrócić do piekła, gdy nagle coś sobie przypomniała. Odwróciła się na prawo, gdzie zazwyczaj stał wysłannik Naomi. Zdziwiła się, gdyż nikogo tam nie było.
'Nalama?' - zawołała, nikt jednak nie odpowiedział na to wezwanie. Obeszła skałę, ale nikogo nie dostrzegła.
Wzruszyła ramionami i ruszyła przed siebie. Uznała, iż to najlepsza okazja, aby pobyć znów przez chwilę w niebie. Pójdzie do gabinetu Naomi i dowie się, dlaczego nikt nie czekał. Być może anielica zmieniła zdanie i Nahili będzie mogła zmienić trochę tryb pracy.
Szła powoli rozkoszując się ciepłym słońcem i przepięknym zapachem spowijającym niebo. Było tak cicho i bezpiecznie. Niemalże zapomniała, jak wielką przyjemnością jest być tutaj, oddychać tym powietrzem, czuć wiatr pieszczący delikatnie wymęczone od walki i bezustannego stanu gotowości mięśnie.
Po niejakim czasie Nahili zaczęła czuć, że coś jest nie tak. Wydawało się, że jest chyba jednak za cicho i za pusto. Pokonała już spory kawałek, a żaden anioł nawet nie przemknął przed jej oczami. Postanowiła wzbić się w powietrze i spojrzeć na całość z większej perspektywy.
Lecąc spoglądała uważnie w dół. To tu, to tam dostrzegała dusze wiodące spokojnie życie wśród niebiańskich krajobrazów, ale wciąż żadnego anioła. Im bliżej dziedzińca była, tym silniej narastało dziwne uczucie.
Zawisła w powietrzu wyglądając jak wielki znak zapytania. Dziedziniec był zupełnie pusty. Głucha cisza bombardowała powietrze. Wylądowała ostrożnie i rozglądała się wokół z niemałym przerażeniem w oczach.
'Castiel?' - zawołała – 'Halo? Jest tu ktoś? Castiel? Naomi?'
Naturalnie nikt nie mógł odpowiedzieć na to pytanie. Anioły zniknęły.
Nahili skierowała się do gabinetu Naomi. Szła korytarzem po którym również hulała martwa cisza. Ledwo przekroczyła próg natychmiast zobaczyła Naomi leżącą na biurku. Podbiegła i zobaczyła, iż jej głowę przebija jakieś dziwne narzędzie. Odwróciła jej twarz. Była martwa. Nahili nie była w stanie określić od jak dawna, gdyż ciała aniołów nie ulegają rozkładowi, ale wyblakłe źrenice kazały stawiać raczej na dość odległą datę śmierci.
Nahili wyprostowała się i odetchnęła ciężko.
'Co tu się dzieje?'
Wróciła na dziedziniec chcąc sprawdzić, czy być może Castiel nie jest na ziemi. Beztroska wyparowała. Wszyscy zniknęli, Naomi była martwa, nigdzie śladów walki. Wszystko wyglądało po prostu tak, jakby anioły nigdy nie istniały, albo wymarły nagle, rozpłynęły się w powietrzu.
Przykucnęła i machając dłonią rozwiewała chmury spowijające grunt pod jej nogami. Tuż pod nimi powinna ukazać się ziemia. Niestety, pod warstwą mgły ukazał się kamień. Nie dowierzając upadła na kolana i zaczęła uderzać w skałę pięścią.
Jej twarz wyrażała desperację. Oczy otworzyły się szeroko, a oddech zaczął przyspieszać.
'Castiel!' - krzyczała tłukąc w posadzkę dłońmi – 'Castiel, gdzie jesteś? Tato! Tato, co się dzieje? Tato!'
Nagle poczuła na plecach czyjś wzrok. Delikatnie sięgnęła ręką w stronę rękojeści miecza. Opanowała oddech i jednym, gibkim ruchem wstała odwracając się i jednocześnie umieszczając ostrze tuż przy szyi nieznajomego.
'Kim jesteś?' - krzyknęła wbijając pytające spojrzenie w twarz nieznajomego.
Ten stał niewzruszony patrząc na nią z uśmiechem.
'Ja? Metatron.' - odparł nieznajomy
Nahili zmrużyła oczy – 'Metatron? Boży skryba? Słyszałam, że nie żyjesz.'
Metatron wzruszył ramionami – 'Cóż, widać plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone.'
Mierzy się wzrokiem w milczeniu. Wreszcie Nahili delikatnie odsunęła ostrze, jednak nie schowała go do pochwy. Opuściła tylko ku ziemi ściskając mocno za rękojeść.
'A Ty? Jesteś Nahili, tak? Widziałem Cię zaledwie parę razy, ale trudno zapomnieć takie zjawisko.' - przerwał ciszę Metatron.
'Tak. Ja jestem Nahili.' - odpowiedziała.
'No i co Ty tutaj robisz, dziecko?' - zapytał z uśmiechem, jak mu się wydawało. W rzeczywistości jego głos zdradzał poddenerwowanie.
'Cóż, chciałam zobaczyć się z Naomi, ale wygląda na to, iż została zwolniona.' - rzuciła Nahili świdrując wzrokiem pokracznego Metatrona.
'Zdarza się. Nikt nie jest niezastąpiony, jak to mówią.' - wyszeptał Metatron.
Nahili zaśmiała się pod nosem i wykrzywiła usta w kwaśnym uśmiechu. Znała Metatrona tylko z opowieści. Zawsze wydawało jej się, że anioł wybrany przez samego Boga do spisania jego słów musiał być wzorem wszelkich cnót, zupełnie jak archanioł Michał. Na pierwszy rzut oka było jednak widać, iż wrażenie to było mylne. Nahili czuła, iż coś jest tutaj nie tak. Bardzo nie tak.
'Gdzie są wszyscy? Co tu się dzieje do diabła?' - zapytała wreszcie.
Metatron pokręcił głową – 'Takie słowa w ustach sługi bożego?'
'I kto to mówi? Anioł, który, jak mniemam, został wyrzucony z nieba, jak Lucyfer? Jeżeli ogłoszono twoją śmierć, a jednak żyjesz znaczy to, iż jesteś nie lepszy niż gromada demonów i nie masz prawa tu być. W zasadzie... Powinnam cię zabić.' - oświadczyła Nahili.
'Cóż, nikt mnie nie wyrzucił, nie do końca. Sam postanowiłem odejść, gdy zrozumiałem dokąd zmierza ta banda zidiociałych aniołów. I nie jestem w tym odosobniony. Najprawowitsi spośród aniołów zostali zmuszeni do odejścia przez zachowanie takich psów jak ty.' - odparł Metatron.
'Kogo nazywasz psem, wszo?! Mnie? Mojego ojca? A może Michała? Nie masz prawa otwierać ust w tym błogosławionym miejscu, twoja noga bluzga jego świętość!' - krzyczała rozjuszona Nahili – 'Natychmiast powiesz mi, co się tutaj dzieje albo-!'
Nahili urwała w pół słowa, gdy jej ciałem wstrząsnęło uderzenie światła. Głowa odskoczyła w tył, zaciśnięte pięści rozwarły się szeroko. Jej usta zamarły w niemym krzyku.
Metatron, który uśmiechał się z politowaniem podczas jej ataku furii, teraz rozdziawił usta i wytrzeszczając oczy cofał się powoli.
Wtem światło zgasło. Ciało Nahili otrząsnęło się z paraliżu. Jej głowa powoli obracała się do pierwotnej pozycji. Na jej skrzydłach tańczyła energia, a pod skórą pulsowało światło. Oczy otwarły się powoli. Nie były już brązowe, jak stepowa ziemia, ale całkowicie turkusowe.
Gdy turkus błysną przed Metatronem, ten zerwał się do biegu. Zrozumiał, że to Bóg użył ciała Nahili. Oczy natychmiast jednak otwarły się i spojrzeniem zatrzymały zbiega.
'Podejdź do mnie, synu.' - przemówiła słowami Boga Nahili. Stwórca, używając jej głosu, nadawał mu miękkie, ciepłe brzmienie.
Metatron drżał, a jego oczy zaszły łzami. Odwrócił się powoli i przyklękając na ziemi ukrył twarz w dłoniach.
'Synu? Dlaczego się mnie lękasz?' - zapytał Bóg. - 'Czyż nie wiesz, że kocham wszelkie stworzenie?'
Metatron jednak nie mógł się opanować. W obecności Pana wszelkie grzechy jakie popełnił bombardowały jego sumienie wypełniając go strachem.
'Moje dziecko... Ciężar twoich win zasmuca mnie bardziej niż ciebie...' - powiedział Bóg podchodząc do skulonego Metatrona i gładząc jego głowę.
'Wstań.'
Metatron podniósł się z kolan dźwigany przez Ojca. Stał przygarbiony, a Bóg trzymał jego twarz w swych dłoniach i zaglądał mu głęboko w oczy. Po chwili zamknął swoje i odwrócił się ze zbolałym wyrazem twarzy.
'Dlaczego?' - zapytał oglądając się przez ramię – 'Dlaczego to robicie? Dlaczego czujecie do mnie strach? Czy kiedykolwiek was skrzywdziłem? Dla dobra aniołów poświęciłem jednego syna, dla dobra ludzi kolejnego. Dałem wam wszystko, czego potrzebowaliście. Wciąż jednak wybieracie zło. Nawet moje anioły odwróciły się ode mnie. Ból tego małego stworzenia, na które patrzysz, przepełnia mnie rozpaczą tym większą, iż zadany został przez niebo. Większym jednak bólem dla mnie jest, to co zobaczyłem w twych oczach. Strach. Gniew. Nie żałujesz swoich uczynków. Wiem, że to wszystko, co wyrządziłeś niebu, byłbyś gotów powtórzyć. Dlaczego, synu? Czy ty masz być kolejnym, którego muszę poświęcić? Czy miłość jest aż tak trudna?' - przemawiał Bóg łamiącym się głosem.
Metatron wbił oczy w ziemię. Na jego twarzy narastał gniew. Nagle zacisnął pięści i z krzykiem rzucił się na Boga. W tym samym momencie oczy odwróciły się i znów Nahili mogła poruszać swym ciałem, choć Bóg wciąż w nim był. Sługa natychmiast powaliła Metatrona uderzeniem pięści. Gdy ten leżał ogłuszony na ziemi wyjęła nóż chcąc przebić jego wnętrzności. Dłoń trzymająca ostrze zatrzymała się jednak o milimetry od jego ciała. Bóg przejął znów kontrolę. Spojrzał smutno na twarz Metatrona i szepcząc „przykro mi, synu" przyłożył swą dłoń do jego serca zamieniając anioła w proch. Zaraz potem ciało Nahili znów wykrzywiło się w tył, gdy Bóg je opuszczał.
Nahili otrząsnęła się. Klęczała okrakiem nad smugą czarnego pyłu. Wzięła grudkę w dłoń i przypatrywała się przesypującemu się przez jej dłonie kurzowi. Nagle pośród szczątek coś zamigotało. Nahili szybko odgarnęła drobinki i zobaczyła małą buteleczkę, wypełnioną niebieską substancją. Wzięła ją do ręki zastanawiając się, co to. Nagle w błysku światła odbijającego się od szkła zobaczyła anielskie oblicze Castiela.
'Łaska.' - wyszeptała.
Przycisnęła buteleczkę do serca i jeszcze raz spróbowała odgarnąć chmury. Wciąż jednak nie było pod nimi nic poza szarym kamieniem. Drugą dłoń przyłożyła do kamienia, jakby chciała przesłać Castielowi wiadomość, „wszystko będzie dobrze".
Potem przewiesiła fiolkę przez głowę i zebrała proch Metatrona do małego woreczka. Następnie pewnym krokiem skierowała się do świątyni. Podczas gdy Bóg przejął jej ciało przekazał jej, co należy robić. Przebiegła korytarz i niemalże wskoczyła do wnętrza kamiennego pokoju. Ze środka wciąż wybijało źródło zbawiennej wody, jednakże brakowało turkusowego diamentu, który zawsze obracał się ponad wodą. Zaklęcie Metatrona spowodowało, iż zniknął. Zgodnie z tym, co powiedział Bóg bezcenny artefakt, którego brak w tym konkretnym miejscu powodował zamknięcie nieba, znajdował się na ziemi. Nie było zatem innego wyjścia. Nahili musiała pierwszy raz od tysięcy lat wrócić na ziemię.
Nie mogła jednak dokonać tego samodzielnie. Wiedziała, jak przedostać się na planetę ludzi, ale fakt, iż nie mogła przyjąć naczynia utrudniał sprawę. Gdyby sama zeszła na ziemię w momencie przejścia wyzwoliłaby się eksplozja tak potężna, iż nawet ona mogła zginąć. Aby bezpiecznie przejść do tego świata, jej ciało osłonięte musiało być skrzydłami anioła.
Niebo było puste, jak zatem miała znaleźć anioła, który byłby w stanie jej pomóc? Wyszła na korytarz. Przyglądała się rzędom drzwi. Pokręciła głową i westchnęła. Nie mogła użyć tego sposobu. Niebo nie było w pełni siły. Co zatem pozostało?
Na jednym z krańców nieba znajdowało się miejsce, które utrzymywane było w ogromnym sekrecie. Jego istnienie kłóciło się z pojęciem nieba. Więzienie dla aniołów. Odosobniony i straszny zakład penitencjarny, do którego trafiali zbuntowani słudzy. Nahili miała nadzieję, że potężne zaklęcie trzymające tam anioły zatrzymało je na miejscu i że znajdzie tam kogokolwiek godnego zaufania.
Cztery wysokie wierze, zbudowane z niebieskawego kamienia wyznaczały cztery rogi prostokątnej, masywnej budowli. Żelazna brama kołysała się na silnym wietrze. Miejsce to zawsze było strzeżone, teraz jednak naturalnie nikt nie stał przed wejściem, brama jednak wciąż była zamknięta.
Nahili wyjęła pęk kluczy i wybrawszy jeden z nich przekręciła zamek. Otwarła bramę i weszła do wewnątrz. Przez środek budowli przebiegał długi, szeroki korytarz. Po prawej i lewej stronie znajdowały się rzędy cel przedzielonych wąskimi przejściami. Każda cela była bardzo mała, w środku nie było okien, a drzwi były wykonane z grubej blachy, z małym otworem na środku służącym do zaglądania do środka i na zewnątrz. Na początku wydawało się, iż to miejsce również jest opuszczone. Głucha cisza dudniła w ścianach więzienia. Nahili początkowo poczuła się bezsilna, ostatecznie postanowiła jednak sprawdzić chociaż parę cel. W kilku pierwszych było pusto, przez otwór widać było tylko spowite w ciemności kamienne ściany.
Niespodziewanie tuż za plecami usłyszała szelest. Odwróciwszy się zobaczyła dłoń ściskającą krawędź okrągłej szczeliny.
'Ktoś tam jest?' - zapytał niepewnie ochrypły głos.
Nahili podeszła natychmiast i spojrzała do środka. W tym samym momencie uwięziony anioł zdołał podnieść się na tyle wysoko, aby również rzucić okiem przez otwór.
'To ty?!' - wyszeptała gniewnie Nahili.
Twarz, którą ujrzała należała do anioła, który zaczepił ją wtedy w piekle, tuż przed atakiem Rafała i jego zwolenników. Anioł rozglądał się przez chwilę skonfundowany. Nahili z kolei patrzyła na niego z gniewem. Po chwili jednak odetchnęła ciężko. Nie było innego wyjścia, musiała zapomnieć o starych ranach w imię wyższych celów.
'Uspokój się. Nie zamierzam ci się odpłacić. Jest tutaj jeszcze ktoś? Tylko mów prawdę!' - powiedziała Nahili starając się nadać swemu głosowi przyjazny ton.
Anioł przełkną z ulgą ślinę. - 'Nie wiem. Na prawdę, nie mam pojęcia. Jakiś czas temu, nie jestem w stanie określić kiedy dokładnie, coś wstrząsnęło całym niebem tak silnie, że widziałem przez otwór, jak wielu aniołów zostało po prostu siłą stąd wyrwanych. Ja też czułem, że jakaś siła mnie porywa, ale równie potężnie działało zaklęcie pod moją celą. Kiedy trzęsienie ustało słyszałem w oddali kilka głosów, ale bardzo szybko ucichły. Nie jestem nawet pewien, czy rzeczywiście były to głosy innych, czy po prostu echo. Nie wiem co to było, ale od tego czasu nie pojawił się nigdy żaden strażnik, jakaś straszna cisza zaległa w każdym kącie.' - opowiadał anioł.
Nahili słuchała uważnie jego słów. Ściągnęła brwi i zmarszczyła czoło.
'Rozumiem. Posłuchaj, w niebie stało się coś bardzo złego, dlatego chcesz tego czy nie, musisz mi pomóc.' - powiedziała Nahili.
Anioł spojrzał na nią z ukosa. - 'Ja? Pomóc... Tobie? W jaki sposób?' - pytał zaskoczony.
'Muszę zejść na ziemię. Nie mogę zrobić tego sama, potrzebuję asekuracji anioła.' - wyjaśniła Nahili.
'I przychodzisz z tym tutaj? Dlaczego nie poprosisz Castiela?'
'Chodź za mną, a sam się przekonasz.'
Nahili wyjęła kolejny klucz i otworzyła drzwi celi anioła. Ten osłabiony zaklęciem ledwo powłóczył nogami, więc wyszedł z pomocą Nahili i usiadł od razu pod ścianą.
'Zostań tutaj, sprawdzę resztę i zaraz wracam.' - powiedziała Nahili kładąc dłoń na jego ramieniu. 'Amm... Jak brzmi twoje imię, nalama?' - zapytała jeszcze odwracając się w pół.
'Sachiel.' - odpowiedział.
'Nakrycie Boga?' - odparła Nahili patrząc mu prosto w oczy.
Sachiel kiwnął głową z trudem. - 'Domyślam się, że nie tak skończyć było mi pisane.'
Nahili nic nie odpowiedziała, spojrzała tylko na niego jeszcze raz przenikliwie i odeszła.
Okazało się, że wszystkie pozostałe cele były puste. Sachiel był jedynym aniołem, który ocalał. Nahili domyśliła się, iż to Castiel osobiście umieścił go w tym miejscu, kiedy rozprawiał się ze zwolennikami Rafała. Dzięki swej niemalże boskiej mocy sprawił, iż zaklęcie było tak silne, iż nawet inkantacja Metatrona nie mogła go złamać. Ciężko powiedzieć, dlaczego Castiel zdecydował się go ocalić. Być może jakieś przebłyski boskiego planu przebiegały wtedy przez jego głowę?
'Wstań, Sachielu.' - powiedziała Nahili pomagając mu podnieść się ziemi – 'Musimy iść.'
Sachiel podniósł się z trudem wspierając się na ramieniu swego niedawnego wroga. Oboje wyszli z murów więzienia i skierowali swe kroki w stronę najbliższego strumienia. Gdy tam dotarli Nahili pomogła Sachielowi położyć się w nurcie rzeki i obmywała jego zakurzone ciało. Kolejna zbłądzona dusza, której dała drugą szansę.
Wraz z płynącym nurtem Sachiel z każdą chwilą odzyskiwał siły. Dużą ulgę przyniosło mu oczyszczenie zmęczonej twarzy. Wkrótce Sachiel zdołał wstać o własnych siłach. Jego moc była jednak nieco zduszona, jako że niebo było osłabione.
Razem z Nahili zwiedził dziedziniec i różne inne miejsca w niebie. Z zaskoczeniem i niemałą grozą odkrywał, iż nie było nic ponad głuchą ciszę, ich oboje i dusze mieszkające gdzieś w oddali.
'Co tu się stało?' - zapytał wreszcie.
'Metatron, boski skryba. Nie umarł jak myśleliśmy. On uciekł. Nie wiem dlaczego, ale wrócił i rzucił zaklęcie zamykające niebo. Zrzucił wszystkie anioły na ziemię i wykradł Turkus z świątyni. Muszę zejść na ziemię i go odnaleźć.' - oświadczyła Nahili formalnym tonem.
Sachiel pokiwał głową. - 'A co z Metatronem?' - zapytał.
'Metatron? Nie żyje.'
'Ty?' - zapytał krótko.
'Bóg.' - rzuciła i odwróciła się kierując kroki w stronę wodospadów.
Sachiel chciał coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu w ustach. A więc Bóg jednak żyje i trzyma rękę na pulsie. Resztki ideologii Rafała wciąż tkwiły w jego umyśle, nie mógł jednak nie wierzyć słowom Nahili. Spojrzał jeszcze raz na świątynię i podążył jej śladem.
Nahili i Sachiel dotarli do wodospadów i przekroczyli wodę. Postawili stopy na piekielnej ziemi i rozglądali się uważnie. Nie mieli czasu ani ochoty na starcie z demonami. Sachiel proponował, aby cichaczem przemknęli się zatem do słynnego już „opuszczonego korytarza". Miejsce to, odkąd zaległy wokół niego ciała aniołów pozostawione przez Rafała po porwaniu Nahili, stało się jednak jednym z ulubionych miejsc demonów, dlatego też Nahili zaprowadziła go do zupełnie innego miejsca.
Niekończąca się, czerwona od krwi i ognia, jedna z najstarszych sal więziennych - Kazamata. Miejsce, które przez wielu zaliczane było do kategorii mitu, Nahili uznała za jedno z najdogodniejszych miejsc do ukrycia kolejnego portalu. Piekło nie było aż tak wielkie, ale i tak było w nim sporo opuszczonych i zapomnianych miejsc.
Dusze, które mimo wszystko tam trafiły znajdowały się prawdopodobnie w sytuacji niemalże równie opłakanej co dusze znajdujące się w Gaju. Docierały bowiem do nich tylko najstarsze i najokrutniejsze demony. W okresach między ich odwiedzinami dusze cierpiały równie mocno jak wtedy, gdy były katowane. Nie wiedzieć czemu zupełne opuszczenie i świszczący w starych murach wiatr napawał je grozą i doprowadzał do szaleństwa. Być może zaczynały wtedy myśleć, iż świat się skończył i nic już nie ma, a oni wciąż tkwią tu, bez nadziei.
Nahili szła przodem, a Sachiel tuż za nią, gdyż miejscami w przejściu zmieścić mogła się tylko jedna osoba. Akurat gdy się pojawili trwał okres ciszy. Cisza w tym przypadku nie oznaczała jednak tego, co zazwyczaj. Ciszą nazywano czas, w którym między celami nie przechadzały się demony, ale prawdziwa cisza nie docierała do tego miejsca nigdy. Nieprzerwanie jęki i krzyki potępionych, obłąkańcze szepty i głuche uderzenia rozbrzmiewały w powietrzu. Gdyby ktoś chciał ukazać istotę potępienia na konkretnym przykładzie, Kazamata byłaby tym najodpowiedniejszym.
Mijali cele zza krat których wyzierały w ich stronę drżące dłonie. Dusze widząc ponownie Nahili próbowały po raz kolejny zatrzymać ją, zwrócić jej uwagę. Podniosły lament i wykrzykiwały ochrypłymi głosami błagalne słowa. Aniołowie jednak musieli pozostać głusi na ich wezwania. Być może któraś z nich zasługiwała na ratunek, ale jeżeli Nahili rzuciłaby teraz wszystko, by zająć się duszami, wkrótce nie miałaby dokąd ich prowadzić.
'To tutaj.' powiedziała Nahili wskazując na plamę głębokiego cienia spowijającą, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka, wnękę w ścianie, a następnie zniknęła w jej mroku. Sachiel uczynił to samo, a sekundę po tym, jak przekroczył bramę zaświatów, Kazamatą wstrząsną ryk demona.
Obecność anioła w Czyśćcu działa na wszelkie żyjące tam stwory jak lep na muchy, z różnych względów. Jedni chcą je zabić z zazdrości, czy zemsty, inni łudzą się, iż będą w stanie zmusić anioła, aby im pomógł, wilcza wataha od pewnego czasu ze zdwojoną czujnością przyglądała się nowym gościom z oczywistych względów. Nahili doskonale wiedziała, iż normalnie starcie jest nieuniknione, a i Sachiel zdawał sobie sprawę, jakim miejscem jest Czyściec, jednak w tym przypadku anioł i hybryda nie musieli czuć się nadmiernie zagrożeni. Sachiel po prostu przeniósł oboje w pobliże miejsca, które wskazała mu Nahili.
Para wybawców stała przed skalnym wyłomem. Wyostrzone zmysły Nahili podpowiadały jej, iż coś się zbliża, dlatego nie tracąc czasu otwarła przejście przeciągając dłonią przed kamieniami. Natychmiast pomiędzy głazami coś zamigotało i rozległ się syczący, elektryczny dźwięk. Mała, wirująca plama zaczęła rosnąc i rozlewać się przyklejając się do kamieni. Wkrótce pomiędzy skalnymi blokami powstały cudowne wrota.
'Gotowe.' powiedziała Nahili bardziej do siebie niż do Sachiela mierząc przejście wzrokiem od dołu do góry.
Sachiel stał z tyłu również podziwiając wibrującą falę, otrząsnął się jednak pierwszy i stanąwszy u jej boku spojrzał na nią mówiąc 'Nahili? ... Nahili. Idziemy?'
Ona spojrzała na niego, jakby chciała powiedzieć „Powierzam swoje życie w twoje ręce. Nie zawiedź mnie". Sachiel czuł na sobie tą odpowiedzialność. Czuł też, że ma szansę odkupić swoje winy i oczyścić swoje imię, a ponadto wypełnić swoje przeznaczenie. Nahili spuściła wzrok i wtuliła się w ciało anioła. Ten objął ją delikatnie i rozłożył swe skrzydła. Gdy tylko biały symbol jego anielskości okrył Nahili oboje zniknęli w świetle.
Zgłuszony odgłos wybuchu i krótka, ale bardzo jasna eksplozja światła, które miały miejsce gdzieś na środku pustkowia Ameryki Północnej, były początkiem zupełnie nowej ery.
'Udało się!' wydusiła Nahili z ulgą w głosie. 'To kraina ludzi? Ziemia?' upewniała się jeszcze pytając Sachiela.
Sachiel rozejrzał się. Był środek nocy, wokół nic tylko trawa. Księżyc w pełni oblewał ich ciała i muskał skrzydła Nahili.
'Tak. To jest Ziemia.' potwierdził anioł 'Co teraz?'
Nahili również rozglądała się wokół. Gdzieś w oddali dostrzegała migoczące światła w oknach położonej w dole farmy. Wszystko wydawało się takie dziwne i obce. Nawet powietrze smakowało jakoś inaczej... Prawie tak samo jak to w Czyśćcu, ale nie miało w sobie tej intrygującej nutki. Zamiast tego było w nim coś odpychającego.
'Musimy znaleźć mojego ojca' powiedziała Nahili.
'Możesz zdradzić mi jak?' odparł Sachiel.
'Ty musisz go znaleźć, ja nie potrafię'
'Ja też nie. Nie wyczuwam go.'
Nahili spojrzała na niego zdumiona. 'Jak to? Przecież... On tu jest. Prawda?' zapytała drżącym głosem. To co na prawdę miała na myśli nie było w stanie przecisnąć się przez jej usta.
'Nie wiem, nie mam pojęcia.' odpowiedział szorstko Sachiel.
Stali w milczeniu. Księżyc odbijał się od oszklonych łzami oczu Nahili. Zagryzała wargi i nerwowo ściskała rękojeść miecza. Setki ogłuszających wybuchów rozbijały jej głowę. Jej serce biło jak szalone wstrząsając całym jej ciałem. A co jeżeli Castiel zginął? Anioły, które spadły tutaj razem z nim musiały być pełne żądzy zemsty, a on był przecież już i tak napiętnowany. Co jeżeli znalazły go przed nią?
Wreszcie Nahili znalazła rozwiązanie. 'Dean Winchester! On musi wiedzieć, gdzie jest mój ojciec! Castiel spędzał z nim tyle czasu, tyle dla niego poświęcił. Człowiek na pewno zaopiekował się nim, gdy spadł. ... Prawda?' mówiła Nahili.
'Możliwe. Nie jestem co prawda pewien, czy ludzie kierują się taką właśnie logiką, ale warto spróbować.' odparł anioł. Zamknął oczy i po chwili dodał 'Jest. Widzę go. Chodźmy.'
W mgnieniu oka przenieśli się pod drzwi bunkra, w którym ukrywał się Dean wraz z swym bratem, Samem.
'Dlaczego nie wszedłeś do środka?' zdziwiła się Nahili.
'Nie mogę. Coś tam w środku mnie zatrzymuje, a ja nie jestem jeszcze dość silny, aby to przezwyciężyć. Musimy zrobić to po człowieczemu.' odpowiedział.
'Czyli jak?' zapytała Nahili.
W odpowiedzi Sachiel zapukał mocno w grube drzwi.
Odgłos rozniósł się po głównym pokoju, w którym mimo bardzo późnej pory wciąż siedział Dean, surfując w Internecie i popijając alkohol. Na początku zdziwił się i odłożył szklankę myśląc, iż umysł zaczyna płatać mu figle. Gdy jednak stukot rozległ się ponownie ściągnął brwi, chwycił za broń i podszedł do wejścia. Akurat gdy przyłożył ucho do drzwi, pukanie rozległo się po raz trzeci. Wzdrygnął się przekląwszy pod nosem i ostrożnie je otworzył.
Na zewnątrz ujrzał niskiego bruneta w średnim wieku, w szarej koszuli ozdobionej czarną kamizelką z zegarkiem i w czarnych, tweedowych spodniach oraz młodą dziewczynę w rozczochranych włosach, ubraną jak postać z gry. Nie zdążył się nawet zdziwić, a Nahili już przemocą wdarła się do środka krzycząc 'Gdzie mój ojciec?'. On jednak chyba nawet tego nie słyszał, gdyż w właśnie w chwili, gdy przechodziła tuż obok niego, dostrzegł dopiero jej skrzydła, które w pierwszej chwili zniknęły na tle stojących w oddali drzew.
Dean otworzył usta i przenosił wzrok to na jednego to na drugiego nocnego gościa i starał się uporządkować swoje myśli. Wydawało mu się, że ma przywidzenia. Czy to możliwe, że o 4 nad ranem do jego drzwi zapukał 40-letni facet wyglądający jak wyrwany z innej epoki i dziecko przebrane za anioła-ninja?
'Eeehh... Co tu się dzieje do cholery?' - wydusił wreszcie.
'Gdzie mój ojciec?' powtórzyła Nahili podchodząc i wbijając w niego swe ogromne oczy.
Dean pokręcił głową i przyłożył dłonie do piersi. 'Jaki ojciec? Kto jest twoim ojcem?'
'Castiel. Szukamy go. Nie wiesz, gdzie jest?' zapytała Nahili niewinnie.
'Castiel?! Aa... Tak, wiem, um... On... Chwila, chwila. Kim wy jesteście, tak w ogóle?'
'Jestem Nahili, przewodnik dusz, a to Sachiel, anioł pański. Przybywamy z Nieba. Muszę odnaleźć mojego ojca.' - wyrzuciła jednym tchem Nahili.
'Ok, ok, spokojnie, po kolei... Castiel jest twoim ojcem?!'
'Tak. Wiem, że nigdy ci o mnie nie mówił, nie mógł, ale teraz nie ma na to czasu. Musimy się spieszyć. Wiesz gdzie on jest? Możesz mi zaufać, wiesz o tym...' odpowiedziała Nahili zniecierpliwiona pytaniami Deana.
Dean rzeczywiście poczuł, że kojarzy skądś tą dziecięcą twarz, przed oczami błysnęła mu nagle para skrzydeł bijących powietrze.
Otrząsnął się i spojrzał znów w twarz dziewczyny. Ciepłe, ale nieco dziwacznie oczy wyglądały tak bardzo znajomo. Nie wiedział dlaczego, ale czuł do niej ogromną sympatię i wdzięczność... Miał wiele pytań i wątpliwości, ale naglący ton Nahili i strach, który dostrzegał w jej oczach, a ponad wszystko setki niezwykłych doświadczeń, które miał za sobą, zdecydowały o tym, iż postanowił odłożyć rozmowy na później.
'W porządku, chodźcie.' powiedział wzdychając i zdjął z wieszaka kurtkę i kluczyki.
Przeszli do garażu. Dean stanął przy swojej Impali i otwarł drzwi. Już miał wchodzić, gdy spostrzegł, iż goście stoją z boku zbici z tropu.
'Co jest?' zapytał Dean.
'Mamy tym jechać?' zapytał Sachiel nie dowierzając.
'Co to jest?' wtrąciła Nahili mierząc pojazd niepewnym spojrzeniem.
'Pieprzone anioły.' wymamrotał Dean 'To jest samochód, taki ludzki wynalazek którym... ludzie się przenoszą z miejsca A do miejsca B i tak, jedziemy „tym", bo nie mam zamiaru bawić się w anielskie czary-mary. Pakować zadki do środka i koniec rozmowy.'
Sachiel pierwszy ruszył się z miejsca i zajął siedzenie z przodu. Nahili zaś podeszła powoli i przyglądała się Impali uważnie nie wiedząc, jak dostać się do środka. Wreszcie Dean podszedł do niej wywracając oczami i otwarł drzwiczki.
'Proszę.' rzucił machając ręką. Nahili skuliła się i na czworaka, zawadzając skrzydłami weszła do środka. Dean westchnął znów ciężko i próbował jej pomoc. Wreszcie, po krótkiej szamotaninie, Nahili siedziała na środku tylnego siedzenia z bardzo dziwną miną i dłońmi splecionymi na kolanach.
Po kilku godzinach jazdy Sachiel siedział wciąż dzielnie z kamienną twarzą, Nahili natomiast leżała na boku z otwartą buzią i wywróconymi oczami. 'Długo jeszcze?' pytała co chwilę, a gdy Dean odpowiadał, że tak wydawała z siebie odgłos charczącego wielbłąda. Droga niezwykle ją nudziła, nie rozumiała jak można tyle czasu spędzić w bezruchu i nazwać to podróżą.
Tej nocy Castiela dręczyły koszmary. Budził się co chwila zalany potem. Wreszcie usiadł na brzegu łóżka i przecierał twarz dłońmi. Nagle podskoczył. Po pomieszczeniu rozległo się pukanie i głos Deana. 'Cas? Cas, jesteś tam? Otwórz!'
Castiel wstał niechętnie. Był bardzo zmęczony i nie miał ochoty widzieć nikogo. Zrobił jeden, leniwy krok, gdy nagle odezwał się drugi głos 'Tato? Tato? To ja! Tato!'. Stanął jak rażony prądem. Czy to możliwe? Czy właśnie usłyszał słodki głos swego dziecka? Teraz, kiedy był człowiekiem, to co zazwyczaj czuł jak delikatne ukłucie, teraz rozlało się po całym jego ciele i wypłynęło na zewnątrz przez kąciki jego oczu. 'Tato!' usłyszał ponownie i otrząsnął się jak z odrętwienia. Rzucił się biegiem do drzwi i szarpnął za klamkę z całej siły.
Drzwi otwarły się gwałtownie, a po jednej i drugiej ich stronie stały równie zaskoczone osoby. Oczy Castiela zdawały się nie widzieć nic innego poza twarzą Nahili. Natychmiast podszedł do niej i przytulił ją najsilniej jak mógł, ona zaś cała drżała i wielkie łzy ciekły po jej twarzy. Zacisnęła drobne dłonie na jego plecach, on zaś całował jej głowę i gładził rozczochrane włosy szepcząc 'Nahili, moje dziecko. Ty żyjesz, o mój Boże...'
Dean stał z boku nie będąc do końca pewnym, jak zareagować. Castiel oderwał się wreszcie od Nahili i patrzył na nią z zachwytem, ona zaś uśmiechała się przez łzy gładząc jego twarz.
'Tato...' wyszeptała 'Nie miałam pojęcia co się stało, cały czas byłam w piekle. Przepraszam.'
'Nie przepraszaj mnie, to nie twoja wina.' odparł Castiel przytulając swe czoło do jej czoła. 'Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Cały czas byłem pewien, że zaklęcie cię zabiło.' powiedział. Jego głos złamał się na ostatnich słowach i przykląkł na ziemi.
Nahili przycupnęła tuż przy nim i wzięła go w ramiona. Czuła jak wiele bólu kryje się w jego wnętrzu, ile przeszedł, jak wiele kosztowało go nowe życie. 'Nie bój się.' wyszeptała z trudem. Nie wierzyła, że mówi to do Castiela.
Castiel otrząsnął się i wstał. Gestem wskazał, aby goście weszli do środka i wtedy dostrzegł Sachiela. Gniewny wyraz natychmiast odmalował się na jego twarzy. Odsunął Nahili chcąc ruszyć w stronę anioła, ale ona natychmiast złapała go krzycząc 'Tato! Zostaw go! On mi pomógł!'
'Jak to ci pomógł? Tak jak wtedy, w piekle?' wykrzykiwał 'Jakim cudem jeszcze żyjesz wszo? Powinienem był cię zabić, kiedy była ku temu okazja!'
Do akcji wkroczył Dean. 'Hej, stary! Uspokój się, wejdźmy do środka i pogadajmy.'
'On nigdzie nie idzie! Wynoś się!' krzyczał Castiel.
Sachiel stał nieruchomo. Wiedział, że tak będzie. Castiel miał wszelki powód, aby tak się zachowywać.
'Przestań!' krzyknęła Nahili potężnie i wszyscy stanęli jak wryci 'Wejdźmy do środka' wybełkotała powtarzając za Deanem.
Dean popchnął przed sobą Castiela i odruchowo złapał Nahili za rękę. Ona spojrzała na Sachiela i skinieniem głowy nakłaniała go do wejścia.
Sachiel i Dean usiedli za stołem, Castiel przysiadł na łóżku, a Nahili przyklęknęła przy jego nogach i przytuliła się do jego kolana. Castiel mierzył wzrokiem Sachiela, a ten wbijał oczy w stół. Dean przyglądał się kolejnym członkom anielskiej rodziny z grymasem na twarzy.
'Dobra, może mi ktoś wyjaśnić, co tu się dzieje? Cas? Kim oni są?' zapytał Dean.
Castiel wziął głęboki oddech, położył dłoń na ramieniu Nahili i zaczął opowiadać pokrótce ich historię. Opowiadał o tym, jak spadł razem z Lucyferem, jak znalazł ją i wychował. Patrząc gniewnie na Sachiela opowiadał o porwaniu i wyjaśnił wreszcie, dlaczego zachowywał się tak, a nie inaczej kiedy zamierzał otworzyć Czyściec. Zdecydował nie mówić o Piekle, ani o Czyśćcu, wspomnienia z którego wróciły do niego po dotknięciu anielskiej tabliczki.
'Cas... Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś?' zapytał Dean, na twarzy którego zdziwienie narastało z każdym słowem Castiela.
Castiel wzruszył ramionami. 'Nie mogłem, to tajemnica. Gdyby ludzie wiedzieli, że Nahili istnieje mogliby zacząć myśleć, że nie warto być szlachetnym za życia, bo ona tak czy inaczej mogłaby im pomóc. A to nie prawda. Życie to wbrew pozorom krótki, ale ważny etap. Kiedy umierasz nie ważne jest co posiadłeś i osiągnąłeś. Ważne jest, jak silna jest twoja dusza i jak pełne miłości twoje serce. Jeżeli jest słaba, a serce wypełnione pychą, jesteś stracony. Czasem pewne rzeczy muszą pozostać w tajemnicy, dla dobra człowieka. Wiem, że ludzie chcieliby wiedzieć wszystko, a kiedy coś przed nimi zatajamy czują się oszukiwani, ale... Musisz zrozumieć, że nigdy nie chciałem źle. Dziś widzę, że wiele rzeczy mogłem zrobić inaczej i ciężar tej świadomości zadaje mi ogromny ból.'
Ukrył twarz w dłoniach, a Nahili objęła go znów mocno i patrzyła na Deana wymownym wzrokiem.
'Stary... Ahh, rozumiem. Mówiąc szczerze, ja też czuję się teraz źle. Wiem, że byłeś wtedy aniołem i twoja łepetyna działała trochę inaczej, ale domyślam się, że byłem jak wrzód na dupie. Przepraszam. Nie mam ci za złe tego, co zrobiłeś. Na twoim miejscu zrobił bym to samo, wiesz przecież ile zupełnie szalonych rzeczy zrobiłem dla Sama... Rozumiem to.'
Castiel podniósł twarz i pokiwał głową. 'Dziękuję, Dean.' powiedział cicho i spojrzał znów na Sachiela.
Nahili postanowiła zareagować i wyjaśnić wszystko. Wzięła w ręce dłoń ojca i opowiedziała dokładnie, co wydarzyło się, kiedy wróciła do Nieba. Castiel zaczynał patrzeć na Sachiela łaskawszym wzrokiem, zaczynał rozumieć, że taki był boski plan i musi go zaakceptować. Dean za to zamyślił się głęboko. Pomimo iż widział już bardzo wiele, odkrywanie kim jest i co robi Nahili było czymś zupełnie nowym, czymś ocierającym się bardzo mocno o absolut. Miał nawet wrażenie, że rzeczywiście są to rzeczy, o których nie powinien wiedzieć. Zaczynał się bać co będzie, kiedy Nahili i Sachiel spotkają Sama. Domyślał się, że natychmiast zauważą obecność Ezekiela, niewykluczone, że Crowleya też. Jego myśli kłębiły się wokół tych dwóch, wielkich tajemnic, gdy nagle inna myśl przeszyła jego umysł.
Zerwał się z krzesła i krzyknął 'Chwila, moment! Ty wyprowadzasz dusze z Piekła? Czy to znaczy, że...? To ty mnie wtedy uratowałaś?'
Nahili pokiwała tylko głową. Dean spojrzał na nią z wdzięcznością. Nagle w jego oczach stała się kimś zupełnie innym. Zaakceptował ją jako poważnego gracza, mimo dość dziwacznego wyglądu. Duży wpływ miał na to także fakt, iż była kimś wyjątkowym dla Castiela.
'W porządku...' westchnął 'No więc, odnalazłaś Castiela, co teraz? Rozumiem, że wiesz, jak otworzyć Niebo?' zapytał.
Nahili wstała i zaczęła znów swoim formalnym tonem 'Musimy znaleźć Turkus, który zabiorę z powrotem do świątyni. Kiedy Niebo się otworzy będziemy musieli uwolnić Michała, aby mógł zabrać anioły. Potem trzeba będzie zabić Lucyfera-'
'Woah, chwila! Zabić Lucyfera i wywołać Apokalipsę, tak? Wiesz ile poświęciliśmy, żeby do tego nie dopuścić? Teraz znowu mamy się w to ładować?' zirytował się Dean.
'Nie. To ja zabiję Lucyfera.' odparła Nahili.
'Nahili!' krzyknął Castiel.
'Tato, spokojnie. Wiesz przecież, że dam sobie radę. Ja mogę to zrobić. Mogę go zabić. Zginie i to będzie koniec. Przepowiednia mówi, że brat zabije brata. Lucyfer nie jest moim bratem, prawda? On nawet mnie nie zna.' mówiła Nahili.
Castiel kręcił głową, Dean początkowo myślał, że to najlepsze rozwiązanie, ale zaraz potem pomyślał, że przecież Sam jest naczyniem Lucyfera... Ale może obecność Ezekiela uniemożliwiłaby Lucyferowi przejęcie ciała Sama? Ale kogo wtedy poświęcą? Podzielił się swoimi wątpliwościami pomijając wątek z aniołem, zaznaczył jednak wyraźnie, że nie zgodzi się, aby Sam był tym, który przyjmie Lucyfera.
Nahili nie rozumiała jego wątpliwości. Dlaczego człowiek poddawał w wątpliwość boski plan?
'Dean, tak musi być. Tak stanie się prędzej, czy później, wtedy, kiedy najmniej będziesz się tego spodziewał. Los każdego człowieka, każdego stworzenia zapisany jest na długo, zanim nawet się narodzi. Życie człowieka polega na dotarciu do określonego punktu. Punktu, który definiuje całe jego istnienie. Twój brat musi do niego dotrzeć, z każdym dniem jest coraz bliżej. Ty też, każdy z nas. Każdy z nas jest częścią planu. Nie ważne jaką wybierzesz drogę, prostą czy trudną, długą czy krótką, z każdym krokiem dążysz do tego właśnie celu, mimo iż wydaje ci się, że tak jest.'
'Ta, już kiedyś to gdzieś słyszałem...' odparł Dean.
'Musisz zrozumieć, że na duszę twego brata czeka Niebo. To niezwykła łaska, że pomimo tego, iż został przeznaczony do takiej roli jego dusza wciąż może być zbawiona. W Niebie zapomni o wszystkim co było złe, o wszystkim, co go boli. Będzie szczęśliwy i wolny. Czy tutaj może to osiągnąć? Czy możesz mu to zapewnić? Zastanów się.' przekonywała Nahili.
Dean wiedział lepiej niż ktokolwiek z zebranych, lepiej nawet niż Sam, jak przedstawia się jego sytuacja. Wiedział, że Sam już i tak był martwy. Nie mógł jednak pogodzić się z wizją, w której Sam odszedłby raz na zawsze. Rozumiał, że byłby szczęśliwszy w Niebie, ale przerażała go samotność. Po odejściu Sama nie miałby już nikogo. Usiadł ze zgorzkniałą miną i zapadła cisza.
Niespodziewanie rozbrzmiał dzwonek telefonu Deana. W słuchawce był Sam, który obudził się i zauważył, że Dean zniknął. Skłamał, że wyszedł do sklepu, dokupić piwa i zaraz wraca. Odłożył słuchawkę i pożegnał się.
'Jesteśmy w kontakcie.' rzucił do Castiela wychodząc.
'Jak to zrobimy?' zapytał Sachiel, gdy Dean wyszedł.
'Ty przeszukasz ziemię w poszukiwaniu Turkusu. Mój ojciec i ja zajmiemy się resztą.' odparła Nahili.
Sachiel kiwnął głową i zniknął. Nahili i Castiel zostali sami.
'Dlaczego go okłamałaś?' zapytał Castiel.
Nahili wzruszyła ramionami 'Inaczej byłoby tak, jak wtedy.' odpowiedziała.
'Wiesz, że to koniec?' zapytał sucho Castiel.
'Tak, wiem. Mam nadzieję, że tym razem nie zrobisz nagle nic szalonego?' odparła Nahili.
Castiel westchnął i pokręcił głową.
'Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Musi być.' pocieszała go Nahili.
Długo rozmawiali opracowując najlepszy plan. Tak czy inaczej koniec musi nadejść i nic na to nie poradzą. Mogą go odwlekać i robić wiele szalonych rzeczy, ale czy warto? Czy nie lepiej po prostu zaakceptować plan takim, jaki jest? Zwłaszcza, że tych dwoje wie najlepiej, że wypełnienie się jego założeń jest nieuniknione.
W drodze powrotnej Dean analizował raz jeszcze wszystkie za i przeciw. Musiał przyznać, że jest zmęczony, że nie ma siły dłużej walczyć, że życie smakuje jak gorzki cukierek. Widoczne cierpienie Sama i konieczność ciągłego okłamywania go ciążyły mu najbardziej.
Gdy dotarł do domu decyzja zapadła. Był wreszcie gotów do spełnienia swego przeznaczenia. Był wreszcie gotów nawet na przyjęcie Michała. Stał nad przepaścią i nie mógł dużej tego ukrywać za kolejną butelką, za kolejną kobietą. Nadszedł czas, aby zmierzyć się z rzeczywistością.
Wszedł do kuchni i usiadł za stołem. Oparł się o siedzenie i zapatrzył się przed siebie. Po chwili do środka wszedł zaspany Sam. Klepnął brata po plecach i wymamrotał 'Hej!'
'H-hej!' odpowiedział Dean. Zmierzył brata wzrokiem i przeszył go tak silny ból, że musiał przymknąć oczy i wziąć głębszy oddech.
'Wszystko w porządku?' zapytał Sam z uśmiechem.
'Pewnie, trochę za długo przysiadłem przed komputerem.' odpowiedział Dean.
'A gdzie to piwo?' dodał Sam zaglądając do lodówki.
'Co? Jakie...? A, um, chyba zostawiłem w samochodzie.' odpowiedział i wyszedł.
Sam spojrzał za nim strapionym wzrokiem. Widział wyraźnie, że coś jest nie tak. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś, o czym nie ma pojęcia. Dean wydawał się inny, obcy.
Sachiel korzystając z mocy, którą pomimo odcięcia on Nieba dawała mu popijana co jakiś czas woda, którą Nahili zaczerpnęła u samego źródła, odnalazł Turkus leżący wśród setek innych kamieni, wyglądając wśród nich jak kolejna tania podróbka, na bazarze w zadymionej, indyjskiej metropolii. Z powodu oddalenia od źródła stał się poczerniały i pojawiły się na nim rysy, dlatego nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Sachiel natomiast czuł wyraźnie jego tętno. Nigdy go nie widział, ale był pewny, że to właśnie cel jego poszukiwań.
Wziął kamień do ręki, podał sklepikarzowi kilka złotych monet i nie zwracając uwagi na jego ukłony rozpłynął się w powietrzu. Ostatkiem sił dotarł pod mieszkanie Castiela, musiał wylądować tuż pod drzwiami, nie dał już rady ich przekroczyć. Zapukał i opadł na kolana. Nie zdążył nawet odzyskać do końca odzyskać sił po wyjściu z więzienia, a już zdołał przeprowadzić przez portal humanoida i przeczesać ziemię w poszukiwaniu Turkusu.
Gdy drzwi się otwarły jego powieki powoli zaczęły się zamykać, a naczynie, które przyjął pękać.
'Castielu... Wy-wybacz mi.' wyszeptał ostatkiem sił i skonał na oczach przerażonego „ex-anioła".
'Sachiel...? Sachiel! Obudź się, Sachiel!' krzyczał Castiel potrząsając nim z całej siły. Tuż za jego plecami stała z kamienną twarzą Nahili. Castiel odwrócił się i patrzył na nią niemo.
'Zabierz go do środka.' powiedziała spokojnie biorąc w dłoń Turkus i kładąc rękę na ramieniu ojca.
Castiel zmieszał się nieco, ale zrobił to, o co poprosiła go córka. Gdy ciało Sachiela leżało już na wznak na podłodze Nahili uklękła przy nim i położyła Turkus na jego piersi. W tej samej chwili Sachiel zmienił się w proch.
'Co się dzieje?' wydusił Castiel.
'Prochem jesteś i w proch się obrócisz.' odparła Nahili zbierając pył i wrzucając go do tego samego woreczka, do którego wcześniej wsypała proch Metatrona. Gdy skończyła wstała i oświadczyła 'Proch anioła, który upadł, proch anioła, który powstał i dusza demona. Teraz tylko one mogą otworzyć ponownie wrota do więzienia Lucyfera. Tak musiało się stać. Anioł, który zabrał mnie na ziemię musiał umrzeć, od początku to wiedziałam.'
Castiel pokiwał głową ze zrozumieniem, wciąż jednak czuł w środku coś dziwnego. 'Co teraz?' zapytał wreszcie.
'Wracamy do domu.' odpowiedziała Nahili krótko.
Pod osłoną nocy dotarli na miejsce, w którym Nahili wylądowała wraz z Sachielem. Dziewczyna położyła Turkus na ziemi i skropiła go ostatnią kroplą świętej wody, która uchowała się na dnie bukłaka, który podarowała aniołowi. Woda zasyczała i z Turkusu wybiło silne, pionowe światło. Nahili podniosła Turkus i podała dłoń Castielowi. Ten podjął ją i oboje wznieśli się w górę.
Na opustoszałym, niebiańskim dziedzińcu nagle zaczęło drżeć podłoże. Z każdą sekundą dudnienie było coraz silniejsze, aż wreszcie przerodziło się w ogromny huk, a kamienie zakrywające Ziemię zaczęły się kruszyć i rozsypywać. Potężny promień turkusowego światła przebił litą skałę i utworzył otwór na tyle duży, iż Nahili i Castiel zdołali przejść przezeń i tym samym znaleźli się z powrotem w Niebie.
'Udało się.' odetchnęła z ulgą Nahili.
Castiel stał tylko i kiwał głową. Zaciskał usta i zasłaniał twarz dłonią. Nie mógł uwierzyć, że znów był w Niebie. Na chwilę, przed ostatecznym rozstrzygnięciem czerpał ostatnie chwile radości.
Nahili położyła Turkus na chwilę na ziemi i wyjęła maleńką buteleczkę, którą ukrywała cały czas na swej piersi.
'Jesteś gotowy?' zapytała.
'Jestem.' odpowiedział Castiel.
Wtedy Nahili rzuciła flakon tuż pod jego stopy i ogarnęła go świetlista fala. Po kilku intensywnych chwilach znów był sobą, jedynym w swoim rodzaju aniołem. Aniołem, który był o krok od wypełnienia swego przeznaczenia.
Nahili uśmiechnęła się delikatnie widząc swego ojca znów w pełni sił.
'Do dzieła.' oświadczyła i biorąc Turkus w dłonie ruszyła w stronę drzwi Świątyni. Castiel rozwinął swe skrzydła i ruszył za nią. Ten pierwszy i ostatni raz mógł wejść do Domu Ojca.
Szli korytarzem trzymając się za ręce. Nic nie mówili, bo nie było już nic więcej, co którekolwiek z nich mogłoby powiedzieć. Przekroczyli atłasowe kotary i weszli do jaskini.
Nahili umiejscowiła kamień tuż nad wybijającą z ziemi wodą i odsunęła się szybko. Turkus przez chwilę lewitował odwrócony nieco na bok, ale już wkrótce wyprostował się i zaczął powoli wirować. W miarę jak poruszał się coraz szybciej pokrywający go brud odrywał się, a pęknięcia znikały.
Nagle silne, białe światło wypełniło całą salę. Gdy zniknęło wszystko wyglądało znów dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy Nahili była tu po raz pierwszy. Woda spokojnie szumiała, Turkus powoli obracał się roztaczając wokół delikatną poświatę.
Nahili spojrzała na Castiela. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i oboje skinęli głowami. Wyszli znów na korytarz. Zgodnie z ustalonym wcześniej planem Castiel miał przeszukać pokoje po prawej stronie, a Nahili po lewej.
Za każdymi, wspaniałymi drzwiami, które w nieskończoność pięły się w górę, krył się kolejny, sekretny pokój. W każdym pokoju spod sufitu zwisały na złotych pajęczynach błyszczące, szafirowe perły. Każda z nich była istotą. Każda była bytem, który stworzyła boska wola. Miliardy miliardów pereł, ukrytych bezpiecznie istnień wszelkiego stworzenia, które kiedykolwiek stąpało po Ziemi lub w Niebie. Ludzie i aniołowie. Wszyscy ci, którzy żyli, żyją i mają żyć, w tym jednym miejscu. Za jednym zamachem można by ożywić narody całego świata, wszystkich aniołów. Jednym ruchem można by obrócić wszelkie istnienie w proch i pył.
Teraz ci, którym pisane było zapisać ostatnią kartę przechadzali się miedzy ich niezliczonością, aby odnaleźć tą jedną, jedyną. Perłę Castiela.
Anioł otworzył pierwsze drzwi i setki szeptów wyfrunęły nagle ze środka. Szedł spokojnie rozglądając się na boki. Już prawie przeszedł cały pokój, gdy nagle coś wryło go w ziemię. Okazało się, że perła symbolizująca jego życie wisiała tuż przed jego oczami. Zerwał ją i ścisnął w dłoni przymykając oczy.
Stał tak chwilę, po czym odetchnął głęboko i z kamienną twarzą wyszedł zamykając za sobą bardzo delikatnie drogocenne drzwi.
'Nahili!' zawołał. Ona usłyszawszy jego głos sfrunęła w dół, wynurzając się nagle z ciemności.
Castiel otworzył dłoń i prawie natychmiast ją zamknął. Odwrócił się i wyszedł. Nahili rzuciła jedno spojrzenie na perłę i jej serce ścisnęło się tak mocno, iż głos uwiązł jej w gardle i opadła na kolana.
Castiel spoglądał za ziemię. Gdy tylko Turkus rozlał światło, skała oddzielająca Niebo od Ziemi pokruszyła się i rozpadła w drobny mak. Po chwili Świątynię opuściła także Nahili. Rozglądała się wokół jak człowiek, który nie dba już o nic, który porzucił wszelką nadzieję.
Podeszła do Castiela i przytuliła go z całej siły, po raz ostatni. Ten objął ją swymi skrzydłami i zszedł na ziemię.
'Dean? Tutaj Ste-, tutaj Castiel. 18 września, tuż przed trzecią po południu, zobaczymy się na polu bitwy, tam gdzie kiedyś uwięziliśmy Lucyfera. Zabierz Sama i nie bój się. Nic mu się nie stanie, zadbałem o to.'
Wiadomość nagrana przez Castiela na komórkę Deana wybrzmiewała w umyśle łowcy raz po raz na nowo. Z miną, która wyrażała trwogę i pewność słuszności podjętej decyzji jednocześnie prowadził Impalę na pamiętny cmentarz. Sam siedział obok niego. Wyglądał jak gdyby coś wyrwało z niego życie. Jego twarz wyrażała głęboką apatię.
Na dzień przed wyznaczonym przez Castiela spotkaniem Dean wyznał bratu całą prawdę. Sam wreszcie wszystko zrozumiał. W wyjaśnieniach Deana odnalazł odpowiedzi na wszelkie dręczące go pytania. Poznał także historię Nahili i jej plan. Wysłuchał powodów, które zdecydowały o wyborach Deana. Był gotów.
Bracia właśnie przekraczali bramę cmentarza, gdy nagle szeroki, bardzo jasny, ale nie oślepiający słup światła połączył Niebo i Ziemię.
Wyszli z samochodu w momencie, gdy światło zaczynało rozpraszać się i zobaczyli dwie uskrzydlone postaci.
Zbliżyli się do siebie. Dean otwarł usta, ale słowa nie były w stanie przejść przez jego gardło. Castiel zobaczył, jak wielki oboje czują ból, dlatego dotknął ich twarzy i powiedział 'Nie bójcie się. Nikt z Was nie będzie cierpiał. Ani dziś, ani jutro, ani już nigdy więcej. Dean, powiedziałem ci przecież, że twój brat jest bezpieczny.'
'Jak to możliwe? Chcecie otworzyć wrota, wypuścić ich obu, a my jesteśmy tymi, którzy mieli powiedzieć im „Tak". Więc jak, do diabła, mój brat jest bezpieczny? Jakim cudem, co?' mówił Dean przez zaciśnięte zęby.
'To wszystko kończy się tu i teraz. Castiel i ja jesteśmy gotowi. Ty, Dean i ty, Samie...' zmrużyła oczy i odwróciła wzrok z poirytowaniem 'Ezekielu! Nie ukrywaj się przede mną, demonie!'
'Nie nazywaj mnie demonem, pokrako.' odezwał się Ezekiel 'Myślisz, że dasz radę memu panu?!'
'Opuść to ciało!' krzyknęła Nahili, gdy ten jeszcze wypowiadał swe groźby i jednym ruchem ręki wyrwała Ezekiela z wnętrza Sama. Nahili rozłożyła dłoń nad przyczernionym światłem Ezekiela i szybkim obrotem zamieniła go w szklaną kulę, którą rozdeptała gdy ta upadła na ziemię.
'Co ty robisz do cholery?! Sam! Sammy!' krzyczał Dean potrząsając bratem i odpychając ją z całej siły.
Wtedy Castiel zaszedł go z tyłu i przykładając palce do jego czoła uśpił go na kilka chwil. Dean ocknął się prawie natychmiast, ale Nahili i tak miała wystarczająco dużo czasu, aby wtłoczyć perłę Sama do jego ciała.
Ten wzdrygnął się potężnie i otwierając szeroko usta wciągał boleśnie powietrze.
'Sam! Sam!' wołał ogłuszony Dean.
Sam siedział na ziemi i gorączkowo dotykał swych piersi i twarzy. Znów był sobą, był zdrowy i silny.
'Dean!' zdołał wydusić i zniknął w objęciach brata.
Dean wbił otwarte szeroko oczy w stojącą nad nim Nahili. Chciał coś powiedzieć, ale Nahili zamknęła mu usta kręcąc głową.
'Ezekiel, anioł, któremu zaufałeś, był zdrajcą. Jego misją było przechować ciało Sama tak długo, aż udałoby się uwolnić Lucyfera. Po prostu zamieniliby się miejscami, Sam i tak nie żył, wiesz o tym, nie potrzebowałby nawet jego zgody.' wyjaśniła Nahili.
'Więc co teraz?' pytał nerwowo Dean.
'Ty, Dean i ty, Samie zostaniecie ocaleni. Śmierć już więcej nie dotknie waszych ciał, ponieważ byliście gotowi poświęcić się dla świata. Bądźcie cierpliwi, już wkrótce wszystko się zakończy.' mówiła ciepło Nahili. Ona również pogładziła braci po twarzach, a następnie odeszła z Castielem.
Anioł i istota, którą stworzył kołowali na cmentarnej ziemi rozsypując prochy Metatrona i Sachiela w wielki krąg. Gdy skończyli Castiel stanął w środku, a Nahili na zewnątrz czarnego pierścienia. Dziewczyna podniosła w górę przechowywaną od dawna duszę Crowleya i spoglądając na Castiela oczami pełnymi łez rzuciła ją w proch.
Natychmiast w górę wybił wysoki, oślepiający płomień. Ziemia pod Castielem zapadła się z hukiem potężnego gromu i wpadł do środka. Po chwili na powierzchnię wynurzyło się zdewastowane ciało Adama Miligana. Chłopak zginął w męczarniach podczas pobytu w więzieniu z dwoma potężnymi braćmi. Po otwarciu wrót jego dusza mogła wreszcie wzlecieć do Nieba. Michał jednak użył jego ciała wynurzając się na powierzchnię.
'Michale! Michale!' próbowała przekrzyczeć ogień Nahili 'Zbierz swych braci i każ dąć w rogi!'
Po usłyszeniu tych słów, które były jak najsilniejsze zaklęcie, zadziorny wyraz jego twarzy przybrał nagle wygląd poważny i uroczysty.
'Jestem gotowy, Panie!' odpowiedział.
Wtedy Nahili przerzuciła przez ogień swój miecz, a Michał podniósł go i przeciął płomienie na chwilę, która pozwoliła mu wyjść bezpiecznie z ich uścisku.
'To dziś.' usłyszał Michał patrząc w turkusowe oczy.
Kiwnął głową i zniknął. Tak jak wtedy, gdy upadł Lucyfer, tak i teraz przemierzył całą ziemię i zebrał wszystkie upadłe anioły. Zgromadził je na Dziedzińcu i rozkazał dąć w rogi.
Przejmujący ryk rogów wypełnił całe Niebo i całą Ziemię. Sam i Dean, których powalił na ziemię podmuch niesiony przez ich dźwięk klęczeli osłaniając siebie nawzajem przez potężnym wiatrem, który zerwał się nagle.
Wtem w środku płomieni pojawił się Castiel. A przynajmniej tak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości Castiela już nie było. Wpadając do środka rzucił swą perłę w światłość Lucyfera, tym samym zamykając go w swym naczyniu, poświęcając dla tego celu swe życie. Tak oto spełniły się słowa mówiące, iż przeznaczeniem Castiela jest pokochać człowieka i oddać za niego życie. Castiel pokochał braci i zginął, aby ratować ich obu.
Lucyfer, uwięziony w ciele Jimmiego Novaka, unosił się wśród płomieni pełen gniewu. Po pierwsze rozjuszył go fakt, iż został uwięziony w naczyniu, które nie było mu przeznaczone, po drugie nie potrafił zrozumieć, co się dzieje.
'Czego chcesz, pchło?' grzmiał dostrzegając Nahili. Nigdy jej nie spotkał, ani o niej nie słyszał. Nie miał pojęcia, że dokładnie w dniu, w którym rozpoczął rozprzestrzenianie zguby dla ludzkości, powstał wielki mściciel, który niweczył jego plany.
Nagle rogi ucichły, a wiatr jednym podmuchem zwiał płomień. Nahili zamknęła oczy, jej plecy przeszył potworny, tępy ból. Blizna, która przebiegała między jej skrzydłami otwarła się. Niemal nieprzytomnie sięgnęła do tyłu i stękając wyjęła z własnego ciała długi, prosty, drewniany miecz, skąpany w jej krwi. Miecz ten wyrzeźbiony był z niczego innego, jak z Drzewa, które przyniosło zbawienie dla Świata.
'W imię Boga, Stwórcy wszelkiego stworzenia, skazuję cię na śmierć za zdradę ludzkości' wyszeptała z patosem i ostatkiem sił wzbiła się w powietrze odcinając w locie, jednym ruchem głowę Szatana.
Niezwykłe światło spowiło całą ziemię. W jego blasku zniknęli wszyscy ludzie, wszystkie zwierzęta, wszystko, co kiedykolwiek zbudowano i stworzono ludzką ręką, wszystkie rośliny, cała woda. Nie zostało nic, prócz hulającego po pustkowiu wiatru i martwego ciała skrzydlatej kobiety leżącego z otwartymi oczami.
'Co się stało?' wydusił Sam patrząc w dół na opustoszały Świat. Michał w ostatniej chwili zabrał jego i Deana do Nieba.
'Nadszedł koniec. Koniec, którego nikt i nic nie mogło powstrzymać. Koło się zamknęło.' powiedział Michał 'Bóg stwarza Świat każdego dnia na nowo. Każdego dnia na nowo stwarza każdego człowieka, każdy skrawek ziemi, każde zwierzę i każdą roślinę. Każdy kolejny dzień jest darem i niezwykłym cudem. Koniec świata to nie początek zagłady. Koniec świata to koniec stwarzania. Wraz ze śmiercią Lucyfera, Bóg przestał stwarzać Świat.' wyjaśnił archanioł.
'Co teraz?' zapytał Dean, który zrozumiał, że Nahili okłamała go, ale teraz nie było już nawet sensu się nad tym zastanawiać.
Michał uśmiechnął się tylko i zmienił się w delikatną mgłę, która rozpłynęła się lekko w powietrzu. Wszystkie dusze, wszyscy aniołowie, a potem także i Sam i Dean, bez żadnego cierpienia, bez cienia bólu zmienili się w białą parę.
Zwłoki Nahili owiewał wciąż wiatr. Gdy zapadło się piekło, już tylko ona pozostała we Wszechświecie. Nagle jej ciało drgnęło. Nie był to jednak ruch spowodowany przez jej członki. To ziemia pod nią pękła i powoli zaczęła się zapadać. Szpara robiła się coraz większa i większa, aż wreszcie szczątki Nahili wpadły bezładnie do środka i cały świat zaczął się zapadać.
PROLOG
Potężne trąbienie ogromnego mamuta, było pierwszym dźwiękiem, który przeszył świadomość kobiety, która z trudem otwierała swe kasztanowe oczy. Podźwignęła się opierając ręce o ziemię i oparła zbolałe plecy o stojącą za nią skałę. Obrzuciła spojrzeniem krajobraz od prawa do lewa, gdy nagle podszedł do niej mężczyzna o chabrowych oczach. Przykucnął tuż przy niej i oglądał ją podnosząc w górę jej rękę, stukając w kolano.
'Ewa.' wybełkotał przykładając dłoń do jej serca.
'Kain!' zawołał Adam. Natychmiast u jego boku znalazł się kilkuletni, śliczny chłopiec o szmaragdowych oczach 'Chodź, zobacz brata swego.'
Adam i jego syn zbliżyli się do Ewy, która ściskała na piersi niemowlę. Kain podszedł do matki i przyglądał się maleństwu. Adam usiadł przy swej żonie i spojrzał na nią z miłością.
'Jak zechcesz go nazwać, Adamie?' zapytała Ewa.
'Abel.' odparł kładąc dłoń na sercu dziecka.
