Sherlock bardzo szybko doszedł do wniosku, że Robert Watson w niczym nie przypomina Sigera Holmesa. Ten średniego wzrostu mężczyzna o przyjaznych, zielonych oczach i nieco przerzedzających się jasnobrązowych włosach był oddanym mężem i ojcem, czego zdecydowanie nie można było powiedzieć o Holmesie, dla którego to praca zawsze stała na pierwszym miejscu. Chłopiec po raz pierwszy w życiu poznał kogoś, kto zasługiwał na miano ojca. Jego sympatia do pana Watsona wzrosła jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe, pewnego leniwego, sobotniego popołudnia.

Pogoda znowu stała się kapryśna i deszcz potrafił padać przez całe dnie, dlatego chłopcy zmuszeni byli do szukania rozrywek wewnątrz czterech ścian. Tego dnia postanowili spędzić popołudnie przy konsoli do gier, którą John dostał na Gwiazdkę od rodziców. Chociaż gry zajęły im większą część popołudnia, nie mogli powstrzymać się od narzekania na deszcz, który uniemożliwił im przebywanie na dworze.

- Wiecie, chłopcy, mam chyba pomysł, jak rozwiązać wasz problem – powiedział Robert, który od dłuższego czasu w ciszy przysłuchiwał się utyskiwaniom swojego syna i jego przyjaciela.

- O, cześć, tato! Jaki masz pomysł?

- Co myślicie o domku na drzewie? – Odpowiedziało mu spojrzenie dwóch par rozjaśnionych i zafascynowanych oczu.


W ciągu następnych kilku dni powstały plany domku, który miał zostać zbudowany na tym samym drzewie w ogrodzie babci Sherlocka, na którym wisiała huśtawka Johna. Robert ostrzegł chłopców, że budowa może zająć trochę czasu, bowiem mężczyzna postanowił zająć się wszystkim sam.

- Dlaczego? – zapytał John.

- Bo to coś, co ojcowie robią dla swoich dzieci – odpowiedział Robert. Jedenastolatkom ta odpowiedź w zupełności wystarczyła.

Babcia Sherlocka upierała się, że to ona pokryje koszty wszystkich materiałów, skoro tata Johna podjął się samej budowy, ale Robert Watson zdecydowanie odrzucał tę propozycję. W końcu dorośli zdecydowali się na kompromis i podzielili się wydatkiem po połowie.

Starsze rodzeństwo chłopców nie podchodziło do pomysłu domku na drzewie ze szczególnym entuzjazmem. Mycroft wciąż powtarzał babci, że przyjaźń Sherlocka i Johna nie doprowadzi do niczego dobrego.

- Nie powinien się do niego przywiązywać, później trudno będzie mu wyjechać do Eton, zobaczysz – mówił, kiedy jego młodszego brata nie było w pobliżu. Cecile słysząc to, uśmiechała się jedynie.

Harry natomiast uważała, że cały ten pomysł jest głupi, dziecinny i całkowicie bez sensu i ona nigdy, przenigdy nie postawi nogi w „czymś takim". John nie przywiązywał wagi do jej słów, ponieważ domek miał być miejscem jego i Sherlocka i zdanie Harry w tym temacie w ogóle się nie liczyło.

Kiedy materiały zostały zakupione, Robert wziął się do budowania. Chłopcy, porzuciwszy chwilowo zabawę w piatów, ochoczo przyłączyli się do niego jako mali pomocnicy. Najczęściej ich zadania ograniczały się do przynoszenia narzędzi i obserwowania pracy pana Watsona. Snuli przy tym plany dotyczące ich nowego, ulubionego miejsca. Rozmawiali o tym, co będą tam chować przed wścibskim rodzeństwem, które rysunki (a może mapy zaginionych skarbów?) powiesić na ścianach. Zastanawiali się, czy będą mogli spędzić tam noc i czy najlepiej zrobić to w czasie pełni księżyca czy też nie (John, oprócz przyjętej od Sherlocka fascynacji piratami, uwielbiał również historie o wilkołakach).

W końcu po kilku tygodniach prace zakończyły się. Domek opierał na pniu drzewa oraz siedmiu dodatkowych wspornikach. Zbudowany został z jasnych desek, miał szerokość dwóch metrów i długość czterech, pochyły dach i okno w każdej ze ścian. Do drzwi prowadziła drabina. Wewnątrz, na jednej ze ścian, Robert powiesił dwie półki wykonane z drewna, którego nie wykorzystał do budowy.

Mama Johna, zgodnie ze złożoną wcześniej obietnicą, z grubego, jasnoniebieskiego materiału uszyła zasłony do okien.

Chłopcy byli zachwyceni efektem końcowym i przekrzykując się nawzajem, z radością dziękowali Robertowi. Sherlock, upewniając się, że nikt, oprócz pana Watsona, go nie usłyszy powiedział:

- Czasami chciałbym, żeby był pan moim tatą.

Mężczyzna nic nie odpowiedział na te słowa, tylko przytulił go mocno.


Resztę popołudnia John i Sherlock spędzili na przenoszeniu najważniejszych rzeczy do swojego nowego królestwa. Wśród nich znalazły się pirackie miecze, metalowa puszka ze skarbem (ulubionymi ciastkami), koce, kilka poduszek, blok rysunkowy, pudełko kredek oraz kupione kilka dni wcześniej lornetki.

Po prawej stronie wejścia do domku powieszona została drewniana tabliczka, na której czerwoną farbą umieszczony został nieco krzywy napis oznajmujący, że „Mycroftom oraz dziewczynom wstęp wzbroniony".

Według chłopców nie było lepszego miejsca niż ich własny zamek pośród chmur.


Johnowi i Sherlockowi udało się uzyskać zgodę na spędzenie jednej nocy w domku na drzewie. Dlatego też pojawiły się tam kolejne rzeczy: śpiwory, więcej koców, latarki, kilka książek i komiksów, miś Paddington, pluszowa pszczoła oraz kosz piknikowy po brzegi wypełniony jedzeniem.

Wieczór spędzili na leniwym czytaniu, podjadaniu oraz rozmowach o zbliżającej się wielkimi krokami szkole. Sherlock pierwszego września miał dołączyć do klasy Johna w jednej ze szkół podstawowych w Kingston. Początkowo babcia wybrała dla niego inną placówkę, jednak po niedługim przekonywaniu oraz szklących się w oczach łzach, zmieniła zdanie i przeniosła Sherlocka do szkoły, w której uczył się John.

- Zobaczysz, spodoba ci się! Jest boisko i plac zabaw z huśtawkami. Nie tak fajnymi jak ta nasza, ale jest ich więcej niż jedna, więc to dobrze, prawda? Będziemy mogli się huśtać razem, a nie na zmianę jak do tej pory. I będziemy siedzieć obok siebie na lekcjach i na lunchu też. I zawsze wszystko będziemy robić razem. Sprawdzimy, czy w bibliotece są jakieś książki o piratach i wilkołakach, jakich do tej pory nie czytaliśmy. Nauczycielki są bardzo miłe i często chodzimy na różne wycieczki. Mówię ci, Sherlock, będzie świetnie! – mówił rozemocjonowany John, a Sherlock słuchał go niemal z nabożną uwagą.

- A inne dzieci? – zapytał nieco nieśmiało.

- Zależy. Ci ze starszych klas potrafią być denerwujący, kiedy zajmują najlepsze miejsca na stołówce, ale osoby z naszej klasy są naprawdę fajne, polubisz ich! Jest Frank i Bill, i Henry. Może też będą chcieli bawić się w piratów! Pomyśl, jak fajnie by było, mieć całą załogę! Może nawet zebrałoby się kilka osób do wrogiego okrętu. Są też dziewczyny oczywiście, w twojej poprzedniej szkole ich nie było, prawda? – Sherlock pokręcił przecząco głową – Fajnie miałeś. Czasami dziewczyny są takie głupie.

Tej nocy do snu ukołysał Sherlocka cichy głos Johna, który opowiadał mu o tych wszystkich czekających na nich przygodach.


Ostatnie dni wakacji mijały, jak zawsze zdaniem dzieci, zdecydowanie zbyt szybko. Sherlock, mimo zapewnień Johna, że wszystko będzie w porządku, denerwował się. Nie do końca był przekonany, że inne dzieci w szkole polubią go tak, jak zrobił to John. Dodatkowo bardzo nie podobała mu się wizja dzielenia się swoim jedynym przyjacielem z resztą klasy. Bał się, że kiedy John ponownie spotka swoich starych przyjaciół, zostawi go i Sherlock znowu będzie sam. Sama myśl o tym była przerażająca.

Wieczorem przed pierwszym dniem szkoły Sherlock wyjął swoje skrzypce z futerału i zaczął grać Czajkowskiego - było to coś, czego nie robił, odkąd zaprzyjaźnił się z Johnem.