Na początku kilka słów wyjaśnienia. Na pewno zauważyliście zmianę w opisie opowiadania z jedenastu lat na dziesięć. Wynika to z mojego niedopatrzenia przy pisaniu poprzedniego rozdziału - w wieku jedenastu lat chłopcy zaczęliby naukę w nowej szkole, a więc to, o czym opowiadał John nie mogłoby mieć miejsca. Dlatego zmieniłam im wiek na dziesięć lat, aby mogli na tej jeden ostatni rok pozostać jeszcze w podstawówce. Za pomyłkę i zamieszanie, bardzo przepraszam. Tak, to już ostatni rozdział Zamku. Przed nami jeszcze tylko epilog, który pojawi się najprawdopodobniej w niedzielę. Nie martwcie się jednak, bo jak już kiedyś wspominałam - to jeszcze nie koniec. Dalsze przygody Sherlocka i Johna zostaną opisane w kolejnych częściach, następna z nich - "Papierowe liście" - powinna pojawić się pod koniec kwietnia/na początku maja.
Szkoła znajdowała się niedaleko centrum i pełnego zieleni parku. Był to parterowy budynek z ciemnoniebieskim dachem i ścianami pomalowanymi na pastelowo żółty kolor. Do drzwi wejściowych przyklejone były plakaty informujące o zajęciach dodatkowych i spotkaniach dla młodych mam. W porównaniu ze starą szkołą Sherlocka i jej gotycką architekturą, podstawówka imienia świętego Tomasza wyglądała wręcz… przytulnie. A już na pewno bardziej zachęcająco.
Sherlock, chociaż starał się tego nie okazywać, był zdenerwowany. Za chwilę przecież będą ważyły się losy jego przyjaźni z Johnem. Wokół słychać było radosny świergot innych dzieci, które śmiały się, przekrzykiwały i witały z przyjaciółmi. Chłopiec wiedział, że do nich nie pasuje, że znienawidzą go, gdy tylko otworzy usta i wypowie pierwsze zdanie. Już przez to przechodził, wiedział, czego może się spodziewać.
W końcu w tłumie jednakowo ubranych w czarne spodnie, białe koszule i jasnoniebieskie swetry uczniów, Sherlock dostrzegł Johna. Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, chłopiec uśmiechnął się szeroko i pomachał na przywitanie dłonią. Tuż za Johnem szedł jego jak zawsze pogodny ojciec.
- Sherlock, cześć! Dzień dobry, pani Connelly! Przepraszam, że tak długo czekałeś, ale musieliśmy odwieźć mamę i Harry i po drodze były takie okropne korki! – zaczął tłumaczyć John, kiedy tylko stanął tuż przy Sherlocku.
- Nic się nie stało, John, naprawdę. Dzień dobry, panie Watson – odpowiedział Sherlock.
- Dzień dobry, Sherlocku. Cecile – przywitał się Robert. - Jak nastrój przed pierwszym dniem w nowej szkole?
- W porządku. W końcu to tylko szkoła, prawda?
- Będzie świetnie, zobaczysz! A teraz chodź, przedstawię cię innym, zanim zaczną się lekcje – powiedział John i chwyciwszy Sherlocka za rękę zaczął prowadzić go w kierunku grupki roześmianych dzieci.
W ciągu następnych dziesięciu minut Sherlock zdążył wydedukować, że Tom na śniadanie zjadł kanapki z pastą jajeczną, Henry zapomniał piórnika, Bill poplamił swój sweter atramentem, bo chciał zrobić psikusa starszemu bratu, a Daniel przed wyjściem z domu bawił się ze swoim psem. Chłopcy, ku jego wielkiemu zdziwieniu, wysłuchali wszystkiego z zaciekawieniem, a nawet rosnącym podziwem.
- Widzicie, Sherlock to prawdziwy geniusz. Ale to jeszcze nic! Wiecie, co jest najlepsze? On naprawdę wie wszystko o piratach! – powiedział John i spojrzał na swojego przyjaciela z dumą.
- Piraci? A kogo interesują piraci? Każdy wie, że rycerze Jedi są najlepsi! – prychnął Bill. Serce Sherlocka zamarło. Oto moment, którego tak się obawiał. John właśnie zrozumie, że zabawy w piratów są głupie i dziecinne, i będzie wolał zostać rycerzem Jedi, kimkolwiek by nie byli.
- Ale ty głupoty opowiadasz, Bill. Piraci są najlepsi na świecie. I wilkołaki. Ale Sherlock woli być piratem, prawda? – odpowiedział John.
- Piraci nie mają żadnych super mocy, a ich miecze są metalowe i nie świecą.
- Po co komu świecący miecz, kiedy za kapitana ma się kogoś takiego jak Sherlock! Poza tym…
- John, wystarczy, naprawdę – przerwał mu Sherlock.
- Ale…
- John.
- W porządku. Więc… Jak wam minęły wakacje?
Dalsza część rozmowy dotyczyła już tylko rodzinnych wyjazdów, zwiedzonych miejsc i narzekań na pogodę. Sherlock odetchnął z ulgą. Po tym, jak John bronił piratów, jednej z najbardziej ulubionych rzeczy Sherlocka, więc tak naprawdę po części bronił i jego, chłopiec przestał martwić się o ich przyjaźń. Przynajmniej na jakiś czas.
Nie można było powiedzieć, aby Sherlock w nowej szkole stał się ulubieńcem tłumów, zawsze otoczonym wianuszkiem oddanych mu przyjaciół. Najczęściej spędzał czas z Johnem, zdarzało mu się jednak, że przyłączał się do jakiejś grupowej zabawy, ale tylko na prośbę przyjaciela. Kiedy początkowa fascynacja jego dedukcjami przeminęła, inne dzieci stawały się niekiedy poirytowane tym, że Sherlock zawsze wszystko wiedział. Jednak mimo to rówieśnicy zaakceptowali go i przyjęli do swojej grupy. Ani razu nie został nazwany świrem. Poza tym miał przy swoim boku Johna, zawsze gotowego do tego, by go obronić.
Kiedy przyszedł czas na wybór szkoły średniej dla Sherlocka, Cecile nie zastanawiała się długo i zapisała wnuka do tej samej placówki, jaką Watsonowie wybrali dla swojego syna. Kobieta zdawała sobie sprawę z tego, że chłopiec spędzi w niej jedynie najbliższe dwa lata, zanim rozpocznie naukę w Eton. Wiedziała również, jak bardzo Sherlock potrzebuje obecności Johna w swoim otoczeniu.
Mycroft, który wrócił do domu na wakacje, oczywiście nie pochwalał jej pomysłu. Wciąż uważał, że jego brat za bardzo przywiązał się do syna sąsiadów i w przyszłości czeka go gorzkie rozczarowanie, kiedy ich drogi w końcu się rozejdą. Raz próbował nawet porozmawiać na ten temat z Sherlockiem. Jednak po wysłuchaniu racjonalnych argumentów przemawiających za zakończeniem tej przyjaźni, chłopiec spojrzał mu prosto w oczy i powiedział:
- Jesteś zupełnie taki sam jak ojciec. Gratuluję.
Mycroft nigdy by nie przyznał, jak bardzo zabolały go te słowa.
Wakacje przed rozpoczęciem roku szkolnego w nowej szkole upłynęły w podobnym tonie, co poprzednie. Chłopcy wciąż bawili się w piratów i wolny czas rozdzielali pomiędzy domek na drzewie a laboratorium Sherlocka na strychu. Johnowi przeszła fascynacja wilkołakami, zaczął za to interesować się wojskiem. Czasami udawało mu się przekonać Sherlocka, żeby miecze zamienili na karabiny i pobawili się w wojnę.
Kiedy John wyjechał na coroczne, rodzinne wakacje, Sherlock nie wychodził z domu. Czasami nawet nie opuszczał nawet swojego pokoju. Grywał wtedy Czajkowskiego, najczęściej w środku nocy, co denerwowało Mycrofta, uczącego się do egzaminów kończących szkołę.
W połowie lipca babcia zabrała ich na kilka dni do Southend-on-Sea. Sherlock ucieszył się, że będzie mógł znowu zobaczyć morze. Mimo że oznaczało to spotkanie z ojcem, do którego podczas całej wizyty nie odezwał się ani słowem.
Na dzień przed powrotem do domu, babcia zabrała go na cmentarz. Mycrofta z nimi było, Sherlock nie wnikał dlaczego. Nie interesowało go to.
- Zostawię cię na chwilę samego, co ty na to? – zapytała babcia, kiedy położyli kwiaty na grobie jego mamy. Chłopiec skinął głową. Kiedy kobieta odeszła od niego zaczął mówić.
- Miałaś rację, mamo. Spotkałem tę osobę, o której zawsze mi mówiłaś. Nazywa się John Watson i jest naszym sąsiadem. Ma niebieskie oczy i często się uśmiecha. Uwielbia moje historie o piratach i nie przeszkadza mu, jak dedukuję. Uważa, że jestem genialny. To miłe, tak sądzę. Polubiłabyś go. Jego tata zbudował nam domek na drzewie. Jest wspaniały! Czasami możemy tam zostać na noc. Mycroft nie lubi Johna. Nie rozumiem, dlaczego. Przecież Johna nie można nie lubić. Jest coraz bardziej podobny do ojca, wiesz? To… smutne. Wolałbym, żeby nie był. Tęsknię za tobą. I to bardzo. Czasami myślę… To głupie, wiem o tym, ale czasami myślę, że zrobiłaś to specjalnie. Że umarłaś, żebym mógł poznać Johna. Ja… Kocham cię mamo. I dziękuję.
Sherlock postał jeszcze przez chwilę w milczeniu, w końcu jednak odwrócił się i odszedł do stojącej niedaleko babci.
