Rozdział 4: Szachownica
Autor: Dżentelmen

"...Pewien pewny siebie wojownik powiedział kiedyś pamiętne słowa "Miecz rani, strzała zabija". Widział on na własne oczy jak bardzo niebezpieczny może być wprawny łucznik i dlatego..."
Clint prychnął i odrzucił książkę na bok. Nawet jeśli ktoś byłby druhem Robin Hooda, to człowiek który nie spróbował łuku, nie mógł powiedzieć o nim nic ponad to co widział na własne oczy. Dla zaprawionego w bojach, buntowniczego samopasa jak Hawkeye, poczucie twardego drewna i gładkiej powierzchni łuku, sięgnięcie po lekką strzałę i wsłuchiwanie się jak lotki kończą falę przecinającą wiatr, było prawdziwym znaczeniem znajomości łucznictwa. Była to kolejna z tych rzeczy które można było poznać dopiero po doznaniu. Niestety fioletowy mściciel nie miał dużo czasu by narzekać na literaturę gdyż słyszał coraz donośniejsze kroki. Był w miejscu spowitym prawie całkowitą ciemnością lecz dało się wyczuć ogrom przestrzeni. Barton nie wyobrażał sobie nawet, jak mógł być na tyle nieuważny by komuś udało się go porwać. Na szczęście przebudził się wcześniej niż ktokolwiek by się spodziewał i szybko pozbył się tych kilku nielicznych lamp które wisiały pod sufitem tej... hali? Tak, to mogła być duża składownia. Łucznik oparł się o jakąś skrzynię i wsłuchiwał w oddech kogoś po przeciwnej stronie. Czekał aż nieco on ucichnie, bo oznaczałoby to, że tamta osoba odwróciła głowę. Stało się. Hawkeye nie żałował czasu, doskoczył do tego kogoś, założył chwyt i przymknął usta.
- Mdlej - polecił, chociaż sam miał większą kontrolę sytuacji i to jego ucisk sprawił, że ciało w jego objęciu zwiotczało i padło na podłogę.
Jednak ktoś go usłyszał, bo odgłosy kolejnych kroków były już bardzo blisko, i tym razem należały do większej ilości osób. Po krótkim namyśle stwierdził, że pozbycie się światła nie było dobrym pomysłem. Sięgnął do kołczanu, po kształcie lotek starał się znaleźć najodpowiedniejszą strzałę. Udało mu się. Ta z fluorescencyjnym promieniem była już w jego ręku a po chwili popędziła w jednego z przeciwników. Gdy zyskał dla siebie kilka sekund, nim kolejna osoba by się napatoczyła, Clint postanowił sprawdzić kto tak właściwie z nim zadarł.
- O cholera - powiedział ponurym głosem gdy zobaczył, że prawie zabił jednego z agentów SHIELD. Jednak jego praca nie była żadnym usprawiedliwieniem, nie z takimi stosunkami jakie były pomiędzy Bartonem a Fury'm.
- Czas się zmywać - rzekł jeszcze do siebie i zaczął biec, nie wiedząc specjalnie gdzie, bo nawet nie odważył się wyjąć tej strzały by nie spowodować rozległego krwotoku u swojego byłego celu. Postanowił, że będzie biec dopóki nie dobiegnie do wyjścia.
Jednak ci których wysłano po niego, nie byli tak dobrzy jak by tego chcieli. Gdy jeden z nich otworzył małe drzwi by wpuścić trochę światła, to dał Hawkeye'owi wystarczającą wskazówkę. Łucznik obezwładnił też jego i wydostał się na zewnątrz. Rzeczywiście wyszedł z jakiegoś dużego magazynu prosto na przystań. Tylko gdzie dokładnie się znajdował? Mógłby równie dobrze być w Nowym Yorku jak i na Kubie. W końcu miał trochę światła więc spojrzał na jakiś kontener z którego miał zamiar odczytać jakieś informacje. Jedyne co zrozumiał to, że z dużym prawdopodobieństwem znajdował się w Azji.
- Nie ruszaj się! Mamy cię na celowniku! - przez głośnik przemówił znajomy głos a na niebie zajaśniały światła trzech helikopterów. Z dwóch spuszczono liny po których zeszło około dwudziestu ciężko uzbrojonych członków SHIELD.
- Sam nie ruszysz tutaj tyłka? - Hawkeye był zirytowany gdy dowiedział się kogo zatrudniono do przypilnowania go, i z chęcią posłużył by się kilkoma ostrymi przekleństwami, lecz ten drugi był szybszy i stał już przed nim. Tym osobnikiem był Black Knight, ubrany w swój hełm i kombinezon taki jak członkowie SHIELD.
- Dane Withman. Czemu mnie to nie dziwi? Zawsze wbijasz nóż w plecy wtedy kiedy wiesz, że zaboli najmocniej - stwierdził prowokacyjnie łucznik.
- To samo można powiedzieć o tobie stary druhu. Kiedy w zeszłym miesiącu drużyna ratowała świat przed Kangiem to kto się nie zjawił? Ty! - anglik wskazał na niego palcem podczas gdy drugą rękę sadowił już na rękojeści miecza - Nigdy cię nie ma kiedy jesteś potrzebny. Nawet Mantis się zjawiła by nam pomóc! Rozumiesz? Mantis!
- Zamknij się! Było was wystarczająco dużo, a wiesz przecież, że nie lubię tłoku - to powiedziawszy, chwycił za strzałę i łuk - Zresztą szybko poradziliście sobie beze mnie. Nie widzę tu problemu.
- W sumie masz rację - Dane wyjął miecz z pochwy i zaśmiał się donośnie - Jesteś tak słaby, że nie potrzebowaliśmy twojej pomocy! Zresztą co mógłbyś zrobić z tymi swoimi śmiesznymi patykami? Zgaduję, że nigdy tak na prawdę cię nie potrzebowaliśmy?
Clint nie wytrzymał i napiął łuk ze strzałą wycelowaną w stronę swojego rozmówcy - Zgaduję, że nie przydadzą ci się więcej struny głosowe skoro i tak za chwilę z tobą skończę?
Wszyscy żołnierze SHIELD byli już gotowi by powalić Hawkeye'a swoimi działkami energetycznymi, lecz on był szybszy i pierwsza strzała powędrowała prosto w kadłub jednego z helikopterów. Gdy zaczął pikować w dół, pilot wyskoczył w ostatniej chwili a przeciwnicy rozpierzchli się we wszystkie strony. Clint postanowił wykorzystać ten czas do ucieczki jednak drogę zastąpił mu Black Knight.
- Nie martw się. Będę używał tępej strony miecza - powiedział, denerwującym, słodkim głosem.
- Taa. Sam jesteś tępy - to powiedziawszy, Barton podeptał swoją reputację i użył zwykłej strzały przeciwko innemu bohaterowi po raz pierwszy w życiu. Grot wbił się w nogę, co spowodowało, że Dane zachwiał się mocno.
Łucznik nie czekał nawet krótkiego momentu i rzucił się do ucieczki, na koniec dając porządny sierpowy w twarz rycerza. Grawitacja zrobiła swoje i jedyny przeciwnik który stanowił jakiekolwiek zagrożenie, padł na plecy, upuszczając przy tym swój miecz. Żołnierze zdążyli się jednak pozbierać, więc Hawkeye musiał zbić z nieba drugi helikopter by odwrócić ich uwagę.

W jednym z małych domków na przedmieściach Los Angeles istniała baza wypadowa Nicka Fury'ego numer 83. Clint wiedział gdzie szukać, lecz to nie on był najsprytniejszym graczem w tej zabawie. Na miejscu było ukrytych sporo agentów a sam Fury miał do dyspozycji spory arsenał broni. Posiadając to wszystko na uwadze, łucznik wszedł do domu przednimi drzwiami i od razu wyłożył kawę na ławę.
- Czego chcesz Fury? Jeśli to nie jest coś ważnego to załatwię ci miejsce w tej samej sali szpitalnej co Whitmanowi, Sitwellowi i Woo - powiedział zdenerwowany, zakładając ręce na krzyż.
- Tworzę drużynę i potrzebuję... - zaczął jednooki, jednak zbyt szybko mu przerwano.
- Drużynę? Serio? Czy nie wystarczająca liczba osób już liże ci tyłek? Avengers, Defenders, Fantastic Four czy ktokolwiek...
- To nie taka drużyna. Zamknij się na chwilę i mnie posłuchaj. Potrzebuję kogoś kto będzie mógł znaleźć coś o czym nic nie wiemy. Nikt oprócz ciebie nie ma takich oczu - Fury wstał i westchnął głęboko.
- Nie przeceniasz mnie aby? A poza tym, czemu sądzisz, że będę chętny do pomocy, skoro twoje pionki mnie nie przekonały?
- Pionki? Zabawne, że o tym wspominasz. To ty bardziej wydajesz się być pionkiem - na twarzy Nicka zagościł lekki uśmiech.
- Słucham?
- Sitwell jest jak wieża. Jest silny ale ograniczają go zasady. Black Knight'a określiłbym jako laufra który także jest silny lecz działa zawsze na przekór zasadom. Zaś Jimmy to skoczek z którym nigdy nic nie wiadomo. To ty jesteś pionkiem, ponieważ gdy już coś zaczniesz to możesz podążać tylko przed siebie, lecz twoje metody walki są zazwyczaj małymi, acz efektownymi aktami.
- Hmm. Nieźle to ująłeś. Z kogo będzie składać się ta drużyna skoro straciłeś wieżę, skoczka i laufra?
- Ty i Steve Rogers.
- Tylko tyle?
- Nie chcemy by sprawa została ujawniona publice więc zbyt duża grupa nie wchodzi w rachubę. Musisz się przygotować na to, że być może będziecie musieli uratować świat, a nikt się o tym nie dowie.
- Taa. Nawet jak normalnie ratujemy świat to w gazetach są tylko Thor z Iron Manem. No dobra. Będziesz mi jednak wisiał przysługę.
- Dopóki nie zażyczysz sobie posady hetmana, zrobię co tylko zechcesz.
- Nie zapędzaj się ze swoimi myślami. Mam o wiele lepsze rzeczy do roboty... A tak właściwie to co mamy robić skoro nic nie wiemy o tym co mamy znaleźć?
Fury spojrzał na niego ślepym wzrokiem - Czy mówi ci coś nazwisko "Madrox"?

Gdzieś na dolnym Manhattanie, w małej kafejce, siedziało trzech cholernie poważnych mężczyzn. Chociaż jeden z nich lekko się uśmiechał, to robił to bardziej z powodu ironii która nie chciała opuścić jego życia nawet na chwilę.
- Nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałem - Clint westchnął głęboko, podparł ręką głowę i spojrzał na Jamie'ego - Potrafisz tworzyć kopie samego siebie, a jedna z nich ci uciekła i narozrabiała. W jakiś sposób, Shocker i Rhino którzy są skończonymi idiotami dowiedzieli się, że najemnik zwany Paladinem miał w posiadaniu broń ojca Thora, a twój klon poszedł ją zdobyć.
- Zgadza się - przytaknął Madrox.
- Ale umarł. Znaczy się, umarły... twoje klony - głowa zaczynał go boleć od całej tej historii.
- Niestety nie wiem kto zabił ostatniego. Najprawdopodobniej była to jakaś kobieta.
- Według tego co mówił Fury, zabójca użył zatrutego ostrza - wtrącił Steve - W normalnych warunkach potrzeba by było trzech dni dla trucizny by rozprzestrzenić się po ciele, ale twój klon został trafiony prosto w serce.
- Nie mógł się ruszać - dodał Jamie, dopijając ostatni łyk kawy.
Nagle, Clint powstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Obrócił się jeszcze do pozostałej dwójki - Idziecie czy nie?
- Dokąd? Czyżbyś nasz Sherlock uzyskał z tego wszystkiego wskazówkę kto ukradł broń? - zapytał Rogers.
- Może nie jestem najbystrzejszym gościem w tej drużynie, ale wiem co nieco o przestępcach. Shocker i Rhino to nie ludzie którzy wpadliby na pomysł kradzieży czegoś takiego. Na pewno mają przełożonego który chce tej całej włóczni. Może ta osoba która zabiła twojego klona też pracuje dla niego, albo dla jakiegoś rywala w biznesie? Moja propozycja brzmi tak: Znajdziemy tych dwóch półgłówków i będziemy ich śledzić dopóki nie dowiemy się gdzie jest włócznia.
Madrox i Steve spojrzeli po sobie, po czym podeszli do Clinta i zgodnie kiwnęli głowami.
Nie zwrócili uwagi na zakapturzoną postać przy barze, która uśmiechnęła się ledwie widocznie i powiedziała do siebie - Tak. Odwalcie za mnie całą robotę.
Podczas gdy trzy pionki szykowały się do ataku, na szachownicy pojawił się nowy przeciwnik.