Rozdział 5: Wezwanie
Autor: GrayFox

Ulice Nowego Jorku bywają bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza w biedniejszych dzielnicach, wśród obdartych blokowisk, gdzie rządzą rodziny mafijne, handlarze narkotyków, mordercy, gwałciciele, pedofile i pomniejsi złodzieje. Przebywanie poza domem w takim miejscu, o późnej godzinie jest niemal równoznaczne z nożem w plecach, a to i tak jeden z łagodniejszych scenariuszy, na jaki można liczyć. Policja zdaje się odpuszczać sobie te fragmenty miasta, tak jakby ich włodarze zdawali sobie sprawę, że walka o te miejsca, to walka stracona, skazana na totalną porażkę, a stawka jest zbyt mała, by próbować coś zmienić. Jednak co jakiś czas, jacyś młodzi i ambitni gliniarze, chcąc zabłysnąć przed szefostwem, wypuszczają się w głąb najbardziej szubrawych miejsc Wielkiego Jabłka…

- Dawaj Jim! Nie pozwól im uciec! – krzyknął policjant Tommy Bravura do kierującego radiowozem kumpla po fachu, Jima Sunderlanda jednocześnie wychylając się przez okienko i prowadząc ostrzał ze swojego pistoletu. Ścigali samochód z bagażnikiem załadowanym po brzegi jakimś nowym narkotykiem, którego ostatnio pełno na ulicach. Deszcz lał się strumieniami, nawierzchnia była cholernie śliska, ale młodym funkcjonariuszom nie przeszkadzało to w podjęciu próby schwytania przestępców. Kawałki pączków latały po radiowozie, a kawa wylała się z kubka, znajdującego się w specjalnym uchwycie, wprost na nogi Jima, który zaklął tylko głośno, nie zwalniając jednak ani przez ułamek sekundy. Uciekający gangsterzy skręcili swoim pojazdem w jedną z bocznych uliczek, na podwórze starej kamienicy jakich pełno w tej okolicy, po czym zatrzymali samochód i wbiegli do owego budynku. Przesmyk był dość wąski, policyjny radiowóz zmieścił się tam wprawdzie bez trudu, ale jakikolwiek dodatkowy pojazd jadący przy nim, nie miałby racji bytu. Gliniarzy ogarnęło przerażenie, kiedy zorientowali się gdzie się znajdują. Hell's Kitchen. Dzielnica w pełni zasługiwała na swoją nazwę, był to absolutny przedsionek piekła. Kiedy rezydował tu Daredevil było nieco spokojniej, ale od jakiegoś czasu nikt go nie widział, a masa wszelakich bandziorów nie mogła nie wywęszyć okazji, by na powrót przejąć totalną kontrolę nad tym miejscem. Nigdy chyba nie było tu gorzej. Jednak młodzi policjanci byli niesamowicie zdeterminowani, by złapać przestępców, zaparkowali więc samochód nieopodal pojazdu, który ścigali i powoli z niego wyszli, zmierzając w stronę bloku, w którym zniknęli handlarze narkotyków. Zauważyli, że wszystkie cztery pary drzwi wrogiego samochodu były otwarte, co sugerowałoby, że jest co najmniej czwórka napastników, może piątka. Odpowiednio rozplanowane starcie powinno dać spore szanse na zwycięstwo. Jednak nikogo nie było w zasięgu wzroku. Deszcz lał niemiłosiernie, jakby zwiastując powtórne nadejście biblijnego potopu, krople odbijały się echem od metalowych kubłów na śmieci, a woda z kałuż chlupała w butach dzielnych gliniarzy. Nagle ku ich przerażeniu otworzyły się tylne drzwi kamienicy, a z nich wybiegło sześciu oprychów z bronią maszynową. Musieli mieć tu jedną z zapewne wielu kryjówek i magazynów z bronią, przygotowanych właśnie na takie okazje. Zatrwożeni Bravura i Sunderland zaczęli uciekać do samochodu, jednocześnie strzelając by zwiększyć swoje szanse na powodzenie tego planu. Kiedy Jim próbował włączyć silnik i uciec z tego piekła jakie im tu urządzili, z tyłu pojawiło się jeszcze trzech bandziorów z ciężkimi karabinami maszynowymi. Radiowóz znalazł się pod ostrzałem z obu stron, opony zostały poprzebijane, szyby pobite, karoseria podziurawiona. Tommy i Jim pochylili się tak nisko jak tylko można, jednak nie przyniosło im to spokoju ducha.
- Spróbujcie tego skurwysyny! – krzyknął jeden z bandytów przerywając na chwilę ostrzał. – Gdzie moja bazooka? – wrzasnął do swoich kompanów.
- Bazooka? – powiedział z niedowierzaniem Tommy w stronę swojego partnera. Czuli nadciągający wielkimi krokami koniec ich wspólnej przygody. Bandzior, będący najprawdopodobniej hersztem tej bandy, był wysokim, postawnym Afroamerykaninem, o krótko przystrzyżonych włosach. Miał co najmniej dwa metry wzrostu i ważył ze sto czterdzieści kilogramów. Taki facet mógł spokojnie toczyć walki z lwami, a ludzi zabijał jednym klepnięciem. Trzymanie takiej bazooki w dłoniach nie stanowiło problemu dla tego gościa.
- „Say hello, to my Little Friend!" – zacytował kolos po czym wymierzył w radiowóz ze swojej rakietnicy.

Niebo przeszyła błyskawica, a na samochód policjantów opadła dziwna, zakapturzona postać, wgniatając pod sobą dach. Zaskoczeni gangsterzy przerwali ostrzał, a policjanci ośmielili się wyjrzeć przez porozwalane szyby, by spróbować się dowiedzieć co się stało. Groźni bandyci, którzy przed chwilą omal nie rozwalili ich samochodu wyglądali na niesamowicie przerażonych, niektórzy wręcz chcieli odrzucić broń i uciekać gdzie pieprz rośnie, a jeden z nich wyglądał jakby ze strachu sfajdał się w gacie. Jim próbował otworzyć drzwi, ale usłyszał z dachu swojego samochodu zniekształcony głos, nakazujący mu by pozostał w środku.
- Co jest kurwa? Weźcie się w garść! – nakazywał herszt bandytów – Przecież to tylko jakiś kutas w przebraniu! Rozpierdolić go! – ostro wrzasnął po czym jego podwładni podnieśli broń, gotując się do wystrzału.
- Khonshu, poprowadź mnie. – rzekł po cichu tajemniczy mężczyzna po czym niesamowicie szybkim ruchem rzucił się w wir walki. W tym momencie policjanci zobaczyli go w pełnej krasie. Ku ich zdziwieniu, był to Moon Knight, jeden z samozwańczych obrońców miasta, którego mieli rozkaz aresztować wszyscy stróże prawa w Nowym Jorku. Powodem tego nakazu są powszechnie nieakceptowane metody walki Białego Rycerza ze zbrodnią. Tommy i Jim nie wierzyli w opowieści o nim, wedle których wykazywał się niesamowitym bestialstwem. Tymczasem Moon Knight rzucił się na herszta bandytów, pozbawił go wyrzutni rakiet i jednym sprawnym kopnięciem powalił go na ziemię. Pozostała piątka bandytów rzuciła się na pomoc swojemu przywódcy. Jednakże zamaskowany bohater nie czekał, aż wrogowie podejdą do niego, tylko sam wyszedł im naprzeciw. Pierwszego oprycha chwycił za gardło i z całej siły cisnął nim o zamknięte drzwi, które nie wytrzymały takiego przyłożenia i rozwaliły się w drzazgi. Drugiemu połamał nogę potężnym kopnięciem w kolano, a gdy ten upadał łupnął go z całej siły kolanem w podbródek, aż było słychać jak pękają zęby. Kolejni dwaj gangsterzy próbowali powalić zamaskowanego przybysza wspólnie, jednakowoż plan ten spalił na panewce. Moon Knight jednego z nich przewrócił silnym ciosem w gardło, powodując duszenie się, a drugiego złapał za rękę i złamał mu ją w nadgarstku. Pod wpływem silnego bólu bandyta zaczął krzyczeć. Moon Knight wziął go za ubranie, przycisnął do ściany i zadał kilka ciosów w żołądek, a na koniec wyłupał oczy. Ostatni z tej grupy bandziorów był niezdolny do walki. Zżerał go strach o własne życie. Oczy Moon Knighta rozbłyskujące niebieskim światłem, zdawały się nie mieć w sobie ani grama współczucia, czy miłosierdzia. Zamaskowany bohater złapał za włosy tego człowieka, odchylił mu głowę do tyłu, wyciągnął pistolet i wsadził mu go w usta, po czym wystrzelił. Trójka gangsterów z podjazdu, blokujących wyjazd policjantom uciekła w popłochu. Moon Knight złapał za fraki herszta bandytów, który był obolały, ale i tak jego kondycja była bez porównania lepsza od jego kompanów z wydłubanymi oczami, czy połamanymi kośćmi.
- Kim ty jesteś facet? – powiedział herszt. Fakt, iż nie znał Moon Knighta sugerował, że był tu od niedawna.
- Khonshu dodaj mi siły, by zrobić, co musi być zrobione. - powiedział Biały Rycerz, czym tylko zasiał ziarno paniki u swojego przeciwnika. Brzmiało to jak modlitwa.
- Facet! Ty jesteś obłąkany! Weź mnie kurwa puść!
Zakapturzony bohater łańcuchem przytwierdził zbira to kosza na śmieci, po czym podniósł upuszczoną rakietnicę i wystrzelił. Okolica zmieniła się w krwawą łaźnię. Wnętrzności fruwały po całym podwórzu, tak jak i metalowe fragmenty kontenera. Moon Knight czym prędzej zniknął z tego miejsca pozostawiając policjantów samych sobie, gdyż był pewien, że już nic im nie grozi. Tommy Bravura i Jim Sunderland patrzyli na siebie, tak jakby oboje myśleli, że jest to tylko przedziwny sen.

Bohater prędko biegł przez dachy w sobie tylko znanym kierunku. Wyglądał jakby się niezwykle mocno śpieszył.
- Frenchie, status celu. Prędko. –
powiedział do komunikatora.
- W ruchu. Marc, ten przystanek nie spowolnił Cię zbytnio. Przy twoim obecnym tempie dogonienie jej zajmie Ci jakieś 4 minuty. – rozległ się głos w komunikatorze. Jean Paul Duchamp, zwany Frenchiem, jest wiernym przyjacielem Moon Knighta i pomaga mu w jego krucjacie przeciwko zbrodni.
- Jest wolniejsza niż myślałem. – rzekł bohater.

Nigdy nie robił czegoś takiego. Nigdy nie miał ciągotek do ratowania świata, zawsze uważał, że od tego są inni bohaterowie, ci bardziej medialni. Teraz jednak sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Skradziono Włócznię Odyna, artefakt dający posiadaczowi zdolność konkurowania z bogami, a Moon Knight został wezwany przez Khonshu by temu zapobiec. Biegł niestrudzenie poprzez dachy, co rusz podkręcając tempo, aż w końcu zobaczył swój cel - Lady Bullseye, uciekała ciemnymi uliczkami trzymając spory pakunek zawinięty w dużą ilość brudnych szmat. Najwidoczniej zdawała sobie sprawę z tego, że ktoś ją śły Rycerz podkręcił tempo jeszcze mocniej, a kiedy był wystarczająco blisko rzucił się na swoją przeciwniczkę. Pod ciężarem jego ciała, Bullseye upadła wypuszczając paczkę, a wówczas kawałek osłaniającej go szmaty odwinął się, dając Marcowi pewność, że to przedmiot, którego szukał. Zabójczyni postanowiła podjąć próbę walki z Białym Rycerzem. Szybko przystąpiła do ataku, zadając ciosy rodem z filmów traktujących o wschodnich sztukach walki. Kilka z tych efektownych kopnięć i uderzeń pięścią trafiło Rycerza Khonshu, jednakże nie sprawiło to na nim większego wrażenia. Bullseye była zwinniejsza od niego, co chwila wykonywała jakieś powietrzne ewolucje, czy efektowne kopnięcia. Moon Knight w pewnym momencie złapał złodziejkę za kostkę, obrócił się szybko i huknął nią z całej siły o róg budynku. Oponentka rycerza nie chciała jednak dać za wygraną i pomimo wstrząsającego bólu, jaki wywołało to uderzenie rzuciła się do kolejnego ataku. Moon Knight zablokował uderzenie zatrutym ostrzem Bullseye, samemu wymierzając jej kopniaka w żołądek. Kobieta jęknęła z bólu, a wysłannik Khonshu złapał ją za gardło i z impetem rzucił o ścianę. Podszedł do niej, ponownie złapał ją za szyję i podniósł ją tak wysoko, że jej stopy nie stykały się z ziemią.
- Kto ci to zlecił? – spytał spokojnie zakapturzony bohater. Lady Bullseye wiła się i unikała odpowiedzi jak to tylko możliwe. Karą za jej zachowanie było zacieśnienie uścisku. – Pytam po raz ostatni. Kto ci to zlecił? Gadaj, albo zaraz zobaczysz własną wątrobę. – zagroził jej, po czym, żeby pokazać, że nie żartuje, wyciągnął ostrze w kształcie półksiężyca, cholernie ostre, zdolne przeciąć najtwardszą stal, które w ludzie ciało powinno wejść jak w masło.
- Kk…Kkinnk… – kobieta próbowała coś z siebie wydusić, jednakże uścisk Moon Knighta był zbyt silny, by mogła wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, a więc rycerz poluźnił chwyt założony na jej gardle.
- Uważaj Marc! Na trzeciej! – Rozległ się głos w komunikatorze, jednakże w tym momencie Moon Knight został zmieciony uderzeniem ze swojej prawej strony. Wylądował kilka metrów dalej ryjąc głową w błocie…
- Hej Mooney! – usłyszał nad sobą słowa wypowiedziane żartobliwym tonem. Nie musiał się podnosić z ziemi by wiedzieć, że ma do czynienia z przyjacielem z sąsiedztwa…