Rozdział 6: Brutalne ramię sprawiedliwości
Autor: Skulker

Nazywam się Carl Simon i jestem strażnikiem w banku.
Ogon Skorpiona uderzył w podłogę, na której sekundę temu stał Spider-man. Bohater wskoczył na sufit i zakleił oczy Skorpiona siecią.
Jakiś świr chce obrabować bank, jakiś przebieraniec chce go powstrzymać. Jak dla mnie poniedziałek. Nienawidzę poniedziałków.
-Przestań uciekać!- ryknął Skorpion, ponownie chybiając- Chodź tu i walcz!
-Naprawdę chciałbym Mac- Spider-man złapał przestępca za nogę i pociągnął- Ale lekarz surowo zabronił mi zbliżać się do skorpionów. Podobno źle wpływają na moje zdrowie.
Skorpion upadł. Spider-man wskoczył na sufit tuż na nim.
-Kontakt ze skorpionami może powodować: krwawienie, obicia, siniaki, miażdżenie kości...
Gargan odruchowo uderzył, zawalając na siebie sufit. Spidey był oczywiście cały i nie przestawał wyliczać.
-Myślisz że to jest zabawne? Zobaczmy czy inni też są tak ruchliwi.
Skorpion ruszył w stronę grupki gapiów, zbyt przerażonych by uciec z budynku. Wśród nich byłem ja.
Ogon Skorpiona pomknął w ich kierunku.
Jestem ochroniarzem. Powinienem ich ochronić, wyprowadzić, zasłonić. Ale jestem tchórzem. Mam dobre życie i kochającą rodzinę, nie chcę umierać. Zamiast tego pozwoliłem by zabrał jakąś staruszkę.
-No zobacz, ona nie jest tak szybka- ucieszył się Skorpion, mocno ścieśniając uchwyt- A teraz chodź tutaj Spider-manie! Chodź i...
Skorpion nie dokończył, bowiem Spider-man rzucił się na niego, wyrzucając obydwu na zewnątrz.
Podbiegłem do staruszki. Nie wyglądała najlepiej. Przypomniałem sobie że już widziałem. Nazywała się May Parker.
Hałasy z zewnątrz, zmusiły mnie bym oddał panią Parker w inne ręce i zerknął co się dzieję.
To co widziałem dalej trudno opisać. Spider-man lał Skorpiona na każdy możliwy sposób. Niedozwolony sposób. Co prawda jestem tchórzem, ale to Spider. Go nie muszę się bać, tak?
Niepewnym krokiem podszedłem do Spider-mana, gdy ten wyrwał Skorpionowi ogon i zaczął go nim bić.
-Dość tego Spider-manie, ja- głos zamarł mi w gardle
Spider-man odwrócił się w moją stronę. Cały jego kostium był we krwi. To co zostało ze Skorpiona jęczało i błagało o łaskę. I oczy te. Te matowe plamy bieli, patrzące w twoim kierunku. Zawsze takie były, ale jednocześnie inne. Mniej gniewne.
Naglę zrozumiałem że wolałbym być złapany przez Skorpiona.
-Wystarczy Spider-man.- nie wiem jakim cudem udało mi się to wybełkotać- Pokonałeś go, możesz przestać. Proszę.
Po chwili która trwała wieczność oddalił się. Zostałem sam ze zmasakrowanym przestępcą na ulicy w koszmarnym obrazem w oczach. Nienawidzę poniedziałków.

Tego samego dnia, późnym wieczorem Spider-man swingował po mieście.
-I co jesteś z siebie zadowolony?
-Dostał to na co zasłużył.
-Zasłużył? Połamałeś mu wszystkie kości! Lekarze nie wiedzą czy kiedykolwiek wyzdrowieje.
-Groził cioci May.
-Nic się jej nie stało. I to nie usprawiedliwia twojego zachowania.
-A co było w nim złego? To przestępca, moim zadaniem jest go bić. Czy to moja wina że stanie im się krzywda podczas walki? A nawet jeżeli, czy to coś złego, skoro sami się o to proszą?
-Tak ponieważ... chwileczkę, kiedy ostatnio się tak zachowywałem byłem opętany przez symbiot. Peter, powiedz mi że nie jestem opętany przez symbiot.
-Oczywiście że nie! Jak tylko robię dialog z samym sobą!
-Aha. To też nie brzmi optymistycznie.
Spider-man westchnął.
-Słuchaj, wiem że nie powinienem tego robić. Ale już raz zawiodłem swoją rodzinę i nigdy sobie tego nie wybaczę. I dlatego jeśli ktoś zagrozi nie winnym nie będę się wahać.
-Prawda. Ale pamiętaj że kiedyś złożyłem komuś obietnicę. Masz wielką moc, a obaj wiemy co z tym idzie. Chyba nie chcesz go teraz zawieść, po tylu latach?
-A jaką dajesz alternatywę? Wsadzać ich do więzienia z którego zaraz uciekną? Dawać im groźby których nigdy nie spełnisz? A może dać im drugą szansę, tak jak to zrobiliśmy z Osbornem?
-Ja...- zanim Spider-man odpowiedział usłyszał dźwięki walki- Dokończymy rozmowę później.
Po chwili wypatrzył dwie postacie.

Hell's Kitchen. W jednym z zaułków Moon Knight unosił Lady Bullseye w powietrzu, trzymając ją za gardło.
-Pytam po raz ostatni. Kto ci to zlecił? Gadaj, albo zaraz zobaczysz własną wątrobę. – zagroził jej, po czym, żeby pokazać, że nie żartuje, wyciągnął ostrze w kształcie półksiężyca, cholernie ostre, zdolne przeciąć najtwardszą stal, które w ludzie ciało powinno wejść jak w masło.
- Kk…Kkinnk… – kobieta próbowała coś z siebie wydusić, jednakże uścisk Moon Knighta był zbyt silny, by mogła wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, a więc rycerz poluźnił chwyt założony na jej gardle.
- Uważaj Marc! Na trzeciej! – Rozległ się głos w komunikatorze, jednakże w tym momencie Moon Knight został zmieciony uderzeniem ze swojej prawej strony. Wylądował kilka metrów dalej ryjąc głową w błocie…
- Hej Mooney! – usłyszał nad sobą słowa wypowiedziane żartobliwym tonem. Nie musiał się podnosić z ziemi by wiedzieć, że ma do czynienia z przyjacielem z sąsiedztwa.
Spider wylądował obok, jednocześnie wiązać Lady Bullseye siecią.
- Dawno się nie widzieliśmy. Swoją drogą, jesteś poszukiwany za zabijanie przestępców, wysokie okrucieństwo i ściąganie pomysłów od Batmana.
Spider-man skoczył na Moon Knight, ale ten tylko wyjął rękę.
-Czekaj, najpierw rozmowa, potem walka.
-Dobra.- Spider-man zatrzymał się- Ty pierwszy, o co tu biega?
-Khonshu poinformował mnie o wielkiej zbrodni. Został skradziony Gungir, włócznia należąca do samego Odyna. Złodziejem jest ta kobieta. Chciałem przekonać ją do zdradzenia mi kto ją do tego wynajął.
-I dlatego przykładałeś jej nóż do gardła.
-Część moich metod.
-Rozumiem.- Spider kiwał głową z mądrą minął. Po chwili kapnął się że nosi maskę i tego nie widać- No dobra, to zróbmy tak: przepytamy ją razem, a ty nie będziesz używał swoich ostrzy.
-Nie będzie chciała gadać, wiem o tym. Tylko stracimy czas.
-Ok, przechodzimy do bicia się po gębach?
-Tak.
Mimo pajęczego zmysłu,Spider-man ledwie uniknął uderzenia kijem, który wyciągnął Moon Knight. Obaj bohaterowie rzucili się na siebie, nie wiedząc że są obserwowani.

Parę budynków dalej stał Shocker i Rhino oglądając akcje przez lornetkę.
-Jak zawsze ścianołaz musiał się przyplątać.- westchnął Shocker
-To na co czekamy?- spytał Rhino- Zejdźmy tam i zmiażdżmy ich!
-Może nie teraz. Jeden że Moon Knight jest na mojej liście „Nie wkurzać, to cholerny morderca". Dwa: wolę oglądać walkę. Masz coś do żarcia?

Tymczasem walka zaczęła się rozkręcać. Spider-man wystrzelił masę siecio-pocisków, na co Moon Knight skontrował swoimi rzutkami (Moonarangami?).
-Wiesz Moonie, nie chcę być moco-sistą, ale masz siłę zwykłego człowieka- nagle Spider-man pojawił się koło Moon Knighta i walnął go w brzuch- a ja mam siłę proporcjonalną do siły pająka! (W moich myślach brzmiało to lepiej).
Biały rycerz uderzył o ścianę, lecz po chwili wstał.
-Tylko na tyle stać twoją „proporcjonalną siłę pająka"?- na jego rekach pojawiły się kolczaste pięściaki- Cienias.
-Matko, to naprawdę brzmiało lepiej w mojej głowie.
Spider-man zaatakował. Cios. Unik. Atak. Zwód. Dwóch herosów próbowało trafić przeciwnika, jednocześnie unikając. Jeden miał pajęczy zmysł, drugi szkolenie. Jeden miał nadludzką siłę i szybkość, drugi treningi. Jeden należał do największych bohaterów na Ziemi, drugi się nie hamował. Choć byli tak różni, jak ogień i woda, w tej chwili jedna cecha łączyła ich w jedno: niezdolność do dania za wygraną. Ale jeden musiał paść.
Spider-man uderzył. Co prawda Moon Knight zablokował, ale cios był dość silny by pozbawić go równowagi i to Spider-manowi wystarczało. Spidey oplótł siecią nogi bohatera i uderzył nim o ścianę. Następnie dokładnie związał resztę ciała, zwłaszcza skupiając się przy rękach. Po chwili Moon Knight był cały zamknięty w kokonie. Spider-man był zmęczony i poraniony, ale wygrał.
Nagle pajęczy zmysł zaczął alarmować. Spider-man chciał odskoczyć na bok, ale okazał się zbyt wolny. Wiązka wibracyjno-szokowa posłała go na ścianę, tuż obok Moon Knighta.
-Cześć Spider-man, miło cię widzieć. Właściwie to przyszliśmy tu po włócznię,ale sam musisz przyznać- Shocker wycelował w głowę herosa- Byłbym totalnym frajerem gdybym nie wykorzystał okazji.