Rozdział 7: Ten tytuł jest głupi
Autor: Dżentelmen

Główne prawa przestępczego światka można wytłumaczyć w dość prosty sposób "Jak raz wejdziesz to nie ma odwrotu", lecz zdarzają się tacy którym to nie odpowiada i dodają do tej zasady "chyba, że masz wielki topór". Taki jegomość trafił się pewnej mafii składającej się głównie z Portorykańczyków. Mężczyzna nosił płaszcz i kapelusz spod którego wystawała posępna, pełna blizn twarz. Wcześniej wspomnianą broń, mimo, że była prawie tak duża jak on, trzymał w jednej ręce. Rozglądał się bacznie by żaden z tych przestępców go nie zaskoczył.
- Nie słyszałeś co powiedziałem? - zakrzyczał jeden z nich, najprawdopodobniej przywódca, choć niczym się nie wyróżniał - Pomogłeś nam wcześniej, a gdy policja ma nas przyszpilonych chcesz uciekać? - gestem wskazał reszcie by wycelowali w kłopotliwego kompana.
- Wybaczcie, ale dość długo nie byłem w okolicy i zapomniałem, że zawsze trzeba zaczynać od góry - to powiedziawszy, zrzucił płaszcz a wszystkim obecnym ukazało się oblicze Executionera, jednego z najgroźniejszych wojowników 9 światów. Powiedziano mu, że gdy już będzie na Ziemi ma się streszczać, a on zawsze wykonywał rozkazy perfekcyjnie.
- Zabić tego sukinsyna! - zawołał ten mężczyzna co wcześniej, a grupa zaczęła ostrzeliwać syna Asgardu.
Przestępcom wydawało się, że zaczynają go przypierać do podłogi, lecz on dotknął jej z własnej woli. Wbił swój topór w podłoże, użył go jako dźwigni i rzucił blokiem betonu w grupę przeciwników. Innym najwyraźniej nie wystarczyło to by uznać jego wyższość w tej walce i wciąż napierali. Skurge był bardzo wytrzymały, ale nie znaczyło to, że kule nie sprawiały mu żadnego bólu. W końcu zniecierpliwił się i rzucił swym orężem niczym bumerangiem, przecinając w ten sposób wszystkie karabiny, a co głupszym bandziorom, także i ręce. Niektórzy zemdleli ze strachu, a ci którzy wciąż czuli nogi, uciekali jak tylko mogli najszybciej.
Executioner przysiadł na chwilę i westchnął - Nie dość, że znowu nic nie odkryłem to nie mam pojęcia jak wyjść z tej ich kryjówki.
- Biedaku. Myślałem, że w końcu się czegoś nauczysz a ty wciąż to samo. Zaręczam ci, że teraz znajdziesz ją o wiele łatwiej - w kącie pomieszczenia, z pomiędzy skrzyń i beczek wyszedł jakiś człowiek.
- Wiesz czego szukam? W ogóle skąd się tu wziąłeś? - powstał i zaczął iść w kierunku nieznajomego.
- Szukasz Włóczni Odyna. Jesteś na Ziemi już jakieś pół miesiąca, ale wciąż nie wpadłeś na właściwy trop. A wiesz dlaczego? Ponieważ jeszcze do niedawna była w miejscu w którym nikt nie mógł jej wykryć. A jednak ktoś ją ukradł - wytłumaczył ten osobnik.
- Twoje słowa są mętne niczym kłamstwa Lokiego. Kogo mam szukać? Czemu mam ci ufać? Skąd ty o tym wiesz? I jak się nazywasz? Odpowiadaj - Executioner stał już przed tym kimś i patrzył się na niego nieufnie.
- Po pierwsze, nie powinieneś szukać tego kto ma włócznię lecz innych którzy jej szukają. Po drugie, nie powinieneś mi ufać. Ja bym sobie nie zaufał. Po trzecie, wiem o tym bo do przedwczoraj ta włócznia była w moich rękach - po tych odpowiedziach założył na głowę fioletową maskę - Po czwarte, nazywam się Paladin.

Gdzieś indziej, Spider-man i Moon Knight znajdowali się w brudnej uliczce, a przed nimi pojawili się właśnie dwaj super przestępcy. Pierwszy bohater miał nieco podarty strój i był lekko wgnieciony w ceglaną ścianę, podczas gdy po drugim nie można było rozpoznać czy wciąż był przytomny, bo był cały owinięty pajęczyną. Tak właśnie nieuwaga służyła obrońcom miasta, że gdy mogliby się przydać to zazwyczaj zdążyli już pobić się między sobą, ułatwiając tym samym sprawę tym z którymi powinni walczyć. Zaś złoczyńcom niespecjalnie to przeszkadzało, a przynajmniej nie Shockerowi.
- Za każdym razem kiedy się spotykamy bijesz mnie, naśmiewasz się, ja mówię coś w stylu "to jeszcze nie koniec", a później mnie pokonujesz - Schultz pozostawił Rhino do zdobycia włóczni, a sam przyklęknął przy Spider-manie który najwyraźniej był na granicy omdlenia - Tym razem, to ty jesteś pobity, ja mam z tego ubaw i mogę ci zagwarantować... to jeszcze nie koniec - to powiedziawszy uruchomił swoją wibracyjną rękawicę i zamachnął się w kierunku bohatera.
Ku zaskoczeniu obu przestępców i pająka, coś mignęło i zablokowało strzał Shockera, co sprawiło, że rykoszet uderzył nim o przeciwległy budynek. Jego towarzysz zaczął się rozglądać ze zdziwieniem, lecz po chwili dowiedział się kto złożył im wizytę gdy w jego głowę uderzyła tarcza Captaina America wspierana przez ciężar swojego właściciela który razem z nią wylądował na łbie mocarnego złoczyńcy. Tymczasem drugi zdążył się podnieść, lecz zauważył, że jedna z jego rękawic została zniszczona przez jego wcześniejszy atak. Wciąż jednak miał drugą i nie wahał się jej użyć.
- Mam nadzieję, że znasz jakiegoś dobrego protetyka bo z tej walki nie wyjdziesz ze wszystkimi kończynami - powiedział wściekle po czym wystrzelił w kierunku biało-niebieskiego herosa.
Pierwszy strzał chybił, lecz Shocker mimo wszystko nie mógł pozwolić na to by trafił także swojego kompana.
- To interesujące, że mimo bycia jednym z pierwszych Avengerów nie wezwiesz swoich kumpli. Widać, że przez nazywanie cię symbolem wolności stałeś się zbyt pewny siebie - skoro takie teksty ze strony pajęczaka go denerwowały to równie dobrze mogły poskutkować na jego przeciwnikach. Gdy Rogers skakał po alejce, on wciąż posyłał kolejny strzały ze swojej rękawicy. W pewnym momencie jego broń zacięła się, spojrzał więc na nią szybko i ujrzał wbitą strzałę.
- Może nie jesteśmy Avengers, ale gwarantuję ci, że będziesz z nami miał równie dużo zabawy co z nimi - powiedział znajomy głos. Hawkeye i Madrox stali jakieś pięć metrów od żółtego przestępcy.
- No tak. I to jest pewnie ten moment w którym trzęsę portkami ze strachu? - Shocker uśmiechnął się szeroko pod maską.
- Tak właściwie to nie masz portek. Przyglądnąłem się twojemu strojowi i zauważyłem, że to coś bardziej jak kombinezon na który nakładasz... - Jamie zaczął nawijać, ale został zmuszony do przerwania gdy w plecy uderzył go silny strumień wody który spowodował powstanie trzech klonów, jednak skutecznie odrzucił detektywa na sporą odległość.
Hawkeye obrócił się szybko z łukiem gotowym do strzału. Steve także od dłuższego czasu nie przemieszczał się, pilnował by Rhino nie powstał, ale gdy zauważył atak na swojego towarzysza to również zwrócił swój wzrok w tamtą stronę. Przed dwójką bohaterów stało całe Sinister Six, czyli siły żywiołów w postaci Sandmana i Hydromana, technologiczni spece znani jako Dr. Octopus i Mysterio, oraz zabójczy łowcy zwani Kravenem i Vulture'em. Sześcioręki przywódca grupy zbliżył się do herosów i uśmiechnął nieprzyjemnie - Dobrze wiecie po co tu jesteśmy. Oddajcie nam włócznię a obędzie się bez zbytniego rozlewu krwi - zaoferował.
- Nie wiem jak Cap, ale ja mam zbyt dużo do zyskania by tutaj przegrać - Clint napinał łuk z trzema strzałami starając nie dać się ponieść nerwom.
Rogers nie wiedział co zrobić. Gdyby miała się wywiązać walka z całą tą grupą to pewnie nieźle pokiereszowaliby okolicę. Modlił się więc by jego przyjaciel nie zrobił żadnej głupoty.
- Odłóż broń, Hawkeye. To tylko łuk. Myślisz, że zrobisz komukolwiek z nas krzywdę? Poza tym, jest nas więcej - Octavius wyglądał na dość pewnego siebie - Nie wiem czego cię uczyli w szkole ale trójka zawsze przegrywa z szóstką.
- Szkoła życia uczy nas czego innego - cichy głos był słyszalny tylko dla przestępców, którym od razu przeszły ciarki po plecach.
Captain zwrócił głowę w bok bo zauważył, że Spider-man już się podniósł. Doskoczył do niego i podtrzymał go przed upadkiem - Nic ci nie jest?
- O rany, Steve. Zawstydzasz mnie przy moich śmiertelnych wrogach. Ja jestem cały, ale Moon Knight... - pająk spojrzał w miejsce gdzie powinien być związany biały pogromca, jednak była tam tylko sieć.
Niektórzy przestępcy rozglądali się dyskretnie, podczas gdy Kraven wyczulał swój węch, a Otto wciąż czekał na atak Bartona. Jednak nikt nie spodziewał się ataku z właściwej strony. Pierwszy padł Vulture. Atak przyszedł z góry, a Toomes wrzeszczał jak szalony gdy ostrza w kształcie księżyca wbijały mu się w plecy i pędziły przez całe jego ciało. Gdy spadli na ziemię, Spector chciał wykonać decydujące cięcie, ale reszta Sinister Six była szybka w działaniu. Kravinoff pochwycił dwa noże i rzucił się w lamparcim skoku w stronę napastnika. Ten jednak zdążył zrobić unik, z jednym ostrzem gotowym na kolejne ataki od grupy przeciwników, drugim odcinając płat skóry i mięsa z ciała łowcy. Rosjanin padł na ziemię koło zielonego ptaka.
- Takie świry czynią ten świat lepszym - powiedział do siebie Clint, po czym bez skrupułów wystrzelił pierwszą serię strzał w stronę wciąż nie zranionych członków SS.
Ramiona Octopusa były dostatecznie szybkie by sparować ten atak, ale nie to co miało dopiero nadejść. W następnej sekundzie przed doktorem pojawiło się kilku Madroxów, więc w samoobronie zamachnął na nich mackami z obu stron. Prawdziwe zaskoczenie przyszło gdy zimny kawał metalu rąbnął prosto w jego głowę, niszcząc przy tym okulary i dodając kolejnego urazu do jego czaszki. Sandman był już zajęty Moon Knightem więc Hydroman i Mysterio ruszyli na pomoc swojemu przywódcy. Ten pierwszy uwięził grupę Jamie'ch w swoim ciele i odrzucił tarczę Captaina w stronę właściciela. Mysterio strzelał z działka laserowego w rannego Spider-mana i oryginalnego Madroxa jak myśliwy do zwierzyny.
- Przestańcie się wreszcie ruszać! - krzyczał Beck. Pająk myślał natomiast o jakimś dowcipie w którym ująłby problemy z dopływem tlenu do mózgu w czasie noszenia akwarium na głowie.
Hawkeye jako jedyny miał czas by coś zrobić z tym osobnikiem, więc chwycił za strzałę paraliżującą, ale Hydroman dopłynął do niego i także uwięził. Ładunek ze strzały spowodował, że złoczyńca i herosi w nim przebywający, stracili przytomność.
- Dobra stary. Widzę, że sam się źle czujesz więc nie będę ci przeszkadzał - stwierdził Peter po tym jak został puszczony przez Jamie'ego. Widać było, że Jamie cierpi. Dwa dni temu z tuzin jego klonów umarł a, w trakcie tej walki, kolejne były ranione. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce.
Rhino już od dłuższej chwili przyglądał się walce, bo nie wiedział kogo miał zaatakować. W alejce nie było dużo miejsca i mógłby równie dobrze zdeptać Shockera. Po przyglądnięciu się zauważył jednak, że jego kompan zniknął. Nie miał jednak czasu zastanowić się nad tym faktem bo Spider-man wrócił do sił i zadał mu mocny kop w szczękę. Z drugiej strony czekał Madrox z otwartym kontenerem na śmieci, do którego wpadł głową złoczyńca.
zaczął rozejrzał się dokładnie. Jakimś sposobem Moon Knight zdołał pokonać Sandmana co czyniło go potencjalnie najgroźniejszym przeciwnikiem, bo sam pokonał połowę Sinister Six. Tymczasem Captain America właśnie powalił na ziemię Mysterio, a Hawkeye i klony Madroxa podnieśli się z rozpływającego się Hydromana.
- Żeby nie było nieporozumień, poradziłbym sobie z nimi - Spidey przerwał trwające milczenie, przez co wszyscy spojrzeli na niego wzrokiem mówiącym wystarczająco dużo - No, dobra. Jestem już cicho. Jednak czy kogoś tutaj nie brakuje?
- Shocker uciekł chwilę temu... Razem z włócznią - odpowiedział niechętnie Moon Knight.
- No, więc? Czemu go nie zatrzymałeś? - spytał przewrażliwiony Hawkeye.
- Byłem zbyt zajęty ratowaniem waszych tyłków. Jakiś problem? - Spector odwrócił wzrok od grupy bohaterów.
- Ciekawe od kiedy... - Barton zaczął, ale wstrzymał się gdy Rogers dał mu znak ręką.
Wszyscy stali w zniecierpliwieniu czekając aż ktoś inny się odezwie.
- Teraz jest ten moment w którym mówisz nam, że nie mamy szans czy mogę cię po prostu związać? - Peter podszedł do Octopusa i poklepał go przyjacielsko po plecach.
Jamie patrzył na ten numer z uśmiechem, po czym stwierdził
- Chcę go w drużynie.
- Nie! - odpowiedzieli jednocześnie Steve i Clint.
- W jakiej drużynie? - wtrącił Moon Knight.