Rozdział 8: Przegrupowanie
Autor: GrayFox

Operacja Market Garden, rok 1944. Bitwa trwała w najlepsze, wojska alianckie próbowały ze wszystkich sił wyprzeć armię faszystowskich Niemiec z holenderskiego miasteczka Arnhem. Walki przybierały na sile, w mieście było coraz goręcej. Niezwykłe bohaterstwo wojsk alianckich nie wystarczało do tego, żeby zapewnić sobie choćby tymczasowe zwycięstwo. Kapitan Ameryka wraz z Buckym prowadzili niezwykle niebezpieczne, praktycznie niemożliwe do powodzenia, natarcie piechoty na okop przeciwnika. Rogers twardo dowodził, był nieugiętym przywódcą, a jego charyzma dodawała przerażonym druhom woli walki, którą systematycznie tracili widząc jak ich towarzysze padają od nazistowskich naboi. Wojskom alianckim udało się wedrzeć do okopu niemieckiego, jednak Steve nie spodziewał się tego co tam znaleźli. Dowódcą Niemców był Johan Schmidt, zwany Czerwoną Czaszką, z uwagi na bestialskie zachowania w stosunku do pojmanych żołnierzy i ludności cywilnej. Steve miał okazję spotkać się już z nim parokrotnie, jednak ta potyczka z niemieckim generałem zmieniła największego bohatera tej wojny na zawsze. To wszystko stało się błyskawicznie – Steve rzucił się na Schmidta, który jednak zdołał uniknąć ciosu. Niemiec wyciągnął pistolet i strzelił do Kapitana, który nie zdążył zasłonić się tarczą, zadając dotkliwą ranę w lewym ramieniu. Barnes skoczył na pomoc swojemu przyjacielowi, jednakże Schmidt zdążył już wymierzyć ku niemu broń i wystrzelić. Bucky padł niczym rażony piorunem, a z jego ciała wylewał się potok ciemnoczerwonej krwi. Wstrząśnięty Steve Rogers zaprzestał walki i wezwał medyka, a Schmidt uciekł, cudem unikając kilku kul z amerykańskich karabinów…

Zaułek wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Porozwalane ściany bloków, poprzewracane kubły na śmieci, porozbijane szyby, pogniecione metalowe kraty, gdzieniegdzie plamy czerwonej posoki. Pośrodku tego całego bałaganu stała piątka bohaterów prowadząc dość ożywioną dyskusję.
- Szukamy włóczni Odyna Marc. Fury uformował tę drużynę specjalnie w tym celu. – powiedział Kapitan Ameryka w stronę Moon Knighta. Biały Rycerz podparł dłonią podbródek, jakby się intensywnie nad czymś zastanawiał.
- Tak. – powiedział wreszcie – Obiekt waszych poszukiwań czyni z nas sojuszników. Pomogę wam odnaleźć włócznię.
Jamie Madrox sprawiał wrażenie niezwykle uradowanego decyzją wysłannika Khonshu, w przeciwieństwie do swojego kolegi z zespołu, Clinta Bartona, który tylko prychnął pod nosem w odpowiedzi na deklarację Spectora.
- No to skoro on jest w drużynie, to ja też?
– rzucił Spider-Man, po dłuższej chwili milczenia, co w jego przypadku było wydarzeniem wręcz niespotykanym.
- Tak, jesteś. –
powiedział pewnie detektyw Madrox.
- Nie, nie jesteś. – odpowiedział gniewnie na przywódczo-rekrutacyjne zapędy Madroxa Hawkeye.
- W zasadzie nie widzę przeszkód, dla których miałbym cię nie przyjąć Spider-Manie. –
powiedział z serdecznym, przyjacielskim uśmiechem Steve Rogers. Hawkeye popatrzył na niego spod byka, jednakże dobrze wiedział, że takie zagrywki nie zadziałają na Steve'a i doświadczony Kapitan nie zmieni swojego stanowiska.
- Nie ufam mu. –
powiedział z przesadną pogardą w głosie Moon Knight.
- A ja nie ufam tobie, i co z tego? –
wzruszył ramionami Spider-Man.
- Przestańcie pieprzyć. – zaczął Barton wyraźnie wkurzony. – Ja nie ufam wam obu.
- Co? Dlaczego mi nie ufasz? Jak możesz? Przecież tyle nas łączy...!
– zaczął histeryzować Spider-Man, a ostatnie zdanie wypowiadał z udawanym płaczem. Moon Knight zdawał się powoli tracić cierpliwość, zaciskając mocno pięść, a powietrze aż zgęstniało od kłębiącej się wokół niego nienawiści.
- Ja dowodzę tą operacją. I ufam wam wszystkim, bez wyjątku. –
powiedział zdecydowanie Steve Rogers, patrząc dyskretnie na Moon Knighta. Mógł być pewien, że rycerz Khonshu zobaczył ten subtelny gest.
- No. Więc jestem w drużynie. –
stwierdził z zadowoleniem pająk.
- Jesteś. – odpowiedział z delikatnym uśmiechem Steve.
- Dobra, koniec już z tym! Rekrutacja zamknięta! Może zajęlibyśmy się dla odmiany ratowaniem świata? – wtrącił ironicznie Hawkeye.
- Zgadzam się. Shocker zawinął się razem z włócznią. Najlepiej byłoby go wytropić. Marc, możesz coś z tym zrobić? – spytał Kapitan Ameryka. Moon Knight lekko kiwnął głową, po czym przyłożył dwa palce do lewego przedramienia. Na karwaszu swojego pancerza miał tam mały komputer, wykonał kilka kliknięć.
- Frenchie jesteś na głośniku. Status celu.

- Jest już jakieś 6 kilometrów na północny wschód od was. Dokładne współrzędne przesyłam Ci do kombinezonu. – odezwał się miły, nieco starszy głos w komunikatorze.
- Podaj mi też status Lady Bullseye. –
zaproponował Spector, tym samym przypominając Spider-Manowi, że gdyby nie on, ta intryga mogłaby się zakończyć już dawno temu.
- Zatrzymała się. Znajduje się obecnie w Fisk Enterprises.

- Kurwa… - zaklął Hawkeye.
- Nie ma sensu się rozdzielać. Shocker ma włócznię. Musimy go ścigać. –
zapalił się do roboty Kapitan Ameryka. Moon Knight jednak szybko go poprawił.
- Nie Shockera a włócznię. Artefakt nabrał przyspieszenia, podejrzewam, że jest w samolocie.

- Dokąd leci? –
spytał Jamie Madrox.
- Za ocean. –odrzekł spokojnie, nie zdradzając żadnych emocji Moon Knight.

Marc zdecydował się użyczyć własnego samolotu do prowadzenia pościgu. Nie był to pojazd przystosowany do przewożenia grupy super bohaterów, jednakże Spector wolał to rozwiązanie, niż płaszczyć się przed Furym. Pojazd nie był może najwygodniejszy, gdyż zawierał tylko jedną skromną kwaterkę z łóżkiem i małą toaletę, ale w zamian miał wspaniałe uzbrojenie i mógł się poszczycić genialnymi wręcz osiągami, prawdopodobnie lepszymi niż jakikolwiek inny samolot na Ziemi. Ponadto, każdy z członków zespołu otrzymał od Frenchiego komunikator, dzięki któremu będą w stałym kontakcie. Rycerz Khonshu wraz z Frenchiem siedzieli za sterami i kontrolowali status celu i tor lotu, Spider-Man utkał sobie hamak przy suficie, Madrox wraz ze swoimi klonami grał w karty, a Hawkeye stał nad Moon Knightem wyraźnie go obserwując. Siedząc w samolocie Steve miał w końcu chwilę by rozprostować stare kości. Trochę się namęczył, ramię mu doskwiera, jednakże nie miał większych powodów do narzekania. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, ale ramię w które postrzelił go uliczny bandyta, jest tym samym, w które oberwał podczas operacji Market Garden. Podczas operacji w której na jego oczach, w jego ramionach, zginął Bucky Barnes, jego największy przyjaciel. Z trudem powstrzymywał łzy złości, zdawał sobie sprawę jak bardzo zawalił wtedy sprawę. Nie miał prawa brać na barki odpowiedzialności za życie tych młodych ludzi, nie miał prawa godzić się na udział w tym samobójczym biegu na okop wroga. Patrząc na Spider-Mana i Madroxa zaczął zastanawiać się, czy znowu nie popełnił tego błędu, godząc się na udział w tej misji. Ojczyzna ojczyzną, ale prowadzenie młodych ludzi na rzeź wcale ojczyźnie nie pomoże, a chwały też w tym nie ma. Jego rozważania nad sensem tej misji przerwało mu nękające go zmęczenie, któremu w końcu się poddał i usnął na podłodze, złożywszy ręce pod głową, którą to ułożył na tarczy i lekko podkuliwszy nogi. Hawkeye kiwnął tylko na Spider-Mana, a ten rozumiejąc go bez słów, pomógł zanieść Steve'a do kwatery, którą udostępnił Spector.
- Ojej, patrz jak słodko śpi. Jeszcze brakuje tylko kciuka w ustach i…-
zaczął żartować Spider-Man, ale pod złowrogim spojrzeniem Hawkeye'a, uniósł w geście bezradności ręce, po czym skoczył na swój hamak.

W gabinecie Wilson Fisk miał olbrzymie okna, które były wysokie na jakieś 5 metrów, czyli wysokość od podłogi do sufitu. Za nimi rozpościerał się piękny widok oświetlonego tysiącami malutkich światełek Nowego Jorku. Wilson nie zwracał jednak uwagi na ten widok, delektował się smakiem kubańskiego cygara. Zajęcie to pochłaniało niemalże całą jego uwagę i nie pozwalało skupić się na niczym innym, za wyjątkiem bawienia się diamentową głownią czarnej laski, którą podpierał się Fisk.
- Panie Fisk? – przerwała rozkoszowanie się swojego szefa sekretarka. – Już jest.
- Niech wchodzi. – rzekł zimno Fisk.
Do pomieszczenia wszedł wysoki, dobrze zbudowany, lekko pochylony mężczyzna. W ciemnościach jakie spowijały jego sylwetkę dało się zauważyć, że ma na głowie jakiś kaptur.
- Bullseye zawiodła, tak samo jak Sinister Six. Miałeś rację mówiąc, że Octopus to relikt przeszłości. Nie należało wciągać go w tę sprawę. Mamy za to kilka nowych informacji.

Mężczyzna postąpił naprzód kilka kroków, a jego sylwetka ukazała się w delikatnym oświetleniu jakie było akurat włączone w gabinecie Wilsona Fiska. Miał na sobie pomarańczowy kaptur, na twarzy maskę z czerwonymi ślepiami, a na plecach coś na kształt skrzydeł.
- Słucham. –rzekł mężczyzna z przerażającym uśmiechem. W jego głosie było coś nieziemskiego, coś co pochodzi jakby z samych czeluści piekieł…

Petersburg, Rosja. Wieża wydała zgodę na lądowanie pewnego samolotu transportowego. Z jednej z czarnych limuzyn jakie czekały już na lotnisku wyłoniło się kilku osobników w długich płaszczach. Jeden z nich wybitnie wyróżniał się od reszty. Miał ponad 2 metry wzrostu, długie blond włosy i białą jak śnieg skórę…