Rozdział 11: Jihad
Autor: GrayFox
Krew. Krew spływająca po policzku to pierwsze co poczuł Biały Rycerz. Stracił na chwilę przytomność po zniszczeniu samolotu i jego rozbiciu na moskiewskich przedmieściach. Zaklął tylko pod nosem i zaczął wygrzebywać się spod paru kilogramów stali i tworzyw sztucznych, które odpadły z pojazdu podczas wybuchu rakiety, a później zderzenia z ziemią. Nieopodal zobaczył swojego przyjaciela, który leżał przygnieciony metalową śluzą. Skanery w kombinezonie Moon Knighta pozwoliły stwierdzić, że Jean Paul Duchamp żyje, jednak jego noga wymagała natychmiastowej pomocy medycznej. Nie mógł zostawić przyjaciela na śmierć, bo taki los zapewne by go czekał, jeśli nie zostałaby mu udzielona pomoc. Albo zmarłby od obrażeń, albo od ruskiego bagnetu. Nie miało to jednak większego znaczenia, bowiem Marc miał na celu uratowanie francuskiego pomagiera. Musiał działać szybko więc czym prędzej odrzucił śluzę, podniósł przyjaciela, zabrał z samolotu plecak, którego zawartość stanowiła odzież cywilna i szybko ulotnił się z miejsca zdarzenia, tym bardziej, że coraz to więcej gapiów zaczęło zbierać się przy wraku jego samolotu.
- Ktoś mi za to, kurwa, zapłaci. – powiedział sam do siebie wyraźnie zdenerwowany utratą swojego pojazdu i stanem zdrowia Frenchiego. Nie zamierzając tracić czasu przebrał się szybko w cywilne ubranie. Nie było to trudne gdyż część jego zbroi mógł nosić pod cywilnymi ciuchami, podczas gdy resztę schował do plecaka. Słyszał nad sobą łomot silników rosyjskich myśliwców, przypominający huk gromu, a z najbliższej ulicy dobiegały odgłosy należące ewidentnie do moskiewskiej milicji i sił specjalnych.
Bocznymi uliczkami Marc przeniósł Frenchiego w bezpieczne miejsce. Po drodze dwa razy musieli udawać miejscowych meneli, bowiem nawet w tak parszywych miejscach natrafili na patrole rosyjskiej milicji. Moon Knight ma kilka takich kryjówek w Europie, na wypadek jak zwykł to nazywać Jihadów. Khonshu jest tajemniczy i często wysyłał go w różne rejony świata, a podczas każdej takiej wędrówki Biały Rycerz przewoził część sprzętu. Powstałe w ten sposób kryjówki to był prawdziwy dom z daleka od domu.
Frenchie leżał na czymś co przypominało stół operacyjny. Spector nie był najlepszym medykiem, a tym bardziej chirurgiem, jednak dzięki wsparciu oprogramowania medycznego w swoim kombinezonie udało mu się jako tako poskładać swojego kumpla, który jednak mimo wszystko nadal potrzebował specjalistycznej opieki medycznej.
Po jakichś dwóch godzinach, na dworze było już kompletnie ciemno. W Rosji słońce zachodzi w piorunującym tempie, Moon Knightowi jednak wcale to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Swoje święte wojny wolał przeprowadzać przy srebrzystym blasku księżyca. Sygnał włóczni był niezwykle słaby, jednak pozwalał w miarę dokładnie zlokalizować jej położenie. Marc wgrał dane do swojego kombinezonu i już miał wychodzić kiedy w drzwiach pojawił się Frenchie.
- Wracaj do łóżka. – nakazał zdecydowanie wojownik z księżycem na piersi.
- A co ty zrobisz beze mnie dzieciaku? – uśmiechnął się były najemnik francuskiego pochodzenia. Ledwo trzymał się na nogach, musiał opierać się na ościeżnicy.
- Jean, twoja noga jest w stanie katastrofalnym. Zrobiłem co mogłem, ale musisz ją oszczędzać.
- Nie rób ze mnie durnia młody. Przed gangreną nie ocali mnie to, że będę leżał w łóżku.
Oczy Marca Spectora są zupełnie niewidoczne gdy nosi maskę. Zamiast tego rozbłyskują gniewnie niebieskie ślepia Rycerza Khonshu, ślepia wzbudzające strach, zwiastuny śmierci i pożogi. Ale tym razem to Moon Knight się bał. Bał się, bo wiedział, że Frenchie ma rację. W chwili obecnej wahał się pomiędzy zakończeniem misji, a jej kontynuowaniem, między ryzykiem śmierci przyjaciela, a ryzykiem śmierci całego świata, bo to właśnie by go czekało jeśli Spector zawiedzie.
- Mam tylko ciebie. –powiedział cicho Rycerz Khonshu opuszczając lekko głowę. Jean nigdy nie słyszał by Marc wyrażał się w ten sposób i dał temu wyraz stojąc z ustami rozdziawionymi i nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Moon Knight jednak nie czekał na jakiekolwiek słowa. Prędko wyszedł do kaplicy swojego boga, gdzie złożył modły, by Khonshu zaopiekował się Frenchiem.
Szalała zamieć, a temperatura spadła dość znacząco. Było to zaskakujące zjawisko, bo nic nie zapowiadało tak znacznego pogorszenia się pogody. Wprawdzie kombinezon jest w stanie ochronić Marca przed nawet większym mrozem, jednak tak drastyczny spadek temperatury i ostry, mocny wiatr, dały się we znaki Spectorowi. Przyrządy namierzające zainstalowane w kostiumie wariują, tak jak i komunikatory. Niestety mimo usilnych prób nie udało się skontaktować z Hawkeyem. Tylko jego komunikator działał. Możliwe, że mieli jakieś kłopoty. Jednak Moon Knight nie martwił się bo wraz z Hawkeyem jest czterech innych facetów. A nawet trzystu czterech jak zajdzie taka potrzeba.
- Frenchie, status celu. – powiedział Biały Rycerz przyciskając dłoń do komunikatora.
- Magazyn na północny wschód od twojej aktualnej pozycji, około kilometra.
Rycerz Khonshu udał się w wyznaczonym kierunku. Pogoda nie rozpieszczała, tak porywisty wiatr nie pozwalał szybować przy użyciu peleryny, dlatego też rycerz musiał iść piechotą. Po jakichś 10 minutach był na miejscu. Wystrój okolicy stanowiły przeróżne stalowe kontenery z bóg jeden wie jak szemranym towarem. Bohater jednak ani myślał się nad tym zastanawiać. Przełączył wizjer na tryb termowizyjny co było oczywiście dobrym posunięciem, bo w takiej zimnicy powinno być wszystko widać jak na dłoni.
- Frenchie, masz wizję?
- Tak, choć przez ten cholerny wiatr obraz nieco szumi. Poruszaj anteną trochę. – zażartował Jean Paul Duchamp.
- Bardzo zabawne. Widzę piątkę bandziorów szerokich w barach. Trójka siedzi przy stoliku, pozostała dwójka to patrol z bronią palną. Znajdź plany magazynu i prześlij mi je. Muszę znaleźć jak najdyskretniejsze wejście.
- Ok., poczekaj chwilę. Przesyłam dane… i już.
Według planów znalezionych przez Francuza najlepsze miejsce znajdowało się na tyłach budynku gdzie była kratka wentylacyjna. Rycerz Khonshu już miał się udać w to miejsce, gdy rozległ się alarm zbliżeniowy jego kombinezonu. Bohater odwrócił się szybko, jednak nie zdążył na czas. Spector przez ułamek sekundy w trybie termowizyjnym zobaczył kogoś o temperaturze nieco niższej niż standardowe trzydzieści sześć stopni. Ten ktoś był duży i silny, jeden jego cios odrzucił Rycerza Khonshu na dobrych kilka metrów.
- Ktoś tu chyba znalazł się za daleko od domu, prawda Amerykaninie? – powiedział kolos, opierając się jedną wielką dłonią o kontener.
- Frenchie, masz wizję?
- A niech to szlag Marc. On cię zabije, uciekaj! – krzyczał przerażony Duchamp, jednak Spector nie podzielał tego strachu.
- Kim jesteś? – spytał heros, jednak bez przekonania, jakby nie spodziewał się jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony rosłego jegomościa.
- W zasadzie to mógłbym zapytać ciebie o to samo, tawarisz. Jednak nie muszę wiedzieć kim jesteś. Wystarczy, że wiem po co tu przyszedłeś. – powiedział wielkolud, po czym szybkim truchtem ruszył na swojego znacznie mniejszego przeciwnika. Spector czuł jak trzęsie się pod nim ziemia. Jego oponent, ewidentnie Rosjanin, miał jakieś 220 do 230 centymetrów, a przy jego budowie i sile musi ważyć około 170 kilogramów. Zdecydowanie nie jest to ktoś z kim Marc może iść na wymianę ciosów. Rycerz Khonshu przeskoczył nad Rosjaninem i lądując za jego plecami zadał cios w nerki. Wielkolud zawył przeraźliwie, a Moon Knight idąc za ciosem wrzucił mu do ust miniaturową bombę, która po chwili eksplodowała. Jej odgłos był jednak przytłumiony, a w dodatku zagłuszał go wyjący niczym wilk wiatr, toteż nie zaalarmowało to żadnego strażnika. Moon Knight pewnie ruszył w stronę magazynu, gdy nagle coś chwyciło go za rękę. Była to macka, z przedziwnego stopu metalu. Marc nie rozpoznawał go, także baza pierwiastków w jego kombinezonie nie potrafiła ustalić konkretnie co to za materiał. Najdziwniejsze jednak było to, że owa macka wyszła z nadgarstka wielkoluda, któremu przed chwilą Marc rozwalił łeb. A przynajmniej tak mu się wydawało, bo gdy kurz opadł, wielki, blady Rosjanin o bujnych, długich blond włosach stał przed nim, z ust ciekła mu krew grubymi strugami. Teraz Spector widział go dokładnie, mógł mu się przyjrzeć, spojrzeć w te nienaturalne, zmutowane, czerwone ślepia, pełne nienawiści i żądzy mordu. W pewnym sensie czuł się, jakby patrzył w swoje własne.
- Jestem Arkady Rossovitch robaku. Omega Red.
Po tych słowach wyrzucił z całej siły Moon Knighta, aż ten wpadł do odległego o około 50 metrów magazynu. Zdezorientowani gangsterzy przez chwilę nie wiedzieli co się stało, lecz szybko opanowali to uczucie i zabezpieczyli teren przy Rycerzu Khonshu. Spector szybko wstał i pozbawił strzelby jednego z bandytów i tą zdobyczną bronią zastrzelił drugiego uzbrojonego zbira. Oberwał jednak raz, przez co jego kombinezon uległ małemu uszkodzeniu. Reszta walcząc wręcz nie stanowiła wyzwania dla wysłannika egipskiego boga księżyca, każdemu z nich Moon Knight połamał co najmniej jedną kończynę, by wyłączyć ich z walki na dobre.
- Markhh… Markhhh khurwa!
- Jestem Frenchie. Uderzenie trochę rozstroiło komunikatory, poruszaj anteną.
- Nie mamy czasu na żarty do cholery! Znajdź włócznię i spieprzaj stamtąd! Nie walcz z Rossovitchem, on cię zabije. – Frenchie był wyraźnie podenerwowany, Marc nigdy jeszcze go takiego nie słyszał.
- Na wszelki wypadek sprawdź jak z nim walczyć. Ten koleś to mutant, skontaktuj się z Madroxem, może będzie coś wiedział. – powiedział i rozpoczął przeszukiwanie magazynu. Nie miał jednak zbyt dużo czasu, gdyż zaraz do pomieszczenia wszedł zakrwawiony i wściekły Omega Red. Rosjanin zaczął szybkim krokiem zmierzać do herosa, który próbował tej samej sztuczki co ostatnio. Próbował przeskoczyć nad Arkadym, jednak ten w połowie skoku złapał Moon Knighta za pelerynę i cisnął o drewniane skrzynie, które roztrzaskały się w drzazgi. Macki Rossovitcha podpełzły do Rycerza i złapały go za nogi i uniosły wysoko w górę.
- Niepotrzebnie tu przybyłeś Amerykaninie. Teraz stracisz życie w walce za nie swoją sprawę.
- Frenchie…ten Jihad to chyba nie był najlepszy pomysł… -powiedział Marc z przekąsem, wisząc głową w dół i czując krew. Ciepłą krew spływającą po policzku…
