Rozdział 12: Ludzie i Maski
Autor: Skulker

Rosja, okolice Moskwy
Jeszcze parę dni temu zajmował się zabijaniem śmieci które mieszkały w Nowym Jorku. Kilka godzin temu dołączył do drużyny która mu nie ufała, stracił samolot, a jego jedyny przyjaciel wykrwawiał się na śmierć. Teraz zwisał zwisał głową w dół trzymany przez coś o imieniu Omega Red, co przeżyło wybuch bomby wepchniętej do gardła.
-Przynajmniej gorzej być nie może.-mruknął bohater
-Co tam jęczysz tawariszu?- spytał Omega Red- Chyba nie jesteś tak głupi by błagać o litość. Tu jej nie dostaniesz.
-Doskonale.- Moon Knight rzucił kolejną bombę w twarz Rosjanina. Nie dało to dużego skutku, ale Omega puścił bohatera. Moon Knight podciął go i przygniótł do ziemi- Więc sam nie muszę się hamować.
Moon Knight chciał złamać przeciwnikowi kark, gdy nagle poczuł odpływ sił. Jedna z macek Omegi Reda trzymała go za nogę.
-Proklatnyj Amerykaniec! - Omega Red rzucił bohaterem o ścianę- Zapłacisz za swoją bezczelność. Połamię ci wszystkie kości i...
-Zamknij się Red.- wycharczał Spector- Wielu próbowało mnie załatwić. Wszyscy zawiedli.
Moon Knight stracił przytomność.
-Ach tak?- wrzasnął Omega Red podnosząc bezwładne ciało bohatera- Ale żaden z nich nie był mną!
Macki Rosjanina owinęły się wokół szyi Moon Knight. Omega Red uśmiechnął się podle...
-Omega!
-Zły czas szefie- warknął przestępca do swojego komunikatora- Właśnie usuwam kapitalistyczne śmiecie.
-Chcę przesłuchać tego człowieka. Przyprowadź go do mnie.
-Chyba. Sobie. Żartujesz.
-Omega, to rozkaz.
Przestępca milczał przez chwilę.
-Tak jest tawarisz.

Nowy Jork, wieżowiec Fisk Enterprises.

Hobgoblin wszedł do gabinetu Kingpina. Na rękach miał krew.
-Twoi ludzie od tortur to partacze Fisk, przez przypadek sklonowali mutanta w czasie naszej sesji.
-Ukarzę ich później, czego się dowiedziałeś?
-Nie kłopocz się tym już się tym zająłem- powiedział goblin wycierając ręce z krwi- Tylko ktoś musi sprzątnąć ciała. W każdym razie mutant nie wiedział zbyt dużo, tylko że lecą do Rosji na pokładzie statku należącego do Moon Knighta. Udało mi się poznałem inne ciekawe rzeczy, ale to teraz nieistotne. A co u ciebie?
-Moi ludzie skontaktowali się Shockerem. Kilka dolców plus moje nazwisko i wszystko wyśpiewał. Włócznia jest w rękach komunistów.
-To zawęża poszukiwania do kilkunastu ważniejszych placówek. Nie masz więcej danych?
-Nie, ale na miejscu skontaktujesz się z moimi sojusznikami.- Kingpin zaczął przeglądać jakieś dokumenty- Będą mieli potrzebne dane.
-No to nie tracę czasu.
Hobgoblin skierował się do wyjścia
-Kingsley.
Hobgoblin zatrzymał się w drzwiach.
-Jeżeli jeszcze raz zabijesz moich ludzi bez pozwolenia- kontynuował Kingpin- dopilnuję byś nie znalazł roboty w tym mieście.
Mężczyźni mierzyli się wzrokiem przez chwilę.
-Były czasy kiedy po prostu zabiłbym cię jedną bombą i ogłosił się nowym Kingpinem.
-Spróbowałbyś mnie zabić.- poprawił go Kingpin- I masz rację: były takie czasy. Dziś jeśli wiesz co dla ciebie dobre będziesz wykonywał rozkazy.
-Oczywiście szefie- wycedził przestępca.
Już miał wyjść gdy coś mu przyszło do głowy.
-Shocker jest złodziejaszkiem drugiej klasy, nigdy nie był w Rosji. Jakim cudem poznał komunistycznego szpiega?
-Domyślił się. Co prawda nie rozpoznał twarzy, ale zauważył charakterystyczny przedmiot. Był to pas do zmiany wyglądu, którego właścicielem jest
-Tawarisz Kameleon!
Rosja, magazyn niedaleko Moskwy.
Kameleon wszedł to gabinetu generała Wasilija Gordowa. Na krześle przed nim siedział związany Moon Knight, a pod ścianą stał Omega Red.
-Mamy gościa towarzyszu Kameleon. To Amerykaniec. Wiecie co to oznacza?
-Że przyleciał za mną z Nowego Jorku.- stwierdził beznamiętnie przestępca- Można było się tego spodziewać.
-To oznacza że spapraliście robotę!- Gordow walnął pięścią w stół- Jaki jest z was pożytek skoro nie umiecie zatrzeć za sobą śladów?
-Nie było na to czasu towarzyszu. To było pewne że w końcu złapią trop.- odparł Kameleon, dalej nie zdradzając żadnych emocji- Dlatego uważam że powinniście pozwolić mi opuścić bazę z Włócznią zanim...
-Nie!-przerwał mu gen. Gordow- Drugi raz nie zepsujecie sprawy! Ten budynek jest chroniony przez moich najlepszych ludzi i żaden parszywy Amerykaniec go nie zdobędzie.
To mówiąc trzepnął Moon Knighta w twarz.
-Poza tym odkąd tu przybyłeś nie możemy połączyć się z dowództwem. Bez ich pozwolenia nigdzie cię nie puszczę.
-To nie są zwykli Amerykanie generale. Oni...
-Tawariszu generale!- do pokoju wbiegł jakiś żołnierz- Złapaliśmy resztę Amerykańców.
-Pokażcie ich!
Żołnierz zaprowadził Gordowa i Kameleona do na zewnątrz.
Stały tam dwa tuziny żołnierzy z bronią wycelowaną w czwórkę bohaterów.
-"To nie są zwykli Amerykanie"- zaśmiał się Gordow- Oj tawariszu Kameleon, zmiękliście w tej Ameryce. Jak tylko połączymy się z dowództwem...
Ale Kameleon nie słuchał go. Podszedł do Kapitana Ameryki. Przez chwilę mierzyli go wzrokiem, po czym zerwał mu maskę.
-Idioci, to nie jest Ameryka- Kameleon zerwał maskę Spider-mana. Mieli identyczne twarze- Nabrali was!
Nagle usłyszeli wybuch.
-Wszystkie jednostki do magazynu.- rozkazał Gordow- Nikt nie może ujść z życiem.

Tymczasem wewnątrz magazynu trwałą jatka między żołnierzami komunistów a bohaterami przebranymi w radzieckie mundury i prowizoryczne maski. Hawkeye i Madrox zdejmował kolejnych żołnierzy, podczas gdy Spider-man i Kapitan Ameryka przebijali się do gabinetu Gordowa.
-Jesteś pewien że tam znajdziemy Moon Knighta?- spytał Steve, waląc tarczą w kolejnego przeciwnika
-Nie.- Spider-man złapał jakąś skrzynie siecią, po czym rzucił nią w grupę żołnierzy- Mogli znaleźć Tropiciela którego mu podrzuciłem. Mimo to nie mamy lepszego tropu.
Już dotykali klamki gdy dwie metalowe macki przebiły drzwi, łapiąc bohaterów.
-Śmierć kapitalistom!
Madrox chciał rzucić się na pomoc, ale Hawkeye go powstrzymał.
-Ja im pomogę, ty musisz zatrzymać nadchodzących żołnierzy.
-Niby jak? Wystrzelają mnie jak kaczki!
Hawkeye tylko wskazał palcem na skrzynie którą rzucił wcześniej Spider-man. Tera była zniszczona i leżało tam masa broni.
-Nie wiem jak jej używać...
-To ucz się. Masz jakąś setkę żyć do wykorzystania.- Hawkeye pobiegł w stronę Omegi i strzelił w niego strzałę wybuchową.
Rosjanin oberwał, ale nie puścił bohaterów. Zamiast tego zaczął walić nimi jak pięściakami.
W tym momencie Spider-man przylgnął do podłogi jedną ręka i pociągnął za mackę Omegi Reda drugą. Przestępca uderzył o ścianę, po czym oberwał kolejną porcją strzał i tarczą Kapitana Ameryki. Mimo to wstał i ponownie zaatakował.
-Nie wiem czy damy mu radę.- powiedział Spider-man unikając kolejnego ataku- Jego ciało jest zbudowane z Carbonadium, nie zranimy go.
-Ty mógłbyś, ale wstrzymujesz się.- odezwał się głos w głowie Petera
-O nie tylko nie ty!
-Choć raz przestań nie zachowuj się jak dzieciak. To nie jest jakiś złodziejaszek, to komunistyczny terrorysta. Nawet rząd zabija takich ludzi.
-Mam to gdzieś, to wciąż człowiek.
-Mutant, jeśli chodzi o ścisłość.
-Ej, to było rasistowskie.
-Wszystko jedno, nie zasługuję by nazywać go człowiekiem. Jak możesz pozwalać mu żyć, przez takich ludzi jak on zginęli twoi rodzice? Czy tak czcisz ich pamięć?
-Dość!- Peter złapał się za głowę- Nie zmusisz mnie do tego ponownie. Jestem bohaterem, ja nie zabijam, ja chronię! Bo z wielką mocą idzie...
-Uważaj!
Kapitan Ameryka odrzucił Spider-mana na bok, a sam zablokował uderzenie Omegi Reda.
-Potrzebuję twojej wiedzy pajączku- powiedział Rogers- Mówiłeś że jak nazywa się ta stal?
-Carbonadium.- powiedział Spider-man- Coś jak rosyjski odpowiednik adamantu.
-Jest słabsze od niego?- spytał Steve
-Raczej tak, ale jakimś cudem Wolvie nie jest w tej historii, by nam pomóc. Zresztą nie jestem pewien czy adamant by wystarczy.
-Nie szkodzi, mam coś lepszego.- powiedział Steve ściskając tarczę- Hawkeye, manewr Avengers 3-1.
-Co?- spytał zdezorientowany Peter, ale tamci już ruszyli
Hawkeye wystrzelił cztery strzały wybuchowe po czym skoczył na mutanta. Ten nie dał się zaskoczyć i złapał go w locie. W tym momencie łucznik wyciągnął strzałę oślepiająca i uaktywnił ją. Na chwilę cały magazyn pokrył się jaskrawym światłem. Jedyną nieoślepioną osobą był Steve który zamknął oczy i z pamięci ruszył na wroga. Skoczył na niewidomego komunistę i wbił bok tarczy prosto w jego szyję.
Po chwili Peter odzyskał wzrok i zobaczył zdekapitowane ciało Omegi Reda.
-Zabiliście go!
-Zrobiliśmy co było trzeba.- odparł Rogers, po czym ruszył z Hawkeye'm przeszukać resztę budynku.
-Już jestem.- powiedział Madrox wesoło wchodząc do magazynu- Słabo mi szło z tymi karabinami, więc po prostu użyłem ich jak maczug. Trochę mnie poumierało, ale wyszło. A jak u was?
Po chwili ujrzał głowę Omegi Reda.
-O.- spojrzał niepewnie na Spider-mana- ee, wszystko gra?
-Nie. - oparł Spider-man głucho- A ty się zamknij.
Dopiero po chwili mutant zrozumiał że ta druga kwestia nie była do niego. Zanim wymyślił co odpowiedzieć do pokoju wrócił Clint i Steve.
-Magazyn jest pusty, ani śladu po Włóczni czy jakimś przywódcy tego ośrodku.
-To nie powinien być problem- stwierdził Madrox- Tą część klonów która ani nie umarła ani nie pilnuję więźniów czy Kolosa wysłałem by otoczyli teren. Ktokolwiek to jest nie wymknie się.
-Moon Knighta też nie ma.
Zapadła cisza.
-To mogę z powrotem mój kostium?-spytał Hawkeye

Tymczasem trochę dalej Kameleon i generał Gordow szli biegli przez las. Ten pierwszy trzymał Włócznię.
-Przeklęci Amerykance.- przeklinał Gordow- Na szczęście mam ukrytego jeepa dwieście metrów stąd. Oddalimy się i może uda nam się połączyć z dowództwem. A dalej...
-Nie
Rosjanie obejrzeli się i zobaczyli Moon Knighta.
-Nie będzie żadnego "dalej". Kończycie tutaj.
Gorodw sięgnął po pistolet, ale dostał moonarangiem. Kameleon puścił Włócznię Odyna i rzucił się na przeciwnika. Mimo ran i zmęczenia Moon Knight okazał się jednak szybszy. Uniknął ataku po czym wbił przeciwnika w ziemię. Już zamierzał skręcić mu kark, gdy poczuł ból z tyłu głowy. Moon Knight padł nieprzytomny od uderzenia w tył głowy karabinem, trzymanym przez Madroxa.
-Możesz iść dalej- powiedział z zagadkowym uśmiechem- Tylko nie wolno ci go dobijać. Poza tym dalej czeka więcej mnie, takich którzy ci nie pomogą.
Mówiąc to poszedł dalej w głąb lasu, obserwowany przez zdziwionych komunistów.
-Co to było?-spytał zdziwiony Gordow- Czemu te świry walczą z swoimi?
-Zabawne że o tym wspominasz.- Kameleon wyciągnął pistolet i zastrzelił Gordowa- Mógłbyś się jeszcze przydać, ale mam tylko jeden pas. Na razie towarisz.
Kameleon zmienił się w Madroxa, po czym podniósł Włócznię. Madrox obserwował go zza drzewa jak biegnie dalej, uśmiechając się tajemniczo.

Nowy Jork, Harlem
Podczas bójki w barze, jeden koleś stracił życie. Kilku przestępców niosło jego zwłoki do śmietnika. Jeden z nich uniósł klapę i spojrzał.
-Cholera, ten już zajęty.
Chciał zamknąć go z powrotem, gdy nagle coś go uderzyło. Szok odkrycia otrzeźwił go z piwa, które przed chwilą wypił.
-Sami się nim zajmijcie mam coś do zrobienia.
Mężczyzna pobiegł do budki telefonicznej.
-Dajcie mi Kingpina i to szybko. Mam ważne wieści: Włócznia nie jest już w rękach komunistów.
W śmietniku leżało martwe ciało Kameleona.

Tymczasem w Rosji mężczyzna stwierdził że podczas walki z Moon Knightem uszkodził mu się pas. Na szczęście był już daleko i dalej go nie potrzebował. Mężczyzna wyłączył urządzenie zagłuszające, które cały czas miał przy sobie i wyjął komunikator.
-Crossbone do Red Skulla. Umknąłem Kapitanowi i jego kompanom.
-Bardzo dobrze żołnierzu, ale twoja robota jeszcze nieskończona. Twój następny przystanek: Anglia.