Rozdział 13: Bogowie nie kłamią
Autor: Dżentelmen

Odbudowa Asgardu szła powoli, ale zamek rodziny królewskiej został odbudowany jako pierwszy, więc Loki powracając z ruin miasta mógł odpocząć w pełnym spokoju na swoim łożu. Westchnął donośnie ze zmęczenia. Starał się wszystkie swoje sprawy utrzymać w ryzach, ale szło to coraz trudniej. Przynajmniej mógł odpocząć od całej tej bandy idiotów która wyruszyła na poszukiwania po dziewięciu światach. Nagle ktoś zapukał do wrót jego pokoju. Nie spodziewał się gości a robotnicy raczej nie zawracaliby mu głowy po całym dniu pracy. Miał dość tego, że w ogóle musiał pracować z jakimiś podrzędnymi śmieciami. To wszystko było winą Odyna który nie pozwalał na użycie magii przy odbudowie miasta, a nawet rzucił własny czar który by powstrzymywał jego przybranego syna. Bóg kłamstw podniósł się powoli po czym odrzekł niechętnie - Proszę.
Drzwi otworzyły się samoistnie na głos bruneta. Nie chciało mu się spojrzeć nawet kto właściwie złożył mu wizytę więc dalej leżał na wznak na zdecydowanie zbyt dużym łóżku.
- Nie zasługuję na to byś mnie przywitał? - był to głos którego syn Laufeya nie słyszał od wielu wieków. Właściwie wydawało mu się, że jest to jedna z niewielu osób do których odczuwał pewien szacunek. Lecz nie w pozytywnym znaczeniu. Po prostu rozumiał potęgę poszczególnych istot i o ile by nie musiał to wolał nie walczyć z nimi.
Asgardczyk podparł się jedną ręką i przyjrzał przybyszowi - Jezu Chryste - te słowa w pełni oddały to kim był ten osobnik - Co cię sprowadza w nasze skromne progi?
- Nie nazwałbym ich skromnymi, choć wasze królestwo ucierpiało nieco. - Jezus przymknął oczy, co było oznaką sarkazmu. Mimo tego, że nie miał wyznawców w innych światach niż Midgard to wiodło mu się o wiele lepiej niż jego rozmówcy. Mimo, że Bóg którego można zobaczyć jest bardziej realny to gdy trwają starcia w których Thor lub ktokolwiek inny niszczy świat w niepotrzebnych bitwach, to właśnie ojciec Chrystusa zyskuje na tym najbardziej. Zupełnie niczym w powiedzeniu "Jak trwoga to do Boga".
- Długo się nie widzieliśmy - zauważył trafnie Loki. Zebrał się nawet na tyle by powstać i przysunąć temu drugiemu krzesło, oraz skinąć głową na wywar pitny w drewnianym naczyniu.
Na proponowany napitek Jezus odmówił kiwając głową na boki, jednak usiadł wygodnie i odpowiedział - Rzeczywiście. To było za czasów gdy jeszcze żyłem. 40 dni postu.
- Miałem wtedy niezłą zabawę - asgardczyk nalał sobie do kufla i wziął spory łyk - A ty zyskałeś na tym. Jednak nie rozumiem co sprowadza cię tutaj - przebiegł spojrzeniem po swoim rozmówcy. Rzadko kiedy bóstwa spoza nordyckiego panteonu składały mu wizyty. Ostatnio chyba... chyba nigdy. Nawet gdyby nie miał nosa to czułby, że coś było nie tak.
- Wiem co chcesz zrobić - otrzymał w odpowiedzi. Chrystus zmarszczył brwi i zaczął jakby wypełniać całą przestrzeń dookoła swoją obecnością.
- Więc wiesz także, że to ciebie nie dotyczy - zimny pot spływał po czole Lokiego lecz nie mógł dać się tak łatwo podpuścić.
Jezus powstał i skierował się ku wyjściu. Obrócił się tylko jeszcze na chwilę - Pozdrów Odyna gdy się obudzi, dobrze?
- Pewnie - usta boga rozszerzyły się w sztucznym uśmiechu. Gdy ten drugi już wyszedł, asgardczyk padł na łóżko, zmęczony jeszcze bardziej, tym razem psychicznie - Głupi gnojek. Przecież może mieć większy wpływ na to wszystko niż ja. Ja już skończyłem robotę.

Tymczasem gdzieś w Midgardzie, pewien inny asgardczyk bardzo się niecierpliwił. Mimo tego, że jego wspólnik zapewniał mu wszystkie możliwe wygody to wolałby się skupić na swoim zadaniu - Dlaczego musimy czekać? Skoro wiemy kto ma włócznię to możemy ją odebrać.
Paladin który wylegiwał się w jacuzzi skinął głową na dwie towarzyszące mu kobiety, a te natychmiast opuściły pomieszczenie, nie tracąc nawet czasu na ubranie się. Najemnik pociągnął łyk whisky z butelki po czym zwrócił się do towarzysza - Nie chodzi tylko o zdobycie włóczni. Nawet jeśli nam się to uda to wciąż wiele osób ma na nią chrapkę. Zaatakujemy gdy zagrożenie będzie minimalne, chyba, że zdarzy się coś nieoczekiwanego. - wytłumaczył.
- Jestem wojownikiem. Takie podchody to nie dla mnie - oburzył się Executioner.
Paul zaśmiał się donośnie - Też mam swoją dumę, lecz rzucanie się w wir walki bez żadnej strategii to działanie głupca.
Asgardczyk podniósł wyżej swój topór - Waż się ze słowami. Jeśli dalej będziesz odzywać się w ten sposób to potraktuję cię tak jak Lokiego.
- To zabawne, że o nim mówisz. Spodziewałbym się, że chciałby zdobyć włócznię by przypodobać się Odynowi.
- Rzeczywiście chciał tak uczynić - przyznał mu rację - Jednak to on przysporzył się do upadku naszego królestwa więc łatwo sobie wyobrazić jaka była odpowiedź wszechojca.
- Zaiste - Paladin podniósł się powoli po czym otulił w ręcznik - A co z pozostałymi światami? - zapytał, kierując się ku wyjściu.
Executioner powstał i ruszył za nim - Zdziwiłem się, że to mnie wybrano do odwiedzenia Midgardu, ale nie mam nic przeciwko temu. Thor i inni zostali rozesłani po reszcie królestw ale nie mam teraz kontaktu z Asgardem - zamilkł na chwilę gdy weszli do pomieszczenia pełnego broni - Loki ostrzegł mnie przed podróżą.
- Wiedział, że to ja mam włócznię? - Paul zatrzymał się, wyglądał na zaniepokojonego - Będzie próbował ją zdobyć?
Executioner pokręcił głową na boki - Nie. Jego moc jest bardzo ograniczona. Ostrzegał mnie przed zdrajcą wśród asgardyczków.
- Aha. Nie pogarsza to zbytnio sprawy - najemnik odetchnął z ulgą. Po minięciu kolejnych drzwi, znaleźli się w kokpicie - Daleko jeszcze?
- Nie. Jeszcze tylko kilka minut - odpowiedział obojętnie pilot.
Executioner oparł się o ścianę - Nie doceniasz nas śmiertelniku - jego spojrzenie zmiażdżyło na chwilę obecnych - Możesz przynajmniej wyjaśnić dokąd lecimy?
- Do Anglii. To, że mamy się nie mieszać, nie znaczy, że nie możemy pooglądać - Paladin wzruszył ramionami. Jego nonszalancja w tej sprawie była wkurzająca. Choć może to asgardczyk nie umiał ujrzeć drugiego dna - Idę się ubrać.

Bohaterowie siedzieli zebrani w magazynie który do niedawna był bazą ich wrogów. Captain i Hawkeye oddali się od reszty by coś przedyskutować tymczasem Madrox i Spider-man przyglądali się Moon Knightowi który powoli dochodził do siebie. Po ocknięciu się spojrzał na nich, czuł się jak podejrzany czekający na przesłuchanie ale nie wiedział kto z tej dwójki miałby grać złego glinę.
- O co wam znowu chodzi? - próbował się podnieść lecz wydawało mu się, że głowa waży z tonę, a grawitacja dodawała jeszcze swoje i prawie nie spadł z krzesła.
Tamci dwaj zerknęli na siebie nawzajem - Może ty zaczniesz bo to bardzo bolesne - stwierdził Spider-man, który miał już na sobie swój kostium.
Madrox spojrzał na niego z przestrachem - No jasne. To ja muszę przekazać złą wiadomość - oburzył się, ale szybko zwrócił się ku Spectorowi.
MK zmarszczył brwi. Nie podobało mu się to przeciąganie - Powiedz wreszcie - przez jego głowę przelatywały właśnie setki różnych możliwości. W końcu wziął głęboki oddech - Na wszystko jestem gotowy.
Cisza trwała jeszcze chwilę aż w końcu Jamie przemówił - Kameleon skopał ci tyłek - przybliżył następnie dłoń do oczu udając, że ociera łzy.
- Nie martw się. Twoją reputację jeszcze da się ocalić - łkając, Spidey poklepał Knighta po ramieniu.
Madrox skierował palec w stronę pająka - Nie próbuj go pocieszać! Dobrze wiesz, że to już koniec!
- Jak możesz tak mówić?! - Spider-man padł na kolana i oparł się o Marka jakby bez jego pomocy upadł na podłogę.
Mutant obrócił się tyłem - Dzwonili z Hasbro. Wycofali najnowszą linię figurek z MK...
- To nie możliwe! Musi być jeszcze coś co możemy zrobić!
- Niestety... To już ko...
- Skończyliście już?! - wykrzyczał w końcu zniecierpliwiony rycerz. Zebrał w sobie tyle sił by odtrącić ścianołaza i powstać - Może dla was robienie sobie żartów działa jako ucieczka od bolesnej rzeczywistości lecz nie dla mnie.
- Auć - opowiedzieli obaj jednocześnie - To dopiero było bolesne - dodał Jamie.
Spector przeszedł się po pomieszczeniu, rozglądając się - Gdzie są pozostali?
- Na zewnątrz. Załatwiają chyba transport czy coś - stwierdził Spidey.
Moon Knight ruszył do wyjścia lecz zatrzymał się w pół drogi i odwrócił - Wcale nie przegrałem z Kameleonem.
Gdy w końcu opuścił magazyn, tamci dwaj przystanęli razem patrząc jak odchodzi. Jeszcze tylko jedno porozumiewawcze spojrzenie i - Jackpot- zderzyli się lekko pięściami.

- Nie wytrzymam długo z tymi idiotami - powiedział MK, ale pozostała dwójka nie zwróciła tego uwagi bo byli pochłonięci rozmową - Jasne, nie przejmujcie się mną. Pójdę na spacer - rzucił i naburmuszony ruszył przed siebie.
Hawkeye siedział na sporym głazie a Captain stał obok przyglądając mu się bacznie - Powiesz coś w końcu? Czemu nie chcesz pomocy SHIELD?
Łucznik nie miał zamiaru spojrzeć mu w twarz - Mam swoje powody i nie dotyczą one ciebie - odburknął.
Nawet cierpliwość Rogersa miała swoje granice - W tym momencie zachowujesz się jak dzieciak któremu ktoś zabrał cukierka - chwycił przyjaciela za fraki i przyciągnął jego twarz do siebie - Nie wiem co masz przeciwko Fury'emu, ale jeśli ma to przeszkodzić w naszej misji to czemu w ogóle bierzesz w niej udział?
Clint odwrócił wzrok - Bo nie mam wyboru. Fury obiecał, że zrobi wszystko co chcę jeśli wezmę w tym udział - wyznał prawdę.
Steve rozluźnił uścisk - A czego chcesz?
- Umrzeć - odpowiedział poważnym głosem, po czym odepchnął dłoń Captaina - Bobby nie żyje, więc ja też nie muszę.
- Czy chodzi ci o... - Cap zaczął lecz Hawkeye rzucił mu komunikator.
- Ty z nim porozmawiaj - powstał i minął Rogersa - Ja tymczasem doprowadzę tą bandę do porządku.