Rozdział 16: Zagadki, tajemnice i zdrady
Autor: Dżentelmen
Spokojne życie, czas który mieli przeznaczyć tylko sobie nawzajem. W pewnym momencie wszystko to zostało brutalnie przerwane i nigdy już nie mogli być razem.
Hawkeye i Mockingbird mieszkali już dobre 3 lata w domu na przedmieściach Los Angeles. Coraz rzadziej zdarzało im się brać udział w misjach Avengers. Żyli z dnia na dzień i nie przejmowali się niczym. Taki stan rzeczy spowodowany był decyzją o ślubie. Minęło od niego dopiero kilka dni. Postanowili też, że będą mieć dziecko choć nie było jeszcze efektów.
Bobbi krzątała się po kuchni, męcząc się z przyrządzaniem obiadu podczas gdy jej mąż od kilku godzin odpoczywał na zewnątrz. Ona cięła warzywa na sałatkę, podczas gdy on wylegiwał się na hamaku w ich ogródku.
- Morse - rozległ się, znany jej dobrze, cierpki, nieprzyjemny głos. Nick Fury stał za nią, podjadając kawałek marchwi.
- Co tutaj robisz? - obróciła się gwałtownie w jego stronę lecz on złapał ją za rękę zanim mogła wycelować w niego nożem.
- Pakuj się - odpowiedział mężczyzna - Naród cię potrzebuje - dodał po chwili.
- A co jeśli odmówię? - spojrzała na niego spode łba. Coś ją w nim denerwowało. Zupełnie nie mogła rozgryźć co chodziło mu po głowie, a przecież wyszkolił ją tak by potrafiła odgadnąć takie rzeczy po mimice i ruchach rozmówcy. On był jednak inny od reszty. Zawsze ten sam wyraz twarzy i brak jakichkolwiek uczuć.
- Słonko... Wiesz, że ja odmów nie przyjmuję - stwierdził tym swoim chłodnym tonem.
- Ładnie to tak podwalać się do czyjejś żony? - Clint stał w wejściu do kuchni, obracając między palcami lotkę do rzucania.
- Czy wy zawsze musicie wszystko komplikować? - Fury popuścił uścisk i zwrócił się do mężczyzny - Oboje wiemy, że i tak mi nic nie zrobisz - nawet jemu było trudno ukryć pewność siebie. Jego słowa miały służyć jako zachęta do ataku, tylko po to by mieć powód do przyłożenia Clintowi.
- Jesteś głową największej organizacji w tym kraju. Maiłbym kłopoty gdybym uszkodził - Barton rozłożył ręce udając bezradność - Ale z domu mi się wynoś bo dzwonię po gliny. Skoro mogą wsadzić do więzienia aktora który przesadził z alkoholem to i ciebie zamkną.
- Mam nakaz. Poza tym, jak by to wyglądało gdyby mnie tu ktoś zobaczył? Jak sam zauważyłeś, jestem dość rozpoznawalny. Chyba chciałbyś dalej mieszkać tu incognito? - jego nastawienie robiło się wkurzające. Każdy w końcu by przestał nad sobą panować, a Hawkeye nie należał do cierpliwych.
- Ja pierdolę! To nasz miesiąc miodowy, do jasnej cholery! - obrócił szybko lotkę i wycelował.
- Clint! Przestań! - zawołała Bobbi.
- Ja mam przestać?! - spojrzał na nią jak na głupią - Przecież to on...
Nick zeźlił się, złapał Bartona za głowę i przywalił nią o blat kuchenny. Tamten odpłacił mu się kopniakiem w łydkę, a dalej potoczyło się samo. Wypadli z hukiem przez okno i zaczęli boksować się w ogrodzie, lawirując pomiędzy klombami kwiatów.
- Masz już dość, staruszku?! - krzyknął wściekły Clint, wyprowadzając serię prostych.
- A ty, gówniarzu?! - ten drugi zrewanżował mu się ciosem pod żebra.
Po kilkuminutowej bitce, w końcu łucznik przyparł przeciwnika do ziemi, choć sam był cały w siniakach a z ust ciekła mu krew - Masz dość?! - zawołał, plując Fury'emu w twarz.
- Ja mam dość - rozległ się głos Bobbi. Obydwoje spojrzeli na nią, lecz Fury wyglądał na bardziej zadowolonego bo kobieta była w swoim kostiumie.
- Nie chcesz chyba pójść z tym dupkiem?!
- Daj spokój. To jedna misja. Wykonam ją a on zostawi nas w spokoju. Tak? - spojrzała dosadnie na jednookiego.
Ten milczał przez chwilę po czym odrzekł - Masz moje słowo... Jeśli jest coś dla ciebie warte.
Do lobby hotelu Campanile, powoli i z gracją weszła czarnowłosa kobieta w długim płaszczu. Oparła się o ladę, a pracownik który przed nią stał, spoglądał na nią niepewnie.
- Dzień Dobry. W czym mogę pani służyć? - zapytał zwyczajowo.
Kobieta podniosła wzrok i uśmiechnęła się - Miałam rezerwację na pokój 1408 - stwierdziła.
Mężczyzna pokiwał głową w zadumie - Przykro mi, ale to raczej niemożliwe. Pokój jest już zajęty przez... kogoś - wyglądał na bezradnego w zaistniałej sytuacji.
- To niedobrze - westchnęła czarnowłosa - A co z innymi pokojami? - spojrzała na niego z nadzieją w oczach.
Bez sprawdzania księgi gości, odpowiedział jej - Wszystkie są wolne. Czy chce pani jakiś wynająć? - na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Ona zastanowiła się przez chwilę chodząc po pokoju, po czym wyjęła telefon lub inne urządzenie i powiedziała coś do niego cicho. Następnie wróciła do lady i odpowiedziała - Poproszę.
- Który pokój?
- Wszystkie - stwierdziła, a z jej twarzy szybko zniknął uśmiech. Zrzuciła płaszcz pod którym ubrana była w ciasny, biały strój, gdzieniegdzie ozdobiony czarnymi pasami. Rozległ się huk, przez drzwi i pare okien wpadli członkowie Hand. Dało się usłyszeć, że zjawili się także na wyższych piętrach. Kobieta naciągnęła maskę na twarz i już była kompletnie rozpoznawalną White Tiger. Dzięki temu co Moon Knight zrobił z Lady Bullseye, nie nadawała się ona do akcji, więc Angela miała szansę na wykazanie się przed Kingpinem by zostać jego nową prawą ręką. Uśmiechnęła się, tym razem zupełnie inaczej. Był to uśmiech tak złowieszczo realistyczny, że poprzedni wyglądał przy nim jak nieudolnie wykonana maska. Spojrzała jeszcze na faceta za ladą - Wynoś się. Pieniądze będą na twoim koncie.
- Dziękuję za współpracę i życzę powodzenia - odpowiedział szybko i wybiegł z budynku. W kilka chwil przebiegł długą ulicę i ukrył się w jakiejś alejce. Podwinął nieco koszulę by sięgnąć przycisku na pasie i wrócić do swojej prawdziwej postaci. Crossbones nie potrzebował odpoczynku. Chciał jedynie nacieszyć się tą chwilą. Nacisnął na detonator i hotel Campanile eksplodował widowiskowo. Mężczyzna w masce patrzył się w tamtym kierunku przez chwilę po czym chwycił za komunikator - Wykonałem swoją część. Kolej na was. Tylko spróbujcie coś spierdolić to własnoręcznie was ukatrupię. Bez odbioru.
Captain wylądował jako ostatni. Rozejrzał się trochę po czym zrzucił odpowiedzialność na Moon Knighta - Możesz jakoś dokładniej zlokalizować położenie celu?
- Już to robię - odpowiedział ponuro - Zdaje się, że jest gdzieś... - nie dane mu było dokończyć, bo w tym momencie na zachód od nich miejsce miała potężna eksplozja.
- Zgaduję, że to tam - stwierdził zadowolony Madrox.
Spider-man nie miał zamiaru czekać na odpowiedź i wystrzelił pajęczynę, po czym ruszył nie oglądając się za siebie. Czuł się źle po śmierci Frenchiego i zamierzał pierwszy nakopać wszystkim wrogom.
- Coś tu nie gra. Te odczyty nie mają sensu - Moon Knight mówił to bardziej sam do siebie niż do towarzyszy.
Hawkeye zmarszczył brwi - A może byś tak wytłumczył co właściwie "nie ma sensu"? - zniecierpliwił się.
- Wygląda to tak jakby w mieście było dwanaście włóczni - stwierdził zszokowany sługa Khonshu. Pozostali spojrzeli na niego zdziwieni.
U Rogersa dało zauważyć się największą konsternację - Nie podoba mi się to. Czy tam gdzie pognał Spider-man też jest pozytywny odczyt?
Spector wahał się przez chwilę z odpowiedzią ale w końcu odrzekł - Tak. Nawet dwa.
- To ryzykowne ale musimy się rozdzielić - dotknął szybko komunikatora - Spider-manie, słyszysz mnie?
- Głośno i wyraźnie - odpowiedział mu po dłuższej chwili znajomy głos.
- Co jest? - zdziwił się Steve.
- Energia włóczni zakłóca nasze komunikatory więc będziemy słyszeć się z kilkusekundowym opóźnieniem - wytłumaczył Moon Knight.
Gorzej już być nie mogło. Mieli 12 celów, tym samym co najmniej 12 potencjalnych przeciwników, a komunikacja była beznadziejna - Mamy dwa odczyty włóczni z kierunku w którym ruszyłeś. Uważaj na siebie. Będziemy w stałym kontakcie więc nie rozłączaj się - spojrzał na pozostałych. Madrox miał nietęgą minę, Hawkeye był jeszcze bardziej poddenerwowany niż zwykle a po Moon Knight'cie nie dało się niczego poznać gdy nosił tą maskę.
- Na co jeszcze czekamy? - warknął Barton - Gdzie mamy najbliższe cele? - skierował się do Spectora.
Ten wskazał kilka razy w różnych kierunkach po czym odrzekł - Mam mapę miasta i ogólne położenie więc będę starał się wam pomóc o ile sam nie wpadnę w kłopoty.
Wszyscy ruszyli w różnych kierunkach. Madrox biegł na północ, przepychając się pomiędzy ludźmi i zastanawiając czemu SHIELD nie dało im jetpacków albo innych bajerów.
Spider-man był już kilkadziesiąt metrów od płonącego budynku, kiedy nagle ktoś trafił z broni w jego pajęczynę i bohater uderzył w ścianę budynku mimo próby manewru. Gdy spadł na ziemię, wylądował komuś u stóp - Całe szczęście, że trafił mi się najsłabszy - stwierdził ten ktoś z jakąś dziwną mieszanką akcentów.
Parker podniósł się szybko i próbował zadać cios, ale przeciwnik zrobił unik. Okazało się, że to ubrany całkowicie na biało mężczyzna, w kominiarce i płaszczu. Bohater przyglądał mu się przez chwilę lecz nie mógł sobie przypomnieć jakiegokolwiek wcześniejszego spotkania - Kim ty do diabła jesteś?
Tamtem rozłożył bezradnie ręce - No to już jest ignorancja. Rozumiem, że ratuję świat w sekrecie, ale kilka razy byłem w telewizji - oburzył się.
Spidey wykorzystał tą chwilę na otrząśnięcie się z bólu - Gadaj zdrów, ale jedyna gwiazda jaką tu widzę to ja.
- Tak? - Fantomex zapytał przeciągle, po czym szybkim ruchem przyłożył lufę pistoletu do skroni pająka - Zaraz zobaczysz wszystkie gwiazdy.
- Elvisa też?
- Nie zagadasz mnie - sparował anglik.
- Zawsze warto spróbować - pokiwał głową Peter.
- Lepiej wytłumacz mi o co tu w ogóle chodzi - nakazał mu.
- To ty nie wiesz? No cóż... Od czego by tu zacząć...
Spider-man nie zorientował się, że był pod wpływem umiejętności swojego przeciwnika i tylko mu się wydawało, że z nim rozmawia, podczas gdy w rzeczywistości Fantomex skontaktował się z kimś - Mam tutaj Spider-man... Nie, nic mu nie zrobiłem... Jesteś w kontakcie z Furym? Nie? Mogę chociaż liczyć na pomoc? Aha. No dobra - momentalnie zdjął iluzję ze ścianołaza.
- Teraz rozumiesz? - spytał Spidey.
- Taa. Rób co robiłeś i uważaj bo nie wiem kiedy nadejdzie wsparcie... - odpowiedział mu Jean-Phillipe.
- Wsparcie? Jakie wsparcie?
- Zobaczysz.
