Rozdział 17: Bój
Autor: GrayFox

Ta część krążownika SHIELD była praktycznie rzecz biorąc odgrodzona od reszty statku. Była to sala niezbyt pokaźnych rozmiarów, zapewne służyła za mały magazyn, w tej chwili jednak wykorzystywany w zupełnie innym celu. Moon Knight siedział po środku tego pomieszczenia, nogi miał splecione, w typowy, turecki siad, a ręce rozłożone szeroko i opuszczone tak, że jego dłonie niemal dotykały posadzki. Przed nim leżał zawinięty w pelerynę Białego Rycerza jego wieloletni przyjaciel – Frenchie. Dlaczego zginął? Dlaczego stało się tak, a nie inaczej, mimo zapewnień Khonshu? Marc na to właśnie chciał uzyskać odpowiedzi. Pomieszczenie wypełnił dym z kilku kadzideł znajdujących się przed Rycerzem. Było ciemno, bowiem rozstawionych było zaledwie tylko kilka małych świec. Ogniste języki odbijały się błyskiem od zbroi Spectora.
- Powiedz mi. Dlaczego? – spytał Marc na głos. Po jego słowach płomienie świec rozbłysnęły większym, mocniejszym, ale jednocześnie bledszym płomieniem.
- Zawodzisz awatarze. – płomienie drgnęły, a pomieszczenie wypełnił niski i nienaturalny głos. Głos potężny i pełen dumy. Głos zdecydowanie nie należący do człowieka.
- Wybacz panie, że masz ze mnie tak mało pociechy. – Marc pokłonił się nisko. Płomienie świec rozbłysnęły jeszcze mocniej. – Ale dlaczego on?
- Skup się na zadaniu rycerzu. Wkrótce otrzymasz odpowiedzi. – nakazał głos. Płomienie buchnęły krótko po czym wróciły do normalnego kształtu i koloru. Marc wiedział, że poza nim i jego martwym przyjacielem nie ma już w tym pokoju nikogo. Moon Knight wstał i wyszedł z pomieszczenia z bolesną świadomością, że jego żądza wiedzy nie została zaspokojona, zamiast tego jednak pojawiły się nowe pytania i wątpliwości.

West Bromwich nie było metropolią, ale zdecydowanie nie było też małym miasteczkiem. Rozdzielanie się na obcym terenie tej wielkości w poszukiwaniu przysłowiowej igły nie było ani doświadczeniem przyjemnym, ani zbytnio bezpiecznym. Takie odczucia miał Jamie Madrox, który szybkim krokiem zmierzał na północ, zgrabnie wymijając przy tym ogromne ilości ludzi zmierzających w tamtym kierunku, oraz delikatnie obijając się o tych, którzy biegli zobaczyć stojący w płomieniach hotel Campanile.
- Madrox, stój. Odczyty mówią, że cele są przed tobą.
- Przede mną? Chyba żartujesz. – powiedział z niedowierzaniem Madrox spoglądając z otwartymi ustami na rozpościerającą się przed nim ogromną galerię handlową. – Potrzebuję dokładniejszych informacji, bo nie wyjdę z tego centrum handlowego przez tydzień!
- Pracuję nad tym. – odezwał się po paru sekundach Spector. Kłopoty komunikacyjne były nieznośne. Madrox w tym czasie wszedł do galerii. Nie był pewien czy znajdzie tam włócznię, ale był zwarty i gotowy do walki. Zachowywał czujność, bo wiedział, że w tym momencie jest na straconej pozycji. Jego potencjalny przeciwnik wiedział kogo szukać, a w miejscu takim jak to, zadanie miał dodatkowo ułatwione. Wokół kręciło się mnóstwo ludzi, uśmiechniętych i szczęśliwych, jakby w ogóle nie obchodził ich trud codziennego życia, czy odległy o półtora kilometra stojący w płomieniach Campanile.
- Jamie, poziom podziemny kraniec południowy, drugie piętro kraniec północny, pierwsze i trzecie, krańce zachodnie. – rozległ się głos Spectora w komunikatorze. Po otrzymaniu tej informacji Jamie przyspieszył kroku. Z wyraźnym trudem przedzierał się przez tłum pełen najróżniejszych ludzi – szczupłych blondynów upodabniających się do dawnego wizerunku Davida Beckhama, młodych matek z małymi dziećmi oraz torbami pełnymi zakupów różnej maści, czy starszych, eleganckich biznesmenów z neseserami i telefonami przy uszach. W pewnym momencie o mały włos się nie przewrócił, pchnięty dość mocno przez postawnego mężczyznę o hiszpańskiej urodzie w zielonych włosach. Madrox musiał się w pełni skoncentrować, by pod wpływem tego uderzenia nie wypuścić w tym tłumie swoich klonów.
- Co za palant. – powiedział sam do siebie Jamie Madrox po czym znalazł się na ruchomych schodach ku części podziemnej centrum handlowego. Było tam wszystko czego człowiek mógłby chcieć – sklep z dobrej jakości winami francuskimi i włoskimi, sklep z tanim obuwiem, a także markowe sklepy odzieżowe. Sklep z tytoniem i ogromny dział spożywczy. I to właśnie dział spożywczy był celem zdolnego detektywa, a przynajmniej jednym z nich.
- No pięknie… - mruknął sam do siebie, po czym wbiegł do toalety i zamknął się w kabinie. Kopnął kilka razy w stojącą przed nim, brudną, zaniedbaną, zawierającą mało przyjemny ładunek muszlę klozetową, po czym w kabinie poza nim pojawiło się trzech innych Madroxów. Zrobiło się bardzo ciasno, klony deptały się po stopach i delikatnie szturchały, próbując w ten sposób wywalczyć sobie choć trochę miejsca i komfortu.
- Mogłeś chociaż spłukać. – powiedział pierwszy z nich z wyraźną pretensją w głosie, zauważając opaskudzony sedes.
- Daj sobie z tym spokój. – powiedział szybko oryginalny Madrox zażenowany zachowaniem swojego klona – Wiecie co macie robić, prawda? Ty – pokazał palcem pierwszego klona – idziesz na trzecie. Ty – tu wskazał drugiego, który wydawał się wręcz palić do roboty. – idziesz na drugie.
- Jasne szefie, się robi! - rzucił podekscytowany.
- Ja pójdę tu do spożywczego, a ty, pójdziesz na pierwsze. – pokazał palcem ostatniego, trzeciego klona. Ten głaskał swój podbródek i opierał łokieć tej ręki na drugiej dłoni. Wpatrywał się we wszystkich Madroxów oraz, z wydawałoby się znacznie większym skupieniem, w muszlę klozetową.
- Uważam, że to nieodpowiedzialne rozłożenie naszych talentów Jamie. Moim skromnym zdaniem to ja byłbym bardziej odpowiednim kandydatem na piętro trzecie, podczas gdy Jamie mógłby iść na pierwsze.
- Ej, panie mądry. Nie wkurwiaj mnie! – rzucił pierwszy Madrox wyraźnie poirytowany całą sytuacją. –Nie jestem wcale gorszy od ciebie!
- Co za różnica? Zresztą to ja tu jestem szefem i powiedziałem jaki jest przydział. Ruszcie tyłki! – wrzasnął oryginalny Jamie. Otworzył drzwi kabiny, gdzie uświadczył całkiem niezłe zbiorowisko ludności cywilnej stojącej jak wryci przed czwórką Madroxów. Niezręcznej sytuacji nie poprawił wcale fakt, że pierwszy klon akurat w tym momencie poprawił sobie rozporek.
- No co?! – wrzasnął zdenerwowany.
- Idiota. – rzekł trójka, skrywając twarz w dłoniach.

Moon Knight przykucnął na dachu w miarę wysokiego budynku mieszkalnego. Próbował połączyć się za pomocą kombinezonu z satelitą SHIELD, dzięki której mógłby odseparować sygnały włóczni o silniejszej częstotliwości. Był całkowicie przekonany, że włócznia była tylko jedna i ktoś brał ich pod włos, na co oni odpowiedzieli głupio i zgodnie z przewidywaniami. Niestety, nie było innej możliwości niż podjąć rękawicę, zwłaszcza w obliczu problemów technicznych, które niespodziewanie ich spotkały. Dobrze, że udało się Rycerzowi opracować trójwymiarową mapę lokalizacji w których przechowywane są źródła sygnału Włóczni Odyna, dzięki temu mógł przed momentem naprowadzić Madroxa i naprowadzi też innych jeśli taka potrzeba zajdzie. Nagle poczuł potężne uderzenie w plecy, co zrzuciło go z krańca budynku. Zaskoczony i wściekły na siebie za tę nieuwagę Rycerz nie zdążył rozwinąć peleryny co spowodowało, że spadł z impetem do całkiem sporych rozmiarów szklarni przylegającej do zabudowy. Momentalnie wstał i rozglądnął się po tym miejscu. Było goręcej niż w dżungli i niesamowicie wręcz duszno. Całe szczęście, że kombinezon był wyposażony w aparat wspomagający oddychanie, dzięki temu Moon Knight był w stanie toczyć nieskrępowaną walkę nawet w tak nieprzyjaznych warunkach.
- Świeże mięsssssko… - rozległ się głos w szklarni, jednak Moon Knight nie widział jego właściciela. Oprogramowanie nawigacyjne kostiumu próbowało namierzyć źródło dźwięku, a system rozpoznawania barwy głosu z głębokich warstw kombinezonu szukał odpowiadającej próbki, w celu identyfikacji napastnika, włączył się także implant zwiększający czułość słuchu. W normalnych warunkach czujniki termowizyjne w wizjerze kasku byłyby idealnym rozwiązaniem na znalezienie wroga, tutaj jednak opary gorąca uniemożliwiały jakiekolwiek sensowne korzystanie z tej funkcji. Moon Knight był więc zdany tylko na swoje oczy. Na chwilę obecną jednak nie dostrzegał nic innego niż cudaczne drzewka i piękne, kolorowe kwiaty. Kombinezon po kolei wypluwał na wizjer łacińskie nazwy poszczególnych roślin. Najwidoczniej właściciel tej szklarni był zapalonym miłośnikiem roślin z Afryki i Południowej Ameryki. A osoba, która zaatakowała Pięść Khonshu zdawała się czuć wybitnie dobrze w takich warunkach. Czego nie mógł powiedzieć Spector, który w dodatku musiał wciąż pilnować lokalizacji swoich towarzyszy, by naprowadzić ich w razie potrzeby na cel. Wynik operacji nawigacyjnych zaskoczył Białego Rycerza. Wyglądało na to, że w szklarni znajdowało się dwóch oponentów, z czego jeden był niezwykle szybki, a drugi czyhał gdzieś pomiędzy drzewami. Co więcej, owy system wykrył trzeciego napastnika na rogu budynku. Moon Knight szybko połączył wątki i zdał sobie sprawę, że to za sprawą właśnie tego trzeciego znajdował się w swoim obecnym położeniu, jednak ze swojej aktualnej pozycji nie miał możliwości zidentyfikowania go.
- Mogę mieć chwilowe opóźnienia w przesyłaniu współrzędnych. Mam towarzystwo. – rzucił niedbale do komunikatora, a po kilku sekundach odezwały się znajome głosy, potwierdzające przyswojenie tej wiadomości, co niektórzy zrobili w ciekawy, ale typowy dla siebie sposób. Moon Knight przewrócił tylko oczami, słysząc marudzenia Spider-Mana i Hawkeye'a. Pluł sobie jednocześnie w brodę, że nie zdążył przygotować na czas nowej wersji pancerza wyposażonej w rozmaite usprawnienia. Może powinien porozmawiać o tym z kimś, kto ma doświadczenie w produkcji takiego sprzętu? Tylko jedna osoba, chodziła mu po głowie i Marc nie był zachwycony perspektywą współpracy z tym człowiekiem. Musiał jednak odłożyć te rozważania na później, ponieważ system nawigacyjny wskazał, że jeden z punktów znajdujących się w szklarni gwałtownie przyspieszył. Spector odwrócił się prędko i cudem zablokował uderzenie jaszczurzym ogonem. Pomimo implantu wspomagającego słuch usłyszał swojego oponenta minimalnie za późno. A to tylko świadczyło o tym, że spuszczenie go z oczu mogło być bardzo niebezpieczne. Rattler stał już przed nim śliniąc się i szczerząc swoje ostre jak brzytwy zęby. Moon Knight nie czekał na reakcję swojego przeciwnika, bowiem zdawał sobie sprawę, że czas nagli. Wiedział jak dużo od niego zależy i nie chciał nawalić, nie chciał, żeby śmierć Frenchiego poszła na marne, nie chciał zginąć, by móc go pomścić. Biegł w stronę Rattlera i wykonał zaskakujący manewr, rzucając się w nogi swojemu przeciwnikowi na wysokości kolan. Jego gadzi wróg próbował przeskoczyć nad Rycerzem, jednakże nie docenił prędkości Marca. Spectorowi udało się złapać oponenta za stopy po czym momentalnie pozbierał się z ziemi a dzięki wzmocnieniu mięśni przez swój kombinezon, miał siłę by rozbujać Rattlera i rzucić nim o pień stojącego nieopodal miniaturowego drzewa palmowego, które pod naporem łuskowatego ciała aż zatrzeszczało. Biały Rycerz chwycił przeciwnika mocno za gardło, przycisnął do drzewa, uderzył kolanem pod żebra i wyciągnął pistolet, który momentalnie przyłożył do głowy najemnika. Jednak coś zmiotło go z jego prawej strony, przez co nie zdążył w porę nacisnąć spustu, w wyniku czego przestrzelił tylko ramię polskiego najemnika. Wrzask spowodowany bólem rozniósł się po szklarni. Kiedy Pięść Khonshu wstał umazany ciemną ziemią i zauważył przed sobą wysokiego, czarnowłosego mężczyznę, a za nim wijące się gałęzie i liście, jakby były roślinami z literatury fantastycznej, zdolnymi do poruszania się, atakowania przeciwników i ochrony swojego pana. A ich panem był Black Tom. Kombinezon Moon Knighta momentalnie wyświetlił tą informację na wizjerze. Spector uśmiechnął się do siebie w duchu. Mając ciągle w dłoni swój pistolet kaliber 9mm, wyciągnął drugi jego egzemplarz i zaczął prowadzić ostrzał z obu rąk…

Campanile stał w płomieniach tworząc przy obecnych warunkach pogodowych przyjemną strefę ciepłego i suchego powietrza.
- Jakie wsparcie? – spytał po raz któryś z rzędu Spider-Man, czym doprowadzał Fantomexa do szału.
- Po prostu wsparcie. Nie bądź natrętny. Rób co miałeś robić.
- Miałem z tobą walczyć. Chyba. – powiedział Pająk, jakby nie był pewien poprawnej odpowiedzi. W tym momencie jego pajęczy zmysł przypomniał o sobie. Zwrócił się w kierunku płonącego hotelu i zobaczył w płomieniach odznaczające się coraz bardziej zarysy postaci. Wtem z ognia wyskoczyło kilku wojowników ninja z Hand, którzy przeżyli eksplozję wywołaną przez Crossbonesa. Byli najwyraźniej gotowi do bitki i wyglądali na takich, którzy nie sprzedadzą tanio skóry. Na domiar złego, z ciężarówki, która stała nieopodal hotelu wybiegła druga fala zabójców w czerwonych kimonach, uzbrojonych w ostre miecze.
- Pośpiesz się. – powiedział Fantomex przyciskając dłoń do ucha, co Spider-Man całkiem trafnie odebrał jako ponowne wezwanie wsparcia. Nie było jednak czasu by na nie czekać, trzeba było działać. Spider-Man i Fantomex ruszyli ramię w ramię na wojowników stojących przed nimi. Anglik strzelał ze swoich pistoletów i pomimo usilnych prób uników, kilkoro ninja padło niczym rażeni gromem. Spidey natomiast przeszedł prędko do walki w zwarciu, wykonując efektowne ciosy i uniki oraz wspomagając się pajęczyną. Jego przeciwnicy znacznie odstawali od niego pod kątem umiejętności co Peter postanowił skrzętnie wykorzystać, miejscami ośmieszając wręcz swoich oponentów. Parker nie zapomniał jednak o rozmowie przeprowadzonej z Madroxem i z jego ręki nie zginął żaden z wojowników w czerwonych kimonach, pomimo surowych nakazów jego wewnętrznego głosu. Spider-Man nie spodziewał się, że jeden przeciwnik będzie znacznie odstawał od reszty. Nim się spostrzegł, został chwycony za głowę i wywindowany wysoko w powietrze. Jedna dłoń złoczyńcy zacisnęła się na szyi Petera, druga natomiast ułożyła się tak niefortunnie, że przykryła bohaterowi oczy. Rozpaczliwe próby wyrwania się z tego uchwytu były kwitowane tylko demonicznych śmiechem, zagłuszanym dodatkowo przez ryk małego silnika odrzutowego. Po paru chwilach Parker zaczął tracić siły, dusić się i nieuchronnie zmierzał ku utracie przytomności. I kiedy już nie miał totalnie siły walczyć, usłyszał świst kuli tuż przy prawym uchu a także krzyk bólu swojego potężnego przeciwnika. Fantomex trafił z niemałej odległości, czym tylko potwierdził, jak wybitnie dobrze jest wyszkolony. Rozeźlony latający przeciwnik cisnął z całej siły Spider-Manem w okno wysokiej kamienicy stojącej naprzeciw płonącego hotelu, a sam ruszył do dalszej walki z Fantomexem.
Uderzenie nieco rozbudziło Petera. Głowa bolała go niemiłosiernie, a w ustach poczuł słodki smak własnej krwi. Rozglądnął się po pokoju i pierwszym co zarejestrował, było rozbita szyba i ślady krwi wokół i na jej odłamkach. Kostium Pająka był porozcinany, a w miejscach tychże rozcięć były rany zadane szkłem z okna. Pojedynczo te rany nie były groźne, Spider-Man jednak musiał się prędzej czy później nimi zająć, a ilość krwi upływającej z jego ciała nie należała do najmniejszych, czas więc naglił. Ostrzegł go jednak jego pajęczy zmysł. Rozglądnął się po pokoju i nikogo nie zauważył. Mogło to być spowodowane niepojętymi wręcz ciemnościami. Jedyny snop światła padał zza rozbitego okna. Cios nadszedł z lewej strony. Uderzenie wyrzuciło Spider-Mana na ścianę, delikatnie ją wgniatając. Bohater wykorzystując swą sprawność, okręcił się na pękniętej ścianie, wyskoczył na ogromny żyrandol, odbił się od niego i wylądował w przykucniętej pozie na podłodze. Znajdował się teraz na wprost swojego nowego przeciwnika, którym okazał się jego stary znajomy, wampir Michael Morbius. Zawsze wyglądał przerażająco, teraz jednak dodatkowego nastroju grozy dodawała mu ubrudzona krwią broda. To by tłumaczyło siłę, którą zaprezentował.
- Michael? – spytał Spider-Man, możliwie jak najżyczliwiej. – Michael, porozmawiaj ze mną.
Morbius jednak nie odzywał się. Stał tylko wpatrzony w swoją ofiarę, a ciemna krew spływała mu po brodzie i kapała na podłogę. Ruszył kilkukrotnie głową, co spowodowało efektowne strzelanie kręgów szyjnych. Dźwięk ten wywołał u młodego bohatera dreszcz, który przebiegł od odcinka lędźwiowego kręgosłupa i pognał aż do karku.
- Michael, błagam cię. Nie chcę z tobą walczyć.
- Więc będzie łatwiej. Najpierw zabiję ciebie, a później Fantomexa. – powiedział po chwili Morbius, czym ujawnił, że wie, bądź domyśla się zdrady Anglika. Grek przeszedł po pokoju i podniósł kawałek okrwawionego szkła, który znajdował się w zacienionej części pomieszczenia. Popatrzył na niego jak żebrak na kromkę chleba, choć po upapranej, bladej gębie wampira nie można było powiedzieć by nie jadł przez dłuższy czas. Oblizał ze smakiem kawałek okna i poczuł jak smakuje krew jego oponenta.
- Dobry rocznik, dobry smak. – powiedział z uśmiechem na ustach, po czym w zatrważająco szybkim tempie rzucił się w stronę Spider-Mana, który ledwo uniknął ciosu. Drugi cios został sparowany przez Parkera, który spróbował zaraz po nim wyprowadzić kontrę. Jego pięść musnęła policzek Morbiusa, co nieco zdekoncentrowało wampira greckiego pochodzenia. Spidey wykorzystał ten moment, zadał cios w podbrzusze i przeturlał się po zgiętym przeciwniku, po czym odskoczył na kilka metrów.
- Do światła… Pchnij go w stronę światła…
Spidey nie reagował już jednak na głosy we własnej głowie. Zaplótł dwie grube nici z sieci na plecach przeciwnika i wyrzucił go z całej siły na ścianę, która musiała być w tym miejscu wyraźnie słabsza, bo Morbius zostawił za sobą tylko ogromną dziurę. Dziurę prowadzącą na klatkę schodową.

Południe było chyba najbardziej zaniedbaną częścią West Bromwich. To tutaj znajdowały się najstarsze i najbardziej obdarte blokowiska w mieście, niszowe sklepy i zarzygane kluby i puby. W dzielnicy znajdowały się także brudne magazyny, a nieopodal był zjazd na autostradę. Prostytutki nie mieściły się wręcz na ulicach, a w zaułkach pełno było lokalnej młodzieży, uważającej się mylnie za panów i władców tej części miasta. Clint Barton nie zwracał jednak na to wszystko uwagi, jego pełną uwagę skupiała misja. Był cholernie wściekły na to, że Moon Knight wpadł w kłopoty, bo przez to może mieć problem z poprawnym zlokalizowaniem włóczni. A Bóg mu świadkiem, że chciał by ta misja już dobiegła końca. Nagle znalazł się w okolicy klubu muzycznego o przedziwnej nazwie 131. Lokal z zewnątrz wyglądał ohydnie, farba odchodziła warstwami, tynk odpadał, wokół było mnóstwo butelek po najtańszym angielskim browarze, który zdaniem wielu smakował gorzej niż mocz. Do tego obrazka nie pasowały dwa nowe, sportowe motocykle zaparkowane kilka metrów od głównego wejścia do klubu. Coś mu podpowiadało, że to właśnie tam powinien się udać. Po chwili w komunikatorze usłyszał mówiącego niezwykle prędko i średnio wyraźnie Moon Knighta.
- Hawkeye, jeden cel przed tobą, drugi…
Problemy komunikacyjne były niezwykle nieznośne. Gdyby nie one, łucznik być może uniknąłby uderzenia wiązką energii jednego z najemników Crossbonesa. A najemnikiem tym był Unicorn. Hawkeye pod naporem promienia z rogu swojego przeciwnika wpadł do klubu wyważając drzwi. Niestety uderzenie było tak niefortunne, że komunikator Hawkeye'a został minimalnie rozstrojony, przez co jakość komunikacji jeszcze się pogorszy. W lokalu nie było jeszcze gości, bo godzina była jeszcze wystarczająco młoda. Krzątało się tylko kilku pracowników klubu, przygotowując go na wieczorną imprezę, na którą z pewnością zeszłoby się mnóstwo ludzi. Wszyscy stanęli jak wryci kiedy zobaczyli Bartona zbierającego się z ziemi i otrzepującym kostium z kurzu.
- Jaki burdel, kurwa mać. – rzekł łucznik sam do siebie, kiedy zobaczył jak okurzony jest jego strój. – Moglibyście tu posprzątać! Chcecie wprowadzić ludzi w ten syf?! – wrzasnął w stronę pracowników klubu. Ich uwaga skupiona była jednak na drugim przedwczesnym gościu, który właśnie wchodził przez roztrzaskane drzwi. Clint słyszał go dobrze i szybkim ruchem wyciągnął dwie strzały z małymi ładunkami wybuchowymi przy grocie. Wystrzelił je jedna za drugą, a Unicorn nie bardzo miał pomysł jak ich uniknąć, w wyniku czego ładunki wybuchły mu w twarz, przez co z krzykiem wywrócił się na ziemię i tarzał po niej próbując opanować ból jaki wywołał atak Bartona. Ludzie będący pracownikami klubu uciekli w popłochu, Hawkeye jednak tym się wcale nie przejął. Jego uwagę przykuło coś zupełnie innego. Coś czego nigdy już nie spodziewał się usłyszeć.
- Se magnifique monsieur Barton! – rzekł ktoś z wyraźnym francuskim akcentem i głośno bił przy tym brawo. Barton rozpoznał głos, stanął jak wryty i przez chwilę nie miał odwagi się odwrócić, w miarę szybko jednak opanował to uczucie.
- Swordsman… co ty tu robisz?
- W zasadzie, to mógłbym się ciebie spytać o to samo, mój młody przyjacielu. – odrzekł przyjaźnie podkręcając wąs.
- To nie musi się tak kończyć. Po prostu oddaj mi włócznię.
Swordsman spojrzał badawczo na Bartona, a po chwili jednak wyciągnął miecz.
- Jestem uczciwym człowiekiem i zawsze wykonuję zlecenie do końca. – Francuz przyjął bojową pozę i uśmiechnął się, po czym odskoczył w bok, a Hawkeye został po raz kolejny zmieciony strzałem w plecy promieniem energii należącym do Unicorna. Plecy paliły łucznika niesamowicie mocno, za pierwszym razem nie odczuł tego aż tak bardzo. Zebrał w sobie całą swoją siłę, wykonał przewrót przez lewy bark i z niepojętą sprawnością naciągnął na cięciwę kolejne trzy strzały z ładunkami wybuchowymi.
- Zatańczmy! – krzyknął zachęcająco.

Stadion drużyny West Bromwich Albion to dość imponujący obiekt. Wprawdzie w Stanach Zjednoczonych piłka nożna nie jest aż tak popularna jak na Wyspach Brytyjskich, jednak Steve Rogers potrafił docenić fachową robotę, kiedy zobaczył jej efekt. Według informacji Moon Knighta, znajdują się tutaj aż trzy sygnały włóczni, a Steve wziął na siebie odpowiedzialność by tą nieprawdopodobną sytuację sprawdzić. Zadanie nie należy do łatwych, stadion jest wystarczająco duży, by Rogers przez tydzień z niego nie wyszedł. Dobrze przynajmniej, że pracownicy ochrony nie robili mu problemów, z tytułu wejścia na płytę boiska. Captain chciałby móc się chwilę rozluźnić, położyć się na tej równo ściętej trawie i popatrzeć w niebo, jednak takie nie miały racji bytu. Steve'a naszła myśl, że prawdopodobnie nigdy nie patrzył w niebo z czystej przyjemności, by popatrzeć na mozolnie spacerujące po błękicie chmurki. Jeśli już patrzył w nieboskłon to tylko z pytaniem do boga oraz z martwym żołnierzem w ramionach. Próbując sięgnąć pamięcią, kiedy dokładnie był ten ostatni raz, wywołał straszne wspomnienia umierającego przyjaciela.
- Nostalgia? – odezwał się damski głos zza pleców Rogersa. Steve wyrwał się momentalnie z zamyślenia, odwrócił zgrabnie i zasłonił profilaktycznie tarczą. Stała przed nim wysoka, czarnowłosa kobieta w złotej masce.
- Madame Masque. Co tu robisz? – spytał mało przyjaźnie Steve i chwycił mocniej uchwyt tarczy.
- Nie ma z tobą mojego kochasia? – totalnie zignorowała pytanie Rogersa Włoszka. – Zresztą to nie ma znaczenia. Wkrótce sama się z nim rozmówię.
- To się okaże. – rzucił Steve i pognał do ataku z tarczą wystawioną na przód. Masque zgrabnie uniknęła serii ciosów Steve'a a wyprowadzone przez nią kopnięcie zostało przyjęte na tarczę Captaina. Rogers wiedział, że pojawienie się tutaj kochanki Iron Mana i terrorystki światowej sławy nie jest przypadkowe. Rzucił się więc do kolejnego ataku, nisko pochylony, by zaraz niespodziewanie wyskoczyć i uderzyć kantem tarczy w brodę kobiety, która pod wpływem tego ciosu odchyliła się nieco do tyłu. Symbol Ameryki wykorzystał ten moment i wymierzył potężne, proste kopnięcie na kolano Madame Masque, czym zmusił oponentkę do przykucnięcia. W tej pozycji była już łatwym celem dla Rogersa, który potężnym uderzeniem tarczy wyrzucił ją na trzy, cztery metry.
- Gadaj o co tu chodzi kobieto. Nie mam czasu na te gierki.
- Teraz! – wrzasnęła Włoszka po raz kolejny kompletnie ignorując Captaina. W tym momencie ziemia pod Stevem wybuchła. Coś jednak było nietypowego w tym wybuchu, a zaraz za nim nastąpiły kolejne rozrywając murawę stadionu na strzępy i powodując pokaźne wgłębienia na kilka metrów. Steve odskoczył do tyłu unikając wszystkich eksplozji i po raz kolejny odruchowo zasłonił się tym okrągłym kawałkiem vibranium, który wielokrotnie uratował mu życie. Przed nim stał Ulysses Klaw, rywal niesamowicie potężny, a tuż zanim sponiewierana Madame Masque podnosząca się powoli z ziemi i trzymająca się za głowę w miejscu, w którym nastąpiło uderzenie tarczą. Captain już wiedział, że eksplozja było wywołana za pomocą dźwięku, którego niepodzielnym panem i władcą jest właśnie Ulysses Klaw. Black Pantherowi dawno temu udało się pokonać Ulyssesa, Steve wprawdzie nie jest już młodzieniaszkiem, ale zapał do walki ma wciąż jak dwudziestolatek i tego zapału starczało by spróbować się z Klawem jak równy z równym. Niestety młodzieńczy zapał Captaina został nieco zgaszony przez narastające buczenie za jego plecami. Buczenie niezwykle złośliwe, a także - z czego Steve jeszcze nie zdawał sobie sprawy - niesamowicie groźne i bardzo znajome…