Rozdział 18: Za dużo osób?
Autor: Skulker

West Bromwich, stadion piłki nożnej.
Kapitan Ameryka stał na środku boiska otoczony przez Madame Masque, Klawa i Swarma.
-Trzech na jednego, możesz się poddać staruszku.- powiedział Klaw- Obiecuje skończyć z tobą szybko.
Kapitan zacisnął rękę na tarczy.
-Prawdziwy żołnierz walczy za swój kraj do końca.
-Prawda. A potem za niego umiera.
Włoszka i Belg strzelili. Steve skoczył w jedyne bezpiecznie miejsce: w Swarma. Pszczoły kąsały go niemiłosiernie, ale chwilę później znalazł się po drugiej stronie z szkieletem przestępcy. Pszczoły na chwile rozwiały się. Super żołnierz rzucił swoją tarczą, trafiając obu przestępców. Następnie rzucił się na Masque, ale ta powaliła go kopniakiem. Jedna z dawnych ran zaczęła dawać o sobie znać, ale Rogers nie miał chwili odpoczynku. W ostatniej chwili uniknął strzału dźwiękowego Klawa, po czym wskoczył na trybuny dla ochrony. Łapiąc oddech Kapitan zauważył coś dziwnego. Pod jednym z siedzeń leżało małe urządzenie z symbolem HYDRY na sobie.
-Kapitan Ameryka do drużyny- powiedział Steve niszcząc maszynę- Jeden z moich sygnałów okazał się być zmyłką. Szukajcie małych białych pudełek z logiem HYDRY na sobie.
-Przyjąłem- odpowiedziała mu masa głosów z czego większością z nich był Madrox
Kapitan chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nad jego głową pojawił się Swarm.

Centrum handlowe.
Tłum ludzi ze zdziwieniem obserwował jak dwunastu Madroxów rozrzuca towary po sklepie spożywczym w poszukiwaniu źródeł sygnałów. Jeden z nich właśnie przeszukiwał kosz na śmieci.
-Przepraszam że przeszkadzam.- odezwał się ktoś za nim
-Nie teraz, ratuję świat.- mruknął Madrox rzucając skórkę od banana w powietrze
-Ja właśnie w tej sprawie.
Madrox podniósł głowę.
-Zaraz, już cię gdzieś widziałem... jesteś tym palantem który popchnął mnie wcześniej.
-Zgadza się, jestem Gideon.- zielonowłosy mężczyzna kopnął Madroxa w twarz- Krótko mówiąc przyszedłem cię zabić
-Gościu nie wiem jaki jest twój problem- powiedział Madrox klonując się- Ale wiem jaki jest mój: niestabilne emocjonalnie kopie!
Świeżo narodzony duplikat rzucił się na przeciwnika z krzykiem.
-Wyszło nawet klimatycznie – powiedział Madrox wstając- Ostatnim razem gdy rzuciłem tę kwestię wyskoczyło moje lenistwo. Straszny wstyd.
-Ej oryginał, skup się trochę- powiedziała jedna z jego kopii, która przeszukiwała mleka- Ten koleś może pracować dla złodziei włóczni.
-Ta? To niech mu wyślą jakieś wsparcie.
W tym momencie ciało poprzedniego klona uderzyło między rozmawiających. Obaj odwrócili głowy i zobaczyli kilku Gideonów.
-Mogę powiedzieć „a nie mówiłem"?- spytała kopia
-Głupie prawa komedii.- Madrox walnął w ścianę, tworząc klona- Skopać im tyłki.

Szklarnia.
Moon Knight prowadził ciągły ostrzał z swoich pistoletów. Co prawda Rattler się wycofał, ale rośliny Cassidy'ego nie zwracały uwagę na kulę. Przyparty do ściany rzucił granat gazowy. Black Tom mógł być rośliną, ale jego wzrok wciąż działał jak u ludzi. Następnie bohater przebił się przez ścianę szklarni i wydostał się na zewnątrz, tylko po to by trafić na kolejnego przeciwnika.
-Mam cię.- Grey Gargoyle chciał pochwycić Moon Knighta, ale w ostatniej chwili odskoczył.
-Madrox, jaki jest twój status?- MK rzucił granat w przeciwnika, ale ten złapał go w rękę i zmienił go w kamień
-Całkiem spoko: grzebałem w śmieciach, zrobiłem zniszczenia na parę tysiaków i walczę z kimś kto ma moje moce; jest świetnie.
-Dobrze, wyślij mi parę klonów na ulicę Grange Rd.
-To może chwilę zająć.
Zza pleców bohatera wyskoczył Rattler, ale Biały Rycerz przerzucił przeciwnika przez siebie, po czym silnym ruchem oderwał mu ogon. Następnie obrócił się i użył ogona jako pałki na Gargoyle'u.
-Poradzę sobie.

Okolice hotelu.
Spider-man wskoczył w dziurę za Morbiusem.
-Michael, proszę daj sobie pomóc.
Morbius rzucił się na bohatera i przykuł go do ziemi.
-Wygląda na to że on nie chce twojej pomocy. Kto by się spodziewał?
-Siedź cicho.
Spider-man i Morbius zaczęli turlać się w morderczym uścisku w dół schodów. Morbius próbował dosięgnąć szyi bohatera, ale ten walnął go z dyńki.
-Bo co? Znowu walniesz się pięścią w twarz?
-Bo nie masz racji.
Jakaś kobieta właśnie otwierała drzwi do swojego bohatera, gdy dwóch przeciwników wpadło do środka. Morbius odczepił się od Spider-mana i rzucił się na kobietę, ale ten złapał siecią i rzucił o ścianę.
-Nie ważne co czy zabijanie jest dobre czy złe: Morbius jest ofiarą, nie kontroluję się. Nie masz prawa być jego sędzią!
Zanim Morbius się podniósł bohater wymierzył mu kilka szybkich uderzeń. Widząc że wróg jest osłabiony pająk zaczął oplątywać go pajęczyną. Gdy skończył uświadomił sobie że głos w jego głowie zamilkł. Na razie.
-Te rundę wygrałem.
Spider-man stwierdził że właścicielka tego mieszkania uciekła, więc pozwolił sobie by klapnąć w jednym z fotelów.
-Przemyślmy sytuację: Mam znaleźć sygnały Włóczni. Czy jest lepszy sposób niż bawić się w ciepło-zimno z Moon Knightem?
Spider-man zaczął chodzić po pokoju, a po chwili i po suficie.
-Włócznia Odyna wysyła bardzo charakterystyczne fale energii.- dedukował Peter- Mooney namierza je przy pomocy swoich zabawek. Nie posiadam jego technologii, ale...
Spider-man odwrócił się w stronę Morbiusa (która odzyskał przytomność ale nie mógł wydostać się z pajęczyny).
-To jest to. Mogę przekalibrować mój wykrywacz pajęczych tropicieli! W ten sposób powinien bez trudu znaleźć najbliżej znajdujące się mnie sygnały.
Morbius syknął na niego, więc Peter zakleił mu usta. Następnie wyjął swój odbiornik i zaczął przy nim majstrować.
-Gotowe! -powiedział po kilku minutach- Nie zbyt zaawansowany ale powinien działać.
Po chwili urządzenie zaczęło pikać.
-Oho muszę lecieć. Trzymaj się Morbi i nie goń kota sąsiadów. Ktoś powinien cię odebrać niedługo, przez ten czas pomyśl jak się na mnie zemścisz czy coś takiego.
Spider-man wyszedł, zostawiając wściekłego wampira samego.

Tymczasem na zewnątrz Fantomex walczył z osobą która poprzednio zaatakował Spider-mana: Hobgoblinem.
-Jesteś jednym z najemników Crossbone'a, tak?- Hobgoblin posłał w stronę przeciwnika kilka bomb- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia: powiedz mi gdzie jest Włócznia Odyna a może zostawię cie przy życiu.
-Propozycja odrzucona.-powiedział Fantomex biegnąc, bez większego trudu unikając bomb.
Bohater oddał kilka strzałów, ale Kingsley ukrył się za lotnią.
W tym momencie z budynku wybiegła przerażona kobieta.
-Pomocy! Dwóch ludzi walczy w moim mieszkaniu.
Hobgoblin wykorzystał okazję, zanurkował, złapał ją i ustawił przed sobą jako tarczę.
-Ok, nowa umowa: powiedz mi gdzie jest Włócznia, a nie skręcę jej karku.
Zamiast odpowiedzieć Fantomex strzelił prosto w przestępcę. Hobgoblin w ostatniej chwili wykonał szybki zwrot, ale jednocześnie upuścił zakładniczkę.
Kobieta wrzeszczała lecąc w dól, aż wreszcie uderzyła ciałem o ziemię. Chwilę później bomba dyniowa w jej kieszeni eksplodowała.
-Po prostu pozwoliłeś jej umrzeć? Jesteś najgorszym herosem na świecie!- wrzasnął zdenerwowany goblin- Ścianołaz bez wahania by się na to nabrał!
-Przestań jęczeć i walcz.
Wściekły Hobgoblin zaczął wyrzucił z podwozia lotni deszcz bomb. Na dole powstała masa eksplozji. Przestępca podleciał w dół do poranionego ciała jego przeciwnika. Ku jego zdziwieniu ciało nagle znikło, a za nim pojawił się Fantomex. Zanim złoczyńca zdążył zareagować, jego przeciwnik walnął go od tyłu. Następnie zadał jeszcze kilka ciosów i przygwoździł do ziemi.
-Obawiam się że skończyły mi się kule.- Fantomex złapał głowę Hobgoblina- Ale to nie będzie problem.
W tym momencie bohater został uderzony od tyłu przez lotnię Hobgoblina. Zanim uderzył o ścianę, lotnia wysunęła ostrze przebijając go na wylot.
-Niezła próba.- Hobgoblin splunął krwią- Mysterio wyśmiałby mnie że dałem się na to złapać. Chyba nikomu nie powiesz o tym, prawda?
Ciało Fantomexa pozostało nieruchome.
-Tak myślałem- powiedział Hobgoblin odrywając lotnię od ściany- Szkoda tylko że nie powiedziałeś mi gdzie jest włócznia. Teraz będę musiał...
-...podążyć za Spider-manem- ktoś dokończył za niego
Hobgoblin błyskawicznie odwrócił się i rzucił bombę dyniową, ale druga osoba zwyczajnie przesunęła się w bok.
-Znam cię.- powiedział przestępca.-Jesteś Madrox.
-Może tak, może nie- mutant lekko się uśmiechnął- A ty jesteś najemnikiem, który nie ma pojęcia co teraz ma zrobić by wykonać zadanie. Jesteś też świadom że nie masz dużo czasu, ponieważ w każdej chwili Włócznia Odyna może zostać przeniesiona.
-Jestem też świadom że próba śledzenia ścianołaza jest skazana na porażkę.- warknął przestępca- I podaj mi jeden powód czemu miałbym cię teraz nie zabić.
-Brak korzyści dla ciebie, brak straty dla mnie.- Madrox wykonał nieokreślony gest dłonią- Jeżeli chcesz zdobyć Włócznię Odyna musisz ruszyć za Spider-manem, jest jakieś 200m stąd na zachód. I nie musisz się martwić o ten jego „pajęczy zmysł".
Roderick Kingsley przypatrywał się rozmówcy z uwagą. Mogła to być pułapka, ale po co byłaby taka skomplikowana? Poza tym w mutancie było coś dziwnego. Choćby fakt że nie przejmował się trupem Fantomexa obok.
-Jeżeli mnie okłamujesz jesteś martwy.- powiedział Hobgoblin odlatując.
Madrox przez chwilę obserwował przestępcę, po czym spokojnym krokiem udał się w centrum miasta. Żaden z nich nie zauważył że palec Fantomexa drgnął.

Slumsy.
-Hej Hawkeye, jak ci idzie?- spytał Spider-man
-Walczę o życie, zamknij się!- łucznik wystrzelił w stronę swojego byłego mentora, ale Swordsman odbił strzałę w locie
-Pytam się bo od jakiegoś czasu się nie odzywasz.- najwyraźniej komunikator był tak uszkodzony że Spider go nie słyszał. Niestety działało to w jedną stronę.- Nie obraziłeś się na nas, prawda?
Hawkeye przeklął na całe gardło. Strzała wybuchowa przeleciała koło ramienia jego przeciwnika, po czym odbiła się od ściany i rykoszetem trafiła w Unicorna. Swordsman był już tuż obok, więc Clint był zmuszony do zablokowania uderzenia łukiem.
-Wciąż używasz przestarzałego miecza w czasach pistoletów?
-Chyba nie jesteś najlepszą osobą by mnie oceniać, monsieur Clinton.
-Owszem jestem.
Barton wcisnął mały guzik na łuku. Strzała którą wystrzelił wcześniej w Unicorna nagle poderwała się i zaczęła lecieć w stronę swojego właściciela. Francuz w ostatniej chwili odskoczył z drogi. Strzała wbiła się idealnie w środek łuku. Ćwierć sekundy później Hawkeye już miał ją wycelowaną w przeciwnika. Z tak małej odległości nie mógł chybić.
Przez chwili obaj mierzyli się wzrokiem.
-Zdajesz sobie sprawę że w tej strzale nie może być więcej ładunków wybuchowych- spytał przestępca
-Tak, ale przez chwilę się nabrałeś.- Hawkeye puścił strzałę i odskoczył w tył.
Oczywiście trafił swojego przeciwnika, ale nie czyniąc mu poważniejszej rany. Bohater oczywiście puścił kolejne pociski, ale szermierz zasłonił się stołem.
Akurat Unicorn się podniósł i rozpoczął kontr-ostrzał. Clint zaczął turlać pod stołami, unikając promieni. Łucznik wygrzebał z kołczanu strzały dymowe i rozpuścił je po całym pokoju.
Unicorn rozglądał się, ale nic nie mógł dostrzec. W pewnym momencie ujrzał zarys sylwetki, ale miała ona miecz, więc wypatrywał dalej. W tym momencie Hawkeye doskoczył do niego i znokautował go prawym sierpowym.
Po chwili dym się rozwiał i dwóch przeciwników mogło spojrzę na siebie
-Więc też używasz czasem "przestarzałego" miecza.- stwierdził Swordsman
-Katany.-poprawił go Hawkeye- Pamiątką z czasów gdy zmieniłem pseudonim. Bardziej stylowa niż miecz.
-Oczywiście.-Swordsman spojrzał na zegarek- Obawiam się że nie mam czasu na epickie porównanie naszych zdolności szermierczych, ale bardzo się spieszę.
Swordsman wyskoczył oknem. Clint był tam sekundę później i ujrzał Swordsmana odjeżdżającego na motorze. Do boku miał przytroczoną torbę z wystającym przedmiotem.

Okolice szklarni.
Moon Knight chował się za koszem na śmieci obserwując szukających go Rattlera i Gargoyle'a. Black Tom wydał się być nieobecny, jego rośliny stały nic nie robiąc. Bohatera poważnie to niepokoiło.
-Część!
Awatar Khonshu natychmiast odwrócił się gotowy do uderzenia, ale zatrzymał się widząc Madroxa.
-Jamie mnie przysyła.
-Myślałem że będzie cię więcej.
-Jest, musisz mnie tylko walnąć parę razy.
-Z przyjemnością.
Chwilę później w zaułku było pięciu dodatkowych Madroxów.
-Koniec limitu?
-Na to wygląda. Kiedy wychodziłem Jamie potrzebował dużej ilości klonów.
-Tyle i tak wystarczy, oto plan...

Grey Gargoyle sprawdził kolejny zaułek. Znalazł w nim tyko jakiegoś pijaka, którego chwilę później zmienił w kamień.
-To nie ma sensu.- warknął wściekły- Ten koleś pewnie już zwiał.
-Szukaj dalej.-powiedział Rattler- Zapłaci za to co zrobił mi z ogonem. Rozerwę go na ssskrawki, a potem zasssmakuję w jego krwi, a potem...
Gargoyle nie dopowiedział się co chciał zrobił przestępca, bowiem moonarang uderzył Polaka w twarz. Gargoyle odwrócił się w stronę z której przyleciał atak, tylko po to by dostać granatem.
Rattler szybko się podniósł i zaczął obrywać od Białego Rycerza. Bez swojego ogona nie był za dużym wyzwaniem, ale Moon Knight się śpieszył. Wiedział że kamienna skóra Gargoyle'a wytrzyma jego atak i że ma tylko parę sekund zanim się pozbiera.
Akurat kiedy Rattler upadł nieprzytomny, jego towarzysz rzucił się na bohatera. Tylko jedna ręka przestępcy zmieniała w kamień, ale obie były nadludzko silne. Sam Moon Knight był niezwykle wyczerpany i obficie krwawił. W pewnym momencie Spector upadł na ziemię. Kiedy Francuz pochylał się nad nim by zmienić go w kamień, Marc rzucił małą kapsułkę w jego rękę.
-Co to jest?- zdziwiony przestępca patrzył jak substancja przeżera mu rękawiczkę- Kwas? Chyba nie sądzisz że to mnie zrani.
-Nie musi.
W tym momencie grupa Madroxów rzuciła się od tyłu na przestępcę, przygwożdżając go do ziemi. Ponieważ nie miał już rękawiczki, nie kontrolował już kogo zmienia w kamień, więc każdy nich dotknął jego ręki, wcześniej mocno wczepiając się w złoczyńcę. Chwilę później na przestępcy leżało kilka kamiennych posągów Madroxa.
-Wiecie co- zaczął mówić jeden z nich, zmieniając się w kamień- Wygląda to trochę ge...
Moon Knight stanął nad przeciwnikiem.
-Myślisz że to mnie zatrzyma?- zapytał Francuz- W dziesięć sekund rozwalę te statuy na kawałeczki.
-Więcej nie potrzebuję.- Moon Knight założył kolczaste pięściaki
Kilka brutalnych uderzeń później bohater Marc Spector wyszedł z zaułka.
-Załatwiłem już twoich towarzyszy- powiedział na głośno bohater- Zostałeś sam Tom. Pokaż się!
Po chwili ciszy biały rycerz usłyszał kroki. Ciężkie, nieporadne kroki. W tym momencie ze wszystkich ulic zaczęły wychodzić drzewa.
-Przepraszam że mnie nie było- zaśmiał się mutant- Ale odwiedzałem tutejszy park. Ładne miejsce,a le ostatnio mało tam roślinności.
Moon Knight zacisnął zęby. Szybkim ruchem dowiedział się że nie ma już granatów. Czekała go ciężka walka.

Tymczasem Spider-man namierzył swoje dwa sygnały, które też okazały się być zmyłką. Właśnie leciał do najbliższej lokacji gdy usłyszał Madroxa.
-Spider-man, spójrz w dół.
Peter bez trudu wypatrzył grupę Madroxów stojących na dole.
-Hej Jamie.-powiedział lądując- Skończyłeś już robotę w Centrum Handlowym.
-Tak. Początkowo ten cały Gideon sprawiał trudności, ale w pewnym momencie jego klony zaczęły kłócić się nawzajem. Facet nie wiedział co robić i spanikował. Niestety nie znalazłem włóczni, tylko pudełka ze znakami HYDRY (swoją drogą nie mieliśmy walczyć z komunistami?)
-U mnie podobnie (Zastanowimy się nad tym później). Pytanie co teraz?
-W sumie usunęliśmy siedem sygnałów.- zamyślił się Madrox- Zostało pięć.
-Moon Knight- Peter włączył swój komunikator- Gdzie są pozostałe sygnały?
-Dwa są u Kapitana na stadionie, dwa w slumsach u Hawkeye. Ostatni jest jakieś 500 metrów na północ od was. Chciałem się nim zająć osobiście, ale zostałem spowolniony.
-Ok, bierzemy go.
Chwilę później obaj herosi znaleźli się przed opuszczoną fabryką. Urządzenie Spidera potwierdziło że Włócznia (lub nadajnik) jest w środku.
-Wpadamy tam z krzykiem czy mamy jakiś plan?-spytał Madrox
-Plan: Ty wpadasz tam z krzykiem. Ja wślizgnę się po cichu i zabiorę włócznię, kiedy nikt nie będzie patrzył.
-Chciałbym by choć raz nasz plan nie uwzględniał samobójczej misji dla moich klonów- Westchnął mutant, ale zaczął się replikować.
Przestał gdy było ich około tuzina.
-No dobra, wchodzimy na trzy. Raz... Dwa...
Drzwi do fabryki otworzyły się z hukiem, w nich stała linia żołnierzy HYDRY z pistoletami wycelowanymi w bohaterów. Kolejni żołnierze wyszli z uliczek za herosami, otaczając ich. Na niebie pojawiły się dwa helikoptery.
-Trzy.- powiedział Crossbone stajać koło szeregu. W ręku trzymał bardzo podłużną metalową walizkę- Jestem zawiedziony że wy tu jesteście, nie Kapitan Ameryka. On wiedziałby że powiniecie omówić takie sprawy ZANIM staniecie przed bazą przeciwnika. Chyba wiecie co to są kamery.
Jeden z Madroxów pacnął się w czoło..
-Hej Spidey.- wyszeptał- Co z twoim sławnym Pajęczym Zmysłem?
-Nie jestem pewien.- powiedział Spider-man zdziwiony- Zwykle..
Peter umilkł czując znajome mrowienie.
-Który z was to oryginał?
-Ja, ale chyba nie chcesz...
W tym momencie coś uderzyło w helikoptery. Spider-man złapał Madroxa i swingnął z nim naprzód, sekundę zanim uderzyła w nich któraś z maszyn. Część agentów HYDRY miała mniej szczęścia. Spider-man rzucił Madroxem przed tłum przeciwników. Od samego lądowania pojawiło się sześciu Madroxów, gotowych do walki.
Sam Spidey rzucił się na Crossbone'a.
-Sprawdzimy czy poradzę sobie równie dobrze co Kapitan?
-Z przyjemnością.
Obaj zaczęli wymieniać ciosy gdy Pajęczy Zmysł ostrzegł Spidera przed atakiem. W ostatniej chwili odskoczył od swojego przeciwnika, zanim walnęła w nich bomba dyniowa.
Hobgoblin z maniakalnym śmiechem latał nad polem bitwy, rzucając w przeciwników.
-Cześć Spidey, sorry ale nie mam czasu na cotygodniową potyczkę.
Hobgoblin podleciał pod Crossbone'a. Ten wyciągnął pistolet, ale Kingsley strzelił go z rękawiczki
10,000 volt elektryczności. Już pochylił się nad walizką gdy Spider-man kopnął go, zrzucając z lotni. Hobgoblin chciał się podnieś, ale zaatakowała go ośmiu Madroxów.
-Znowu się spotykamy mutancie- Mimo że mocno obrywał, Hobgoblin uśmiechnął się i włączyć swój komunikator- Mam dla ciebie niespodziankę. Zabić ich.
Chwilę później w Nowym Jorku ktoś podciął gardło klonom Madroxa, które były torturowane każdego dnia od ich złapania. W momencie ich śmierci, wszystkie ich wspomnienia trafiły do głowy Madroxa.
Jamie ryknął z bólu, a z nim każdy pojedynczy klon. Spider-man doskoczył do cierpiącego przyjaciela, ignorując Pajęczy Zmysł. Przestępca wykorzystał to rzucając w niego specjalną czerwoną bombę dyniową.

Po chwili Spider-man otworzył oczy. Stwierdził że jest cały w jakiejś silnie klejącej substancji
-Co to jest?- spytał próbując się wyrwać
-Klej Trapstera. Dużo kosztował ale przydaję się na takie okazję.- powiedział Hobgoblin wyjmując swoją lotnię, spod Madroxów
-Nie zamierzasz mnie zabić.
-O dziwo nie. Widzisz chwilowo pracuję dla Kingpina. Mój sukces to jego sukces. Gdybym teraz cię ubił poszło by to na jego koszt i uwierz mi nie chcę tego. Zabiłbym mutanta ale- przestępca machnął w stronę kupy Madroxów- nie mam całego dnia. Zresztą mam po co przyszedłem.
-Nie, to nie może się tak skończyć.
Spider-man strzelił siecią w walizkę, przylepiając ją do gruntu.
-Przestań Spider-manie, to jest smutne.- Hobgoblin przeciął sieć ostrzem- Zawstydzasz się.
-Co teraz, co teraz.- myślał Peter szarpiąc się.
Nagle wrócił jego drugi głos.
-Crossbone, pistolet.
Ledwie wiedząc co robi Spider-man przyciągnął pistolet, którego wcześniej próbował użyć Crossbone.
-Stój!
Hobgoblin odwrócił się w jego kierunku zdziwiony.
-Odłóż. Walizkę.
-Bo co? Zastrzelisz mnie? Poważnie pajączku, odlecę z przestrzeloną nogą, to musiałby by być śmiertelny strzał. Obaj wiemy że nie dasz rady.
-Ja...
-Teraz nie masz wyboru, zastrzel go.
-Nie mogę. Nigdy nie odebrałem nikomu życia.
-Jeśli Włócznia wpadnie w niepowołane ręce będziesz miał krew milionów na rękach.
-Musi być inna droga.
-Nie mamy na to czasu. Hobgoblin jest seryjnym kryminalistą, wybrał swoją drogę świadomie, zabił wiele osób, byłeś świadkiem wielu jego zbrodni. Nie masz nic na jego usprawiedliwienie.
Spider-man zawahał się. Hobgoblin szybkim ruchem rzucił w niego bombę dyniową. Spider-manowi zaczęło ciemnieć w oczach,
-Znowu zawiodłem...To był ostatni raz.
Tymczasem Hobgoblin odlatywał w dal.
-To był dziwny dzień, Ale w sumie udany.
Przestępca postanowił sprawdzić jak wygląda Włócznia Odyna. Ku jego zdziwieniu w walizce było tylko białe pudełko ze znakiem HYDRY.
-Co? Jeśli to zmyłka, to kto ma...

-Włócznię! Powtarzam: Swordsman ma włócznię! Czy ktoś mnie słyszy?
Hawkeye wywalił swój komunikator, mrucząc jakieś przekleństwa, po czym wystrzelił w niebo strzałę, która eksplodowała z oślepiającym blaskiem. Kątem oka dostrzegł motorzystę któremu w mig skonfiskował motocykl i ruszył w pogoń za swoim dawnym mentorem, modląc się że któryś z jego towarzyszy dostrzegł jego sygnał. Na jego nieszczęście jedyną osobą która to zrobiła był przestępca w pomarańczowym kapturze z dyniową bombą w ręku.

Tymczasem gdzie indziej.
-On wciąż żyje.
-Ma silną wolę. Będzie doskonałym nabytkiem dla naszej organizacji.
-Niech się stanie wola HAND.
Fantomex otworzył oczy i w ostatniej chwili złapał miecz, zanim ten przebił mu brzuch. Bohater zrobił przewrót i chciał podciąć ninję, ale zamiast tego zgiął się w pół. Jego czynnik regeneracyjny był zbyt słaby i wciąż był poważniej ranny.
Ninja przybił go do ziemi nogą.
-Twoje ciało jest słabe.- powiedział unosząc miecz- HAND wyzwoli cię ze słabości.
SNIKT SNIKT
Ciała wojowników HAND padły martwe, krwawiąc zieloną krwią. Nad Fantomexem stanęły cztery postacie.
-Jesteś spóźniony- mruknął bohater
-Jeszcze dychasz, więc jestem na czas bub.-powiedział Wolverine. Razem z nim byli Deadpool Psylocke i Nightcrawler- I jesteśmy gotowi skopać europejskie tyłki.