Rozdział 19: Fanservice
Autor: Dżentelmen

Hawkeye pędził na motorze choć nie miał dużych szans na dogonienie Swordsmana na zwykłym motorze, skoro tamten miał najwyraźniej przygotowane jakieś cudo współczesnej motoryzacji i wymijał wszystkie samochody na drodze. Lawirował pomiędzy nimi tak dobrze, że Barton postanowił pojechać czymś co wydawało się skrótem i przeciąć drogę starego przyjaciela, lecz gdy wyjechał mu naprzeciw, okazało się, że zniknął on gdzieś. Szybko go jednak odnalazł, bo usłyszał wielokrotne wybuchy bomb Hobgoblina. Gdy zjawił się koło nich, puścił na chwilę kierownicę i wystrzelił serię strzał w latającego złoczyńcę, lecz ten umknął przed atakiem, po czym zniżył lot chcąc uderzyć łucznika. W ostatniej chwili uskoczył przed falą ognia wystrzeloną z miecza Swordsmana.
- Dzięki, stary! - zawołał Clint, pocieszony tym, że przynajmniej Jac nie chciał jego śmierci.
- No co ty - powiedział do siebie Swordsman, po czym uwolnił z ostrza promień elektryczny który minął głowę Hawkeye'a o kilka centymetrów.
- Heh. Znam wszystkie twoje stare triki, a sam nauczyłem się paru nowych! - to powiedziawszy, Clint wystrzelił strzałę która uwolniła jakiś płyn na drodze przed Swordsmanem. Tamten musiał tak operować maszyną by się nie wywróciła, co spowodowało, że wjechał na zamkniętą drogę, prowadzącą do niedokończonego mostu.
Barton podążył za nim, mając nadzieję, że gdy straci swój pojazd, jego dawny przyjaciel będzie stwarzał mniejsze zagrożenie. Obydwoje musieli skoczyć by nie zginąć w eksplozji obu pojazdów. Francuz użył wiązki energii by załagodzić upadek, a Clint użył strzały z liną, po której zjechał na dół. Gdy znalazł się koło tego co pozostało z motorów, przez dym ujrzał sylwetkę Hobgoblina, kradnącego włócznię. Zamierzał mu to uniemożliwić lecz został postrzelony od tyłu sporą dawką elektryczności. Zawył z bólu i padł na ziemię. Udało mu się podnieść, jednak z wielkim trudem, tylko po to by ujrzeć uśmiechniętego Jacquesa.
- Czemu ci tak wesoło dupku?! - wydarł się na niego - Nie zauważyłeś, że ten pajac przejął włócznię?!
- Może i tak. Jednak nie muszę się tym przejmować. W przeciwieństwie do ciebie należę do ekipy zwycięzców. Złapanie tego dupka to tylko kwestia czasu. A, skoro o czasie mowa... - francuz wycelował miecz w Hawkeye'a - ... to nie pozostało ci go zbyt wiele.
Barton z trudem wyjął strzałę z kołczana i napiął cięciwę łuku - Mam dość czasu by skopać ci ten postérieur! - uwolnił strzałę, która popędziła w stronę przeciwnika.

Moon Knight był wciąż zmuszany do unikania ataków drzew które zebrały się dookoła. Było ich tak wiele, że nie miał czasu oddać po zrobieniu uniku bo już nadchodził kolejny cios. Nie miał pojęcia jak długo wytrzyma skacząc dookoła z nadzieją, że ujdzie z życiem. W końcu jego reakcje zaczęły być wolniejsze i został uderzony z ogromną siłą przez co wleciał przez okno do salonu fryzjerskiego. Ludzie którzy dotąd obserwowali walkę, leżeli teraz na podłodze, niektórzy poharatani odłamkami szkła, ale bohaterowie nie przeszkadzało to w spytaniu - Jest gdzieś w okolicy sklep ogrodniczy?
Jedno drzewo zaczęło wchodzić przez dziurę która pozostała po zniszczeniu szyby, więc Moon Knight pochwycił pierwszą lepszą osobę i wyciągnął ją na zaplecze - Gadaj szybciej bo miasto opanują żywe drzewa! I to nie są żarty!
- Niedaleko, na zachód - powiedział niepewnie mężczyzna - A tędy dojdzie pan na dach - dodał po chwili, wskazując schody.
- Widzę przecież - odparł oschle podwładny Khonshu - I nie jestem jakimś pieprzonym Spider-manem by po dachach latać! - zawołał jeszcze podczas otwierania kopniakiem drzwi na parterze.
Niektóre drzewa zdążyły już obejść budynek i zaczęły wchodzić do alejki w której znalazł się ich przeciwnik. Moon Knight rozejrzał się by zorientować się z której strony będzie miał łatwiejszą przeprawę, po czym wybrał tą przeciwną. Zdążył zauważyć, że przed drzewami jest spora kałuża więc wjechał w nią ślizgiem, a ona nadała mu jeszcze większej szybkości. Pochwycił moonarangi i przemieszczając się tuż pod drzewami, ciął je po korzeniach tak, że gdy znalazł się po drugiej stronie, sporo jego przeciwników upadło na siebie. Drzewa zahaczały o siebie gałęziami więc nie mogły się sprawnie poruszać. Heros uśmiechnął się na ten widok, zdjął maskę i wziął soczysty gryz jabłka które jakoś zdobył przed chwilą - Przynajmniej owoce macie dobre... Bo jako sparring partnerzy jesteście kiepscy - wyrzucił owoc za siebie i pobiegł na zachód.

- Przykro mi Herr Captain lecz to już twój koniec! - zawołał Swarm, powoli zbliżając się do przeciwnika który nie miał już nawet siły by uciec - Nawet nie wiesz jaką radością napawa mnie to, że odbiorę ci życie zanim zdoła to zrobić ten dupek Crossbones - dodał choć najwyraźniej nie palił się do tego by zabić Amerykanina. Wolał napawać się cierpieniem wroga, ale gdy zobaczył, że Klaw patrzy na niego niecierpliwie, postanowił działać. Wszystkie pszczoły, składające się na jego ciało, rzuciły się w kierunku trybuny. Te które były z przodu, umarły uderzając o krzesła, a reszta zatrzymała się bo zrozumiała, że ich celu już tam nie ma. Połączyły się w całość i Swarm zaczął się rozglądać - Gdzie on się podział?!Niech nie myśli, że mi ucieknie! - jak na zawołanie, przestępca został przecięty tarczą bohatera która po chwili wróciła do Rogersa, znajdującego się kilkanaście metrów dalej, z powrotem na murawie.
- Skąd on się tam wziął? - Ulysses był równie zdziwiony jak jego towarzysz choć zdecydowanie mniej podekscytowany. Starał się na chłodno przemyśleć na jaką odległość powinien się zbliżyć by móc zaatakować swoim sonicznym działkiem, a jednocześnie nie znaleźć się w zasięgu tarczy Captaina - Musi być tu ktoś jeszcze. Jakiś teleporter... Lepiej uważajcie bo...
Madame Masque nie miała bynajmniej zamiaru posłuchać współpracownika i po chwili zeskoczyła z trybun, w powietrzu unikając nawet kolejnego ataku Rogersa, a gdy znalazła się już dostatecznie blisko, wystrzeliła z pistoletu, raniąc bohatera w rękę. Zdawało się, że powracająca tarcza uderzy herosa zanim ten zdąży ją złapać, ale z obłoków mrocznego dymu pojawiła się nieznana istota, która pochwyciła tarczę i przykucnęła na murawie.
- Co to ma być, do jasnej cholery?! - wykrzyknęła kobieta.
- Nightcrawler? - spytał niepewnie Captain. Z tego co wiedział, ten człowiek nie żył już od jakiegoś czasu.
Tamten spojrzał na niego spode łba - Tak. Jednakże jestem trochę inną wersją.
- Co znaczy "inną"?
Mutant podniósł się i podał bohaterowi tarczę - "Inną" znaczy, że jak nazwiesz mnie elfem czy jakimkolwiek synonimem tego słowa to dostaniesz po pysku.
Steve zaniemówił przez chwilę, jednakże zaraz się uśmiechnął - Widzę, że jesteś trochę rozdrażniony, ale dobrze cię mieć po swojej stronie.
Na niebieskiej twarzy zagościło coś co, w małym stopniu, lecz wyrażało zadowolenie - Nie czas na gadanie. Musisz przez chwilę wytrzymać sam. Zaraz wrócę - powiedział, po czym zniknął w dymie, pozostawiając tylko zapach siarki.
Captain spojrzał na przeciwników którzy zdążyli zebrać się w okół niego. Nie wyglądało na to by miał jakiekolwiek szanse w otwartym starciu więc liczył na to, że jego nowy towarzysz miał coś w planie.
- Ostatnie słowa? - spytała Madame Masque, lecz jej oponent milczał - No cóż - nacisnęła na spust lecz nic się nie stało. Przyjrzała się broni i zorientowała, że musi wymienić magazynek.
- To podejrzane. Tamto coś pojawiło się znikąd i zniknęło. Skąd wiemy, że nas nie zaatakuje? - spostrzegł Klaw.
Pozostała dwójka spojrzała na niego z głupimi minami o ile dało się odczytać jakąkolwiek mimikę twarzy spod maski czy z setek pszczół - Pewnie już nie wróci. Zresztą co mógłby... - wypowiedź Swarma został przerwana gdy zewsząd zaczęła lecieć woda. Owady rozpierzchły się we wszystkich kierunkach lecz padały jak muchy(lol) gdy ich skrzydła mokły.
- Zraszacze! - wykrzyknął Klaw - Wygląda na to, że to zaplanowali. Teraz ten dupek nam się nie przyda.
Madame Masque odrzuciła pistolet - Moja broń przemokła i też się już nie przyda. Trzeba będzie załatwić to staromodnymi metodami! - to wykrzyknąwszy, rzuciła się w stronę Captaina, lecz ten przewidział jej atak i wybił ją kopniakiem w powietrze, dzięki czemu był pewien, że jego atak tarczą trafi. Kobieta została uderzona w głowę i upadła kilka metrów dalej.
- Wstawaj i walcz - rozległ się głos. Najemniczka otworzyła oczy i ujrzała czarne buty. Gdy powędrowała wzrokiem wyżej, zobaczyła Psylocke w całej okazałości, trzymającą w ręku katanę - Daję ci trzy sekundy.
- Szlag. To wszystko sprawka tego elfa! - Klaw zamierzał się wycofać, ale gdy się obrócił, dostał kopniakiem i padł na ziemię.
Nightcralwer doskoczył do niego i uderzeniem złamał mu szczękę, praktycznie wbijając ją w ciało przeciwnika - Teraz już tego nie powtórzysz - stwierdził z szyderczym uśmiechem.
Tymczasem, Madame Masque uskakiwała przed kolejnymi atakami angielki - Przestań wreszcie! Czy ty masz pojęcie kim jestem?! Masz pojęcie?! - zatrzymała się na chwilę by wyciągnąć kastet i zaatakowała, ale ta druga zablokowała mieczem - Jestem córką samego Hrabiego Nefarii!
Psylocke nie przejęła się i zaatakowała ponownie - Za młodu byłam na kilku tych ekstrawaganckich imprezach, ale jakoś nie kojarzę. A tak w ogóle, całkiem nieźle wyglądasz bez tej maski.
- Co? - Whitney dotknęła dłońmi twarzy - Nie! Moja maska! Nikt nie może mnie bez niej zobaczyć! - zaczęła krzyczeć ale powstrzymało ją uderzenie w tył głowy ze strony Captaina Americi.
Braddock spojrzała na poległą przeciwniczkę - Miała blokady więc nie mogłam odczytać jej umysłu. Jednakże, łatwo było się domyślić, że ma jakieś kompleksy dotyczące twarzy. Nikt normalny nie nosiłby tak po prostu maski - zauważyła, że Rogers stoi koło niej - Oczywiście bez urazy - postanowiła rzucić szybko.
- Oczywiście - odparł.
- Przydałaby się pomoc! - obydwoje usłyszeli krzyk Nightcrawlera który, jak się okazało, teleportował się z miejsca na miejsce by uniknąć sonicznych ataków Klawa. Przestępca nie mógł już mówić lecz dźwięk wciąż był jego domeną.
Captain zaczął biec w stronę holendra - Mam plan - powiedział do Psylocke która podążyła za nim.
- Może się udać - stwierdziła, optymistycznie, mutantka.

Tymczasem, przed siedzibą Hydry zebrała się spora grupa jej agentów. Ci którzy zostali zranieni wcześniej w walce, też mieli się już lepiej. Postanowili się przegrupować i zająć się nieprzytomnymi wrogami. Na szczęście dla nich, po doznaniu szoku Madrox automatycznie wchłonął swoje kopie więc musieli przenieść tylko oryginał i Spider-mana do wnętrza bazy.
- Pospieszcie się do cholery! - wrzeszczał jeden z wyższych rangą członków - Jeśli go nie uratujecie to możecie być pewni, że Sin własnoręcznie was zabije!
- Robimy co w naszej mocy, więc zamknij mordę! - odkrzyknął mu szef ekipy medycznej, która zebrała się przy Crossbone'sie i próbowała ratować mu życie różnymi maszynami medycznymi najnowszej generacji - Niech to szlag!
Oficer podszedł do lekarza i podniósł go w górę za fraki - Zróbże coś!
- Pierdol się! Nie mamy sposobu by go uratować, a nawet jeśli jakiś by był to nie warto ratować tego dupka - odparł medyk - Wiesz jaki był. Bez wahania poświęcał swoich ludzi więc... - odgłos wystrzału zagłuszył jego słowa, a po chwili mężczyzna upadł martwy na ziemię. Wszyscy zaniemówili ze zdumienia.
Crossbones odtrącił zebranych przy nim lekarzy i sprzęt, po czym powoli powstał - Nie skreślajcie mnie... tak szybko... na straty. To ja... jestem tu najsilniejszy - wypowiedział te słowa z trudem, odrzucił broń i spojrzał na swoje ręce. Oparzenia po porażeniu prądem pozostały i mimo tego, że czuł ogromny ból, zdawał sobie sprawę, że w jakiś dziwny sposób jego siły życiowe zaczęły wracać.
Oficer podszedł do przywódcy i podał mu nową maskę, na miejsce starej która praktycznie wtopiła się w skórę Rumlowa - Jak to możliwe, że pan wciąż żyje, Sir?
- spytał nieco niepewnie. o to o czym myśleli wszyscy zebrani.
Zakrywając swoją oszpeconą twarz, przestępca uśmiechnął się i odrzekł - Najwyraźniej, ci z piekła... boją się mnie wpuścić - wyminął podwładnego i ruszył w kierunku drzwi do bazy - A poza tym, jesteśmy Hydrą. Jak ktoś raz nas zabije, to nowy łeb wyrasta by się zemścić na naszych oprawcach. Hail Hydra.
Na te słowa, wszyscy momentalnie stanęli na baczność i wykrzyknęli - Hail Hydra!
Nagle, znikąd pojawiła się jakaś postać. Poruszała się tak szybko, że agenci nie mieli nawet szans w porę odeprzeć ataków które nadchodziły z niespodziewanych kątów i kierunków. W końcu, wszyscy padli martwi lub ranni, a Crossbones obrócił się by ujrzeć siedzącego na jednym z jego podwładnych, Wolverine'a - Hail to the king, bub.
- Ze wszystkich superbohaterów, musiałeś zjawić się tutaj akurat ty. Zawsze trochę wkurzające było walczenie z tobą bo każda rana goiła się w kilka chwil, ale najwyraźniej sam stałem się trochę bardziej odporny. Ciekawe kto wygrałby teraz? - Rumlow podniósł jedną z broni swoich ludzi i wycelował w mutanta - Ty, czy ja? Jak sądzisz?
Przywódca X-Force, nie zwrócił uwagi na to, że jego wróg się uzbroił. Postanowił zapalić jedno ze swoich ulubionych cygar - Sądzę, że za dużo gadasz. Gdybyś walczył z kimkolwiek innym z mojej ekipy... - wypuścił z ust obłok dymu - ...Już byś miał wpakowane w głowę ze sto naboi. Albo noże. Noży też używają.
Crossbones rozejrzał się - Niby gdzie jest ta twoja ekipa? - spytał z przekonaniem, że mutant wcale nie ma żadnych towarzyszy.
- Zajmują się czymś ważniejszym niż gadanie z idiotą wyjętym z bdsm-owego porno - Logan powstał i wyrzucił, dopalone tylko do połowy, cygaro.
- Czym na przykład? - zagadnął, wciąż nie przekonany, złoczyńca.
- Zastanów się trochę... O co się wszyscy bijecie?
Rumlow zaniemówił na chwilę - Włócznia... Ale ona... - postanowił zabrać, jednemu z leżących wokoło agentów, urządzenie które służyło do namierzania sygnału włóczni - Zaraz znajdzie się poza miastem.
- I co teraz? Walczysz ze mną czy gonisz swoją zgubę? - Wolverine wysunął pazury by sprowokować swojego rozmówcę, lecz ten wbiegł do bazy w której po chwili słychać było krzyki i odgłosy walki.
Crossbones wyleciał nagle przez drzwi i padł tuż koło mutanta. Zaraz za nim, pojawili się Spider-man i trzech Madroxów.
- Wolverine? - obaj bohaterowie zdziwili się jednocześnie.
- Powiedziałbym, że dobrze was widzieć ale okoliczności nie są najlepsze. Inni chyba wciąż walczą a Fantomex ruszył za sygnałem włóczni. O ile on i ci którzy ruszyli na stadion powinni sobie poradzić to jest jeden o którego się martwię.
- Kogo masz na myśli? - spytał, zdezorientowany, Spider-man.
Logan westchnął - Prosił mnie by to on mógł pomóc Moon Knightowi. Stwierdził, że jest jego fanem.

- Panie Moon Knight! Gdzie pan jest?! Przyszedłem po autograf! - Deadpool podążał za zniszczeniami i połamanymi gałęziami które ciągnęły się przez pół dzielnicy - Ciekawe, gdzie on się podziewa?
"Może wiedział, że przyjdziesz i schował się żeby zrobić ci niespodziankę" stwierdził jeden z jego głosów.
"Albo myśli, że jesteś creepy stalkerem który chce wypchać poduszkę jego włosami" dodał inny.
- Ale ja na serio jestem jego fanem! Kupiłem sobie nawet koszulkę z napisem...
Nagle, tuż przed najemnikiem upadło przecięte w pół drzewo. "Chyba go znaleźliśmy" powiedział pierwszy głos.
Moon Knight biegał, skakał i wykonywał uniki, ale tym razem także miał możliwość ataku. Po wizycie w sklepie ogrodniczym, zdobył nową broń, która dawała mu większy zasięg. Zamachnął się i dwumetrowa kosa, którą trzymał oburącz, przecięła do połowy pień jednego drzewa. Niestety, kolejny atak nie poskutkował bo ostrze utknęło w przeciwniku i zanim bohater mógł je wyjąć, przeciwnik uderzył. Ku swojemu zaskoczeniu, Spector wcale nie został zmiażdżony pod konarem. Wyrwał się z uścisku wybawiciela, którym okazał się Deadpool, po czym chwycił dwa sierpy, dotychczas zatknięte za pas, i ruszył do kontrataku, ignorując najemnika. Tamten stanął jak wryty po czym wykrzyknął - Mógłbyś chociaż podziękować! - założył ręce na klacie i dodał - Myśli, że jak jest sławny to wszystko mu wolno. Dotychczas byłem jego fanem, ale teraz to mnie rozczarował.
Jakby w odpowiedzi na te słowa, sługa Khonshu rzucił sierpem, który mijając twarz Wade'a o centymetry, odciął gałąź drzewa które znajdowało się za nim.
- Teraz jesteśmy kwita - odrzekł niezadowolony Deadpool. Mimo wszystko, pochwycił swoje miecze i też rzucił się na pomoc towarzyszowi - Zawsze marzyłem o tym team-upie. Wiesz, mam przy sobie taką koszulkę...
- Zamknij się wreszcie i poszukaj Black Toma. Musi być gdzieś w pobliżu.

Hawkeye biegał za Swordsmanem i co chwila uwalniał kolejne strzały lecz większość była niszczona przez energię z miecza przeciwnika, więc nie robiły żadnych szkód.
- Ile ich ci tam jeszcze zostało? 20? 50? W końcu zniszczę je wszystkie i wezmę się za ciebie! - zawołał, pewny siebie francuz.
Jego przeciwnik nie odzywał się. Choć pozostało mu już mniej strzał niż wydawało się Jacquesowi, to wciąż nie wykorzystał tych najniebezpieczniejszych.
- Czas na mój ostatni atak - wyszeptał do siebie Barton, po czym wystrzelił kolejną strzałę. Jednakże, minęła ona Swordsmana o ponad dwa metry i uznał, że nie warto jej zniszczyć. Kolejna stworzyła większe zagrożenie gdyż była wycelowana w podporę mostu i wybuchła gdy w nią uderzyła, sprawiając, że gruz poleciał prosto na Swordsmana. Ten, jednak użył swojej broni by zdezintegrować beton. Jego reakcja była szybka, ale Hawkeye zdążył wystrzelić dwie kolejne strzały. Jedna minęła francuza, jednak przed drugą musiał uskoczyć bo rozpoznał wybuchową strzałę. Nie wiedział jednak, że tuż za nim czeka ściana ognia. Znalazł się tuż koło miejsca w którym płonęły wraki motorów, a dwie strzały które minęły go wcześniej, posłużyły do wzmocnienia ognia. Wybuchowa strzała poszerzyła zasięg ognia jeszcze bardziej, a jedyna droga ucieczki była torowana przez resztę gruzu którego nie zniszczył. Gdyby miał się tamtędy wydostać, musiałby wspiąć się, a wtedy byłby łatwym celem dla przeciwnika. Postanowił więc poczekać. Wiedział, że jego były przyjaciel nie zostawi go na pewną śmierć i w końcu przyjdzie mu z pomocą. Po chwili, jednak zaczął panikować, bo ogień się zbliżał a Hawkeye wciąż się nie zjawiał - Co ten gnojek sobie myśli? Jeśli sądzi, że dam się tak po prostu złapać... Już wolę tutaj zginąć.
Nagle, coś przebiło się przez ogień. Nie był to jednak Clint, a strzała. Swordsman zauważył ją za późno by ją zdezintegrować, więc ciął ją mieczem. Moment potem zauważył, że ostrze jego broni zamienia się w płyn - Co?! O co tu chodzi?! - spojrzał na ledwie zauważalną w ogniu strzałę której nie udało mu się zniszczyć i zauważył, że cała pokryta była jakimś metalem. Wpatrując się w nią, nie zauważył, że Barton w końcu zjawił się koło niego, by zadać mu potężny kop w brzuch, przez co obydwoje przelecieli przez ścianę ognia i znaleźli się na otwartej przestrzeni po jej drugiej stronie.
- Ty podstępny dupku! - wykrzyczał francuz. Z ust wypływała mu krew, a twarz i ramiona miał pokryte poparzeniami.
- Komplementując mnie, daleko nie zajdziesz - odparł żartobliwie Hawkeye, po czym zrzucił z siebie palącą się płachtę którą miał na sobie gdy skoczył w ogień - Po raz kolejny skopałem ci tyłek. I co ty na to, kumplu?
Jacques podniósł się z trudem - Nie mam pojęcia jak to zrobiłeś, ale ty także nie masz już swoich strzał. Szanse ponownie są wyrównane.
Clint zaśmiał się donośnie - Gdybym sam wyglądał jak siedem nieszczęść, nie byłbym chyba tak pewny siebie jak ty teraz, ale skoro dalej chcesz walczyć... - szybko doskoczył od oponenta i kopnął go w twarz, przewracając go na ziemię - ... to nie ma sprawy.
Swordsman wypluł jeszcze więcej krwi, jednak nie miał dość czasu na rekonwalescencję, gdyż Barton podniósł go za ciuchy i uderzył jeszcze kilka razy w twarz. W końcu chwycił rękę przeciwnika i złamał ją w łokciu. Swordsman zawył z bólu, a Hawkeye postanowił w końcu dać mu spokój. Zaczął biec, bo usłyszał zbliżającą się straż pożarną i pogotowie.

Przed bazą Hydry, Crossbones ocknął się pośród zwłok swoich towarzyszy. Wolverine'a i innych nie było nigdzie dookoła. Najwyraźniej ruszyli po włócznię.
- Wygląda na to, że nawet jak jestem nieśmiertelny to wciąż mogą mi dać się we znaki - stwierdził do siebie, po czym ruszył biegiem do wnętrza budynku. Postanowił bowiem wziąć jeden z ukrytych tam pojazdów i ruszyć samemu za sygnałem. Gdy wbiegał w pośpiechu do budynku, nie zauważył jednak, że w przy wejściu i w kilku miejscach w środku ktoś pozostawił dla niego niespodziankę. Cała siedziba Hydry, momentalnie eksplodowała, a na pobliskim dachu, pewna kobieta uśmiechała się złowrogo - Mówią, że zemsta najlepiej podawana jest na zimno, a jednak on zginął w wybuchu. No cóż - White Tiger rozłożyła ręce w bezradności, odwróciła się i ruszyła przed siebie. Nie miała pojęcia, że tak jak i jej, Crossbonesa nie dało się tak łatwo zabić.

Tymczasem, Paladin i Executioner obserwowali całą bitwę dzięki podłączeniu się do kamer przemysłowych. Asgardczyk przyglądał się temu co zaszło pod bazą Hydry z pewnym niepokojem.
Jego towarzysz zauważył to, więc spytał go - Co jest? Coś się stało?
- Zdawało mi się, że wiem czemu ta dwójka wciąż żyje, ale...
- "Ale"?
Executioner podniósł się z fotela i ruszył ku wyjściu z pomieszczenia - Muszę zbadać to z bliska.
Paladinowi zrzedła mina - Nie pamiętasz co ci mówiłem? Nie możemy się ujawnić aż do samego końca.
- Idę tam, a ty nie zrobisz nic żeby mnie powstrzymać - oznajmił mięśniak.
- Och, czyżby? - Paul wyjął z kabury pistolet i wycelował w Skurge'a - Ta broń strzela strzałkami usypiającymi. Jedna tak wystarczy by powalić byka.
Na twarzy Executionera, po raz pierwszy od dłuższego czasu zagościł uśmiech - Walczmy więc! - pochwycił swój topór i rzucił się na swojego niedawnego kompana.