Rozdział 20: Na kraniec świata
Autor: GrayFox

Paladin nigdy nie należał do graczy zespołowych, dlatego jego sojusz z asgardzkim wojownikiem przychodził mu niezwykle trudno. Oboje wyznawali różne racje, różne sposoby walki, różne idee kierowały ich życiem – stąd też atmosfera była gęsta, czasami aż za gęsta. W końcu musiało dojść do tego co nastąpiło. Paladin przeleciał przez ścianę do małej toalety zostawiając w niej pokaźnych rozmiarów dziurę i uderzył o muszlę klozetową niszcząc ją na drobne kawałki. Z wyraźnym trudem podnosił się, z tyłu jego głowy sączyła się krew, która mieszała się z wodą tryskającą radośnie z rozwalonej ubikacji. Przez dziurę wszedł Executioner, uśmiechając się i dzierżąc swój topór wyglądał przerażająco, niczym przemieszczająca się góra, chcąca zmiażdżyć każdego, kto stanie na jej drodze. Paladin jednak, mimo iż oszołomiony, nie miał zamiaru dać za wygraną. Pozbierał się z posadzki najszybciej jak tylko umiał i wycelował pistolet nabity strzałkami usypiającymi w swojego niedawnego towarzysza i wystrzelił. Executioner jednak zasłonił się szerokim ostrzem swojego topora po czym z zadziwiającą szybkością uderzył nim Paula, przez co najemnik wpadł do kabiny prysznicowej. Pochwycił on słuchawkę prysznicu i strzelił wodą w twarz swojego oponenta. Woda dostała się do oczu mięśniaka, a ten nie będąc przygotowany na taki obrót spraw zmrużył oczy. Moment ten wykorzystał Paladin pakując dwie strzałki usypiające w tors wojownika. Mimo, iż środek w nich zawarty był piekielnie mocny, rzekomo zdolny powalić byka, to nie udało się uzyskać spodziewanego efektu na Asgardczyku. Executioner był wolniejszy i z każdą następną sekundą słabł, jednakże wciąż twardo trzymał się na nogach. Paladin wygrzebał się z kabiny prysznicowej, odbił się od jej brzegu i poczęstował brutalnego wojownika potężnym kopnięciem w podbródek. Skurge zachwiał się przez chwilę, a Paladin poszedł za ciosem – wyprowadził kombinację uderzeń na brzuch, uderzył niskim kopnięciem pod kolano, przyłożył z całej siły w twarz i wystrzelił jeszcze jedną strzałkę. Executioner opierał się o zniszczony zlew, po jego policzku spływała krew z rozcięcia, które powstało na skutek uderzenia najemnika. Dyszał ciężko, jednak tylko się uśmiechał i nie wyglądał jakby miał dać za wygraną.

Fantomex trzymał się spory kawałek za Hobgoblinem i walczącymi starymi przyjaciółmi – Hawkeyem i Swordsmanem. Ani przez ułamek sekundy nie pomyślał jednak by wspomóc łucznika w jego walce ze swoim mentorem, gdyż jego cel był jasny – miał zdobyć włócznię Odyna. Dlatego też, kiedy tylko stało się jasne, że Hobgoblin przejął Grungira, Fantomex uznał za stosowne unieszkodliwić go. Przycisnął mocniej pedał gazu w zdobycznym kabriolecie cadillaca i pędził w stronę latającego złoczyńcy. Zbliżał się do niego powoli, lecz systematycznie, a kiedy osiągnął odpowiednią odległość puścił kierownicę i wystawił ręce w powietrze mierząc ze swoich dwóch pistoletów. Nie potrzebował zbyt dużo czasu na wycelowanie, gdyż już po chwili wystrzelił osiem naboi, po cztery z każdej sztuki dzierżonej przez niego broni. Ponad połowa doszła celu, czym po raz kolejny udowodnił, że jest niesamowicie wprawnym strzelcem. Hobgoblin zawył z bólu, gdyż został raniony ramię, gdzie kula przeszła na wylot, dwa kolejne naboje drasnęły lekko jego lewe udo, odrywając maleńkie kawałki kostiumu i mięsa. Pozostałe dwa naboje trafiły w jego lotnię i choć poważniejszych szkód nie wyrządziły, to glider zaczął niepokojąco dymić i charczeć. Zakapturzony złoczyńca wiedział, że mutant nie odpuści, został więc zmuszony do lądowania. Nim jednak to zrobił, posłał w kierunku cadillaca Jean-Philippe'a kilka dyniowych bomb, które Fantomex próbował sprawnie wyminąć. Udało mu się to tylko częściowo, gdyż jedna z bomb wybuchła pod samochodem bliżej jego tylnej części, co spowodowało, że tył cadillaca został wyrzucony w powietrze i przewrócił się do góry kołami. Weapon XIII uderzył się wtedy dość mocno w głowę, przez co był oszołomiony i nie zdążył w porę zareagować, kiedy odziany w pomarańczowy kaptur przestępca pojawił się tuż przy nim i zaczął wyciągać go z samochodu za kołnierz jego jasnego płaszcza. Ręka mu doskwierała, ale nie dawał tego po sobie poznać – przyłożył z całej siły pięścią w twarz Fantomexa, a później kopnął go dwukrotnie w brzuch, przez co członek X-Force padł na ziemię drżąc z bólu. Hobgoblin wymierzył wtedy proste kopnięcie na pochylonego przeciwnika i trafił go w głowę, co z kolei spowodowało, że odrzuciło go to z impetem na drzwi przewróconego samochodu. Ogłuszony bohater stanowił łatwy cel dla swojego przeciwnika i gdyby nie Hawkeye, Jean-Philippe pewnie już by nie żył. Łucznik po pokonaniu Swordsmana ruszył w pościg za Hobgoblinem, a kiedy w pewnym momencie usłyszał strzały i wybuchy to wiedział, że znajdował się coraz bliżej swojego celu. Nie spodziewał się na miejscu kogokolwiek poza bandytą, jednak uznał za stosowne uratować Weapon XIII z opresji. Wystrzelił jednocześnie dwie strzały w kierunku zakapturzonego złoczyńcy, które razem uformowały sieć, oplatając przeciwnika, ratując tym samym Fantomexa przed niechybną śmiercią. Siła spowodowana szybkim lotem strzał odrzuciła Hobgoblina dwa metry dalej, a stalowa sieć oplatała go dość szczelnie. Groty strzał wbiły się w drzwi samochodu, z którego ludzie zdążyli już uciec przerażeni tym, co się działo wokół nich.
- Wstawaj koleś. – rzucił Barton do ledwo przytomnego i sprawiającego wrażenie totalnie nieobecnego Fantomexa – Cholera! – przecedził przez zęby łucznik, odwracając spojrzenie na usidlonego Hobgoblina. Ten zdołał jakimś cudem wyciągnąć krótkie ostrze, dzięki któremu udało mu się przeciąć sieć i wydostać na zewnątrz. Zdawał sobie jednak najwidoczniej sprawę z tego, że nie uda mu się długo opierać dwójce przeciwników, bo tylko kwestią czasu było, kiedy Fantomex odzyska pełną sprawność. Postanowił dać nogę z miejsca zdarzenia rzucając kilka dyniowych bomb – jedną pod własne nogi, resztę w kierunku łucznika i gramolącego się członka X-Force. Hawkeye chwycił za płaszcz Fantomexa i wytężył muskuły przerzucając go na drugą stronę wywróconego cadillaca. Łucznikowi natomiast nie udało się przedostać na drugą stronę maszyny nim bomby eksplodowały – większość z nich to były zwykłe ładunki wybuchowe, jedna natomiast była czymś na kształt granatu błyskowego. Clint padł na ziemię raniony odłamkami, które poprzecinały jego skórę w wielu miejscach. Na jego szczęście nie były to poważne rany, gdyż żaden odłamek nie utknął w jego ciele ani nie uszkodził żadnego z narządów. Kiedy Hawkeye odzyskał ostrość widzenia, której brak spowodowany był „bombą błyskową" po Hobgoblinie został tylko ulatniający się szarawy dym, prawdopodobnie pozostały z bomby, którą rzucił sobie pod nogi oraz struga ciemnego, któremu towarzyszył zapach benzyny z latającego pojazdu złoczyńcy. Clintowi nie pozostało nic innego niż wraz z ledwo przytomnym Fantomexem dostać się ponownie do miasta.

Moon Knight opadł już z sił, drzewa mnożyły się i mnożyły, wyrastały znikąd i atakowały z przerażającą siłą. Rycerz Khonshu bronił się jak tylko mógł jednakże cały czas był w defensywie, nie mając szansy przebicia się do ataku. Sytuację miało poprawić nieoczekiwane pojawienie się Deadpoola. Spector wysłał go na poszukiwania Black Toma, jednak Wade krążąc po okolicy nikogo nie mógł znaleźć. Najemnik Crossbonesa musiał być bardzo dobrze schowany, musiał mieć także wgląd na całą sytuację by sprawniej kontrolować rośliny. Że też o tym wcześniej nie pomyślałem, rzekł w duchu Biały Rycerz.
- Zajmij je. – powiedział do Deadpoola. Wilson doskoczył z niebywałą sprawnością i z wesołym okrzykiem rąbał i siekł swoimi mieczami ile miał tylko sił w rękach. Moon Knight wiedział, że musiał działać szybko, bo Wade z takim entuzjazmem rzucił się do tej walki, że długo nie utrzyma takiego tempa. Rozglądnął się po okolicy i zauważył, że najwyższy budynek w okolicy jest oddalony o jakieś pięćset metrów od jego aktualnej pozycji. Nie był przekonany, czy widać z jego dachu aż pół dzielnicy, jednakże nie miał lepszego tropu. Wystrzelił linę, po czym wciągnął się na górę i oberwał w głowę konarem, który wysunął się niespodziewanie znad krawędzi. Zamroczony Rycerz Khonshu spadł kilkanaście metrów w dół, niszcząc betonowy chodnik przy uderzeniu o ziemię. System sanitarny w kombinezonie rozpoczął analizę stanu zdrowia Rycerza. Wstępny skan wykazał stłuczone żebra i wybity bark, jednakże Spector czuł potworny ból w biodrach. Podejrzewał jakiś drobny uraz miednicy, którego wstępny skan nie wykazał, a mógł go wykluczyć z dalszej walki.
- Rgghh! – wykrzywił się, podczas gdy ból nie przestawał mu doskwierać. Zaaplikował sobie program znieczulający akurat w momencie, gdy po raz kolejny oberwał konarem drzewa. Upadł na drewniany płotek okalający budynek, rozwalając go w drzazgi. Po chwili jego oczom ukazał się Black Tom, opuszczany przez majestatycznie wyglądające gałęzie pokryte liśćmi, pięknymi kwiatami i smakowicie wyglądającymi owocami.
- Dzielnie walczyłeś, ale to i tak bezcelowe. – rzekł Black Tom głaszcząc brodę. Opuszczające go gałęzie uformowały się w schody, dzięki którym mógł zejść na ulicę, do poziomu Białego Rycerza. – Miałem cię za mądrzejszego. Bardzo późno domyśliłeś się, gdzie mnie szukać.
Miał rację, pomyślał Moon Knight. Gdyby wtedy, w gabinecie fryzjerskim wyszedł na dach, być może udałoby mu się zlokalizować Black Toma wcześniej. Nie miało to jednak w tej chwili znaczenia. Program znieczulający potrzebował nieco czasu by zacząć działać. Marc mógł próbować grać na zwłokę, ale dobrze wiedział, że nie wykrztusiłby z siebie nic poza obelgami…
- Irlandzki śmieć. – nie mógł się już powstrzymać, splunąłby, gdyby nie hełm. Black Tom sprawiał wrażenie niewzruszonego, jednak po mało subtelnej uwadze Spectora spojrzał na niego gniewnie i już miał wystrzelić w jego stronę jedną z ostro zakończonych gałęzi, kiedy ostrzał z pistoletów Wade'a rozproszył złoczyńcę zmuszając do obrony. Widocznie Deadpool w jakiś sposób uporał się z drzewami lub atak Białego Rycerza spowodował wystarczające rozproszenie Irlandzkiego sługusa Hydry. Moon Knight, starając się wykorzystać moment i próbując ignorować ból bioder skoczył na najemnika, chwycił go w pół i wywrócił go na ziemię. Zamachnął się i uderzył go z całej siły w twarz, po czym dwukrotnie słychać było pęknięcie kości – policzek Black Toma wyglądał teraz jak przepuszczony przez maszynkę do mielenia, a jeden z jego konarów tak potężnie uderzył Moon Knighta, że kość w jego ramieniu pękła. Osunął się na ziemię i choć program znieczulający działał już niemal na pełnych obrotach, to Spector wciąż mgliście czuł tępy ból spowodowany złamaną ręką. Nie miał siły się podnieść, a ramię nie słuchało go tak jak by tego chciał. Black Tom był ledwo przytomny i w takim stanie stanowił łatwy cel dla Deadpoola, który nabił go na swoje dwa miecze i trzymał go na nich, dopóki Irlandczyk nie wyzionął ducha. Po chwili na miejscu znalazł się Wolverine, Madrox i Spider-Man.
- Co tu się stało? – spytał z niedowierzaniem Madrox, rozglądając się po zarośniętej różnej maści roślinnością okolicy. Spider-Man rozejrzał się wraz z nim i podrapał się po głowie.
- Teraz to miasto wygląda znacznie lepiej. – rzucił z przekąsem pajęczak. Po chwili zobaczyli Deadpoola nad ciałem martwego Irlandczyka. – Boże drogi, miałem nadzieję, że Wolverine żartował.

- Hej! – krzyknął Steve w stronę Klawa i rzucił w niego tarczą. Holender za pomocą ataku sonicznego zmienił trajektorię lotu okrągłego kawałka metalu, jednak i tak zarobił potężny cios w nos od Rogersa, który ruszył zaraz za rzuconą tarczą. Klaw zatoczył się, a Steve okładał go dalej, próbując przy tym zniszczyć jego soniczną broń, choć przede wszystkim próbował kupić trochę czasu dla Psylocke. Betsy koncentrowała się dłuższą chwilę, by wejść do umysłu Klawa i sparaliżować go na krótką chwilę. Potrzebowała jeszcze nieco czasu, by ominąć blokady telepatyczne, jakie miał jej przeciwnik i prawdopodobnie każdy z najemników wysłanych przez Hydrę. Kiedy Holendrowi udało się skontrować atak Steve'a i za pomocą dźwięku wyrzucił go pięć metrów w powietrze i dwadzieścia metrów dalej, Psylocke zdecydowała się działać. Uwolniła wszystkie wizje skrywane w mrocznym umyśle swojego przeciwnika.
- Teraz, Kurt, teraz! – krzyknęła z wyraźnym bólem na twarzy. Po jej twarzy zaczęły spływać kropelki potu, spowodowane niesamowitym poziomem koncentracji i wysiłku. Nightcrawler wiedział już, co należy robić, gdyż wcześniej został telepatycznie poinstruowany przez pannę Braddock. Chwycił przeciwnika i teleportował się, zostawiając za sobą tylko obłok czarnego, ulatniającego się powoli dymu. Po chwili pojawił się w tym samym miejscu, już sam, z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Gdzie jest teraz? – spytał Steve, trzymając się za obolały bok, który ucierpiał najbardziej po ostatnim ataku. Po jeszcze kilku chwilach Klaw spadł z impetem na murawę stadionu robiąc w niej pokaźne wgłębienie. Siła tego uderzenia była tak wielka, że Holender rozprysnął się po okolicy zostawiając krwisty ślad na wszystkim w promieniu stu pięćdziesięciu metrów. Nightcrawler wzruszył ramionami, wyraźnie zadowolony z siebie.
- Nowy rekord na dziesięć kilometrów. – rzekł z uśmiechem.
- Marvel Knights, raport. – rzekł Steve Rogers do komunikatora.
- Marvel Knights? – zaszydził Nightcrawler w kierunku Psylocke, która lekko pochyliła głowę i uśmiechnęła się nieznacznie. Kapitan nie zwrócił na to żadnej uwagi.
- Tu Spider-Man, skończyliśmy, bandyci pokonani, Hobgoblin uciekł z włócznią. Moon Knight jest ranny. Jest ze mną Wolverine, Deadpool i Jaimie. – usłyszał w słuchawce komunikatora Steve.
- Logan? – powiedział zaskoczony Kapitan, po chwili jednak oprzytomniał – Jakieś wieści od Hawkeye'a?
- Nie, jego komunikator znowu nawalił. – powiedział smutno Spider-Man.
- Cholera. – zaklął zdenerwowany Rogers. Psylocke położyła mu rękę na ramieniu.
- Wezwij Fury'ego. Poinstruuję telepatycznie twojego kolegę, gdzie nas szukać. – powiedziała Betsy, a Steve Rogers kiwnął jej tylko w geście podziękowania. Po chwili jednak, nastąpiła chwila refleksji - skąd Psylocke wiedziała o tym, że Nick jest w to zamieszany?

Helicarrier dawno nie gościł tylu znamienitych person jak teraz, jednak załoga czuła się bardzo niepewnie tylko podczas obecności Moon Knighta, a teraz mają na głowie całe X-Force, drużynę złożoną z ludzi, którzy odbierają życia bez mrugnięcia okiem. Nick Fury zwołał specjalne zebranie, na którym poza nim i Marią Hill zebrały się obie drużyny bohaterów.
- Raport. – powiedział stanowczo jednooki.
- Hobgoblin ma włócznię. Fantomex był na jego tropie, ale coś poszło nie tak. – orzekł Wolverine żując w ustach cygaro spoglądając na Clinta, jakby uważał, że to na barkach Bartona spoczywa odpowiedzialność za niepowodzenie przejęcia artefaktu. Hawkeye przyglądał mu się z obrzydzeniem, jak zresztą niemal każdemu.
- Gdyby nie ja, to twój człowiek już dawno by nie żył! – wydarł się na mutanta. – Tak przy okazji, szkoda, że nikt nam nie raczył powiedzieć, że macie swojego człowieka wśród najmusów Crossbonesa. – powiedział z pretensją łucznik zaplatając ręce na klatce piersiowej ignorując delikatny ból jaki to spowodowało. Spider-Man i Madrox popatrzyli na siebie i pokiwali głowami, Captain rozmasowywał skronie, a Moon Knight sprawiał wrażenie nieobecnego.
- Doceniamy to, że nam pomogliście X-Force. – rzekł oficjalnie Steve Rogers. – Ale Nick, to jest kpina. Gdybyś nam o tym powiedział, atak mógłby zostać przeprowadzony znacznie lepiej. A tak omal nie straciliśmy dwóch ludzi w tej farsie.
- Nie muszę się przed wami tłumaczyć. Zrobiłem co należało.
- Dlaczego nie powiedziałeś nam o udziale Logana? –
spytał Rogers wyraźnie podenerwowany całą sytuacją. Fury pokręcił lekko głową.
- Nie muszę wam mówić o wszystkim, mam prawo mieć swoje tajemnice. Fantomex infiltrował Hydrę od jakiegoś czasu, X-Force było zamieszane w sprawę w stopniu takim samym jak wy.
- I teraz nam dopiero o tym mówisz? Kto jeszcze bierze udział w tej misji? Asgard? Olimp? Avengers? Fantastic Four? –
powiedział poirytowany Spider-Man wstając z miejsca. – Za dużo tutaj tajemnic Nicky. To miała być mała operacja, pamiętasz? Czego jeszcze nam nie mówisz?
- Waż słowa dzieciaku.
– warknął Fury. – Ciebie nikt tutaj nie prosił.
- Ale drużynę zabójców już tak? Nawiedzonego w pelerynie też? –
wskazał ruchem głowy siedzącego Moon Knighta, który zdawał się nie zwracać uwagi na bieżące wydarzenia.
- Jeszcze jedno słowo i cię zabiję. – rzekł w końcu ściszonym głosem Biały Rycerz.
- Zanim zdążysz wstać, odetnę ci ręce. – rzucił wyzywająco Wolverine wypuszczając kłąb dymu z ust. Czuł obowiązek w obronie Spider-Mana, są przecież braćmi krwi. Moon Knight spojrzał na niego.
- Dla ciebie mam ciekawsze rzeczy niż śmierć, Howlett. – rzucił wyzywająco Spector.
- Chętnie zobaczę. – odpowiedział z uśmiechem Logan, gasząc cygaro na dłoni.
- Służę.

Po chwili znalazł się już przy Loganie. Zebrani nie do końca wiedzieli jak się zachować, Psylocke jednak powstrzymała Fantomexa, który gotów był rzucić się na pomoc Wolverine'owi.
- Chce to załatwić sam. – powiedziała, najwidoczniej odczytując jego myśli. Drużyna przeciwna też się zawahała. Spider-Man z oczywistych względów nie chciał pomagać członkowi swojej drużyny, postanowił jednak rozdzielić zwaśnionych bohaterów, podobnie uczynili Steve i Multiple Man. Hawkeye nie miał ochoty pomagać nikomu.
- Przestańcie do cholery! – krzyknął Steve. Madrox powielił się kilkukrotnie i przytrzymał rannego Rycerza Khonshu, Spider-Man natomiast założył Wolverine'owi nelsona i trzymał go tak, póki ten nie odzyskał odrobiny zdrowego rozsądku, a zajęło to dobrą chwilę. Między nimi stał Kapitan Ameryka spoglądając raz po raz na jednego bądź drugiego. Podczas tej krótkiej potyczki, pancerz Moon Knighta miał kilka zadrapań po pazurach Logana, podczas gdy Wolverine na pierwszy rzut oka nie ucierpiał ani trochę w tym starciu, za wyjątkiem poszarpanego kostiumu. Rzeczywiście, jego czynnik samogojący błyskawicznie leczył wszelkie efekty ciosów Spectora.
- Dość tego cyrku, bando pojebów! – wrzasnął Fury na całe gardło i zbliżył się do miejsca zdarzenia.
- To ty jesteś pojebany Fury. – warknął Moon Knight wyswobadzając się z uścisku kilku Madroxów. Jaimie spoglądał na Steve'a, który kiwnął tylko głową, co Madrox dość słusznie uznał za znak oznaczający zażegnanie sytuacji kryzysowej. Przynajmniej na razie. Postanowił więc póki co wchłonąć swoje kopie. – Wykorzystałeś nas jako przynętę. – kontynuował Moon Knight.
- Wiesz, Nick…jakkolwiek nie przepadam za Moon Knightem, to on ma rację. Zagrałeś nieczysto względem nas. – powiedział wyraźnie posmutniały Jaimie.
- Dlaczego Fury? Chcesz, żebyśmy zginęli?! – wycedził przez zęby wściekły Rogers. Nick tylko odwrócił głowę i nie podjął tego tematu, najwyraźniej uważając, że nie musi odpowiadać na zadane mu pytania. Zamiast tego postanowił tylko dolać oliwy do ognia.
- Kapitanie, proszę odsunąć od służby osobnika zwanego Moon Knightem. Jest bezpośrednim i pośrednim zagrożeniem dla misji. To jest rozkaz. – powiedział oficjalnym tonem dyrektor generalny S.H.I.E.L.D. Twarz Rogersa zrobiła się purpurowa, a dłonie zacisnęły się w pięści.
- Ty skur… - nie dokończył, bo poczuł na swoim ramieniu zimną, opancerzoną dłoń Rycerza. Moon Knight, jeśli miał szacunek do kogokolwiek w tym pomieszczeniu, to tylko do Steve'a Rogersa. Wysłannik Khonshu kiwnął głową w kierunku symbolu Ameryki, po czym wyszedł z pomieszczenia, a po kilku sekundach wyszedł także Kapitan Ameryka. Zapadła grobowa cisza.

Spector stał nad zamkniętym w prowizorycznej trumnie przyjacielem, który zginął za sprawę, od której go w tej chwili odsuwają. Nic nie idzie tak jak powinno podczas tej misji, czyżby Khonshu się od niego odwrócił? Rozmyślania dwuznacznego bohatera przerwało wejście do pomieszczenia Kapitana Ameryki. Nie zaczął jednak rozmowy, tylko stanął przy nim i przez jakiś czas spoglądał to na niego, to na trumnę.
- Tak będzie lepiej. – odezwał się w końcu Marc nie odrywając wzroku od trumny. Steve spojrzał na niego wątpliwym spojrzeniem.
- Naprawdę tak uważasz?
- Tak.
- Kłamiesz. –
rzekł pewnie Rogers. Moon Knight spojrzał na niego swoim zimnym, niebieskim spojrzeniem. – Dobrze wiesz, że nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie. Jeśli nas opuścisz, to nie wiem, czy uda nam się odnaleźć włócznię. Sam widzisz jak paskudne są machlojki Fury'ego.
- Muszę pochować przyjaciela. –
powiedział Spector. Do pomieszczenia weszło dwóch żołnierzy S.H.I.E.L.D.
- Mamy rozkaz pomóc zabrać panu…rzeczy. – zawahał się jeden z nich spoglądając na trumnę. Moon Knight kiwnął głową, by zabrali ciało jego przyjaciela, co oni też uczynili. Steve uśmiechnął się smutno i uścisnął dłoń Moon Knighta, który zaraz po tym wyszedł z pomieszczenia. Kapitan Ameryka zauważył, że w dłoni został mu maleńki, delikatnie migający półksiężyc i z tego powodu zaśmiał się radośnie. Zdawał sobie sprawę, że dzięki temu małemu urządzeniu Rycerz Khonshu będzie dokładnie wiedział gdzie ich szukać. I wiedział też, że znajdzie ich, choćby miał lecieć na kraniec świata.