Rozdział 22: Gdyby Michael Bay pisał Power Rangers
Autor: Dżentelmen
Clint i Jamie szybko przemieszczali się na środek samolotu, gdzie znajdowała się główna broń pojazdu. Przeszli przez automatyczne drzwi by znaleźć się w małym pomieszczeniu w którym nie było nic prócz panelu kontrolnego po środku pokoju i trzech włazów; dwóch po bokach i jednego na podłodze. Hawkeye szybko wcisnął kilka guzików, a z włazów na ścianach wyłoniły się sfery z siedzeniami, sterami i sporymi działkami.
- Dayum - stwierdził na taki widok Madrox.
- Skup się - polecił mu Hawkeye - Po pierwsze, jeśli chcesz obrócić to...
Przerwał mu nagły wstrząs gdy samolot najwyraźniej wykonał beczkę w powietrzu. Poobijali się trochę o ściany, a Madrox stworzył przez to kilka klonów. Clintowi przysunęło to na myśl inny sposób na walkę z wrogami.
- Jak to jest, że gdziekolwiek się nie znajdziemy, ktoś chce nas zabić? - zagadnął Spider-man.
Captain America najchętniej uciszyłby go kilkoma przekleństwami, jednak wiedział, że musi zachować temperament by nie popełnić najmniejszego błędu. Cały czas skupiając się na locie, odpowiedział mu - Jeśli teraz im się uda, to raczej nigdy się tego nie dowiemy. Więc lepiej nie zadawaj głupich pytań i ostrzegaj mnie szybciej przed...
Nagle usłyszeli, gdzieś z tyłu, dość głośną eksplozję, a Rogers spojrzał wymownie na Spider-mana. Ten jednak pokiwał głową na boki i stwierdził - To nie my.
Barton, który siedział w wieżyczce oscylującej na zewnątrz samolotu, zawołał z zachwytu - Na pohybel skurwysynom! Świetna robota Madrox!
Niestety, jego towarzysz nie był równie entuzjastyczny, mimo, że udało mu się zniszczyć pojazd przeciwników.
- Tylko jeden trafił, ale... Wszyscy zginęli... - wysapał ciężko Madrox - A nie... Jeden wciąż żyje.
- Mamy jeszcze trochę ładunków wybuchowych. Dasz radę stworzyć więcej klonów? - zapytał go Clint - Jeśli nie, to wciąż mam plan B.
Jamie milczał przez chwilę, próbując otrząsnąć się po tym jak jego klony wyskoczył z samolotu i umarły, wysadzając się i kilku Kanadyjczyków którzy ich ścigali.
- Użyjmy... planu B - odparł w końcu.
- Z lewej! - krzyknął Spider-man.
Captain szybko użył steru by samolot skręcił w drugą stronę i uniknął rakiety, która jeszcze przez krótki czas leciała, zanim wybuchła uderzając w pobliską górę.
Nagle, do kokpitu wpadł Hawkeye który szybko chwycił Spider-mana za rękę i pociągnął go za sobą na tył statku. Steve nie zrozumiał o co chodzi, jednak wiedział, że od tego momentu będzie musiał działać tylko z radarami pojazdu. Przyśpieszył trochę lot i zwiększył pułap, mając nadzieję, że może Kanadyjczycy odpuszczą sobie pościg. Zauważył, że się mylił gdy radar zaczął piszczeć i informować o nadciągającej fali małych pocisków. Trudno było wymanewrować, bo samolot bohaterów był dość dużo. Rogers robił co tylko mógł, jednak po chwili poczuł jak wstrząsnęło całą maszyną. Posiadał pewną wiedzę techniczną i zdawało mu się, że jeden z wrogich pojazdów nie ma już czym strzelać. Nie zmieniało to faktu, że wciąż pozostawały trzy inne.
- O co chodzi?! - wykrzyczał Spider-man, który już mimowolnie podążał za Bartonem.
- Potrzebujemy cię do planu B - odpowiedział Hawkeye.
- Czekaj... Kto wymyślił ten plan? Bo jeśli ty, to mam pewne wąt...
Parker zaniemówił gdy dotarli do pomieszczenia bojowego, bo poczuł silny wiatr i zimno wlatujące przez dziurę w ścianie, którą Madrox i grupa jego klonów próbowali załatać.
- Nie zatrzymuj się! Lecimy na tył! - zawołał Clint.
Po chwili biegu, dotarli do ostatniego pomieszczenia samolotu, gdzie znajdowała się ogromna klapa ze schodami, przez którą dostali się wcześniej na pojazd.
- Powiesz mi w końcu na czym polega plan B? W ogóle, mieliśmy już plan A? - spytał Spidey, bo po obejrzeniu szybko tego co było dookoła, był prawie pewien, że nie ma wokoło żadnych broni których mogliby użyć do walki z wrogiem.
Barton od razu ruszył do jednej ze skrzyń, które stały przypięte do ścian, i otworzył jedną z nich by wyjąć nowy komplet strzał. Jeszcze przed rozpoczęciem całej tej wyprawy, powiadomił Fury'ego, że ma mu przygotować w zapasie wszystkie jakie tylko zechce.
- Są - stwierdził tryumfalnie Hawkeye.
Spider-man rozpoznał wybuchowe strzały i przełknął ślinę, bo zdawało mu się, że jego towarzysz chce zrobić coś karkołomnego. Jego obawy zwiększyły się, gdy tamten spojrzał na nie z uśmiechem i spytał - Jak wytrzymała jest twoja sieć?
- Zależy. Myślę, że potrafiłaby utrzymać do kilku ton, jeśli bym odpowiednio...
- Nie o to mi chodzi. Czy wytrzyma cztery wybuchowe strzały?
Peter zaczynał podejrzewać o co chodziło jego kompanowi, ale mimo to, odpowiedział - Bez wcześniejszych testów nie mogę mieć pewności.
Clintowi zrzedła nieco mina.
- No cóż... Może nadszedł czas by się przekonać.
Łucznik podszedł do panelu na ścianie i kliknął kilka przycisków, po czym klapa, prowadząca na zewnątrz, zaczęła się otwierać. Musiał trzymać się rurki wystającej ze ściany by nie wypaść. Przez chwilę obserwował znajdujące się daleko za nimi samoloty wroga. Spider-man czekał tylko aż otrzyma jakiś znak do działania. W końcu, Clint skinął na niego głową, a pająk wystrzelił w niego siecią. Barton wyskoczył za samolotu, a Parker trzymał jedną ręką linę z sieci, drugą wciąż ją tworząc.
Pęd powietrza był tak silny, że Clint nie był pewien czy lina przyklejona do jego pleców, nie wyrwie mu kręgosłupa. Jednakże, na wahanie się było już za późno. Wstrzymał oddech i włączył google ochronne w swojej masce. Z trudem utrzymywał łuk i strzały wycelowane w nadciągające z naprzeciwka samoloty. Wszystko to trwało może dwie sekundy. Wycelował i wystrzelił. Zobaczył cztery eksplozje, tuż przed sobą. Później, pojawiły się kolejne, spowodowane przez zniszczenia na samolotach. Został otoczony przez falę wybuchów tak głośnych, że niemal ogłuchł i tak gorących, że gdyby któryś z nich go dosięgnął, umarłby natychmiast. Przeklął dziesięciokrotnie Kanadyjczyków, Nicka Fury'ego i samego siebie, zanim zauważył, że zaczyna opadać. Nie był pewien czy lina wciąż jest do niego przyczepiona. Gdy w końcu opuścił ogromną burzę ognia, spojrzał na swoje dłonie, wciąż trzymające łuk. O dziwo, oparzenia były tylko powierzchowne. Miał jednak inne zmartwienia, bo las który się pod nim znajdował, zdawał się coraz bardziej zbliżać. Nie wiedział też jak długo da radę wstrzymywać oddech zanim się udusi.
Hawkeye powoli zaczął otwierać oczy, jednak po nie wiadomo jakim czasie od ich zamknięcia, światło było nie do zniesienia. Słyszał jakieś pomruki, ale były tak ciche, że nie potrafił odróżnić słów. W końcu, przemógł się i rozszerzył powieki by ujrzeć błękit nieba i korony drzew nad sobą. Zorientował się też, że leży na miękkiej trawie.
- Co jest... w dupę? - spytał, choć nawet jego głos wydawał się przytłumiony. Najwyraźniej jego uszy doznały jakiegoś dłuższego uszkodzenia.
- Przyznaję, że egzotyka pytania powala - stwierdził znajomy głos.
Clint, powoli podniósł się by ujrzeć Steve'a i Jamie'ego siedzących koło niego, na głazach. Rozejrzał się i spostrzegł, że są na skraju jakiejś polany. Nie rozumiał jakim cudem wciąż żył, więc zapytał - Może jednak mi odpowiecie? Bo... - przerwał na chwilę bo zauważył, że czegoś brakowało - Gdzie jest Spider-man?
- Ruszył przodem. Okazało się, że Fury wyposażył nas w podręczne wykrywacze energii - wytłumaczył Rogers.
- Zwariowałeś?! Przecież wiadomo, że spieprzy sprawę zanim tam dotrzemy! To już Madroxa mogłeś wysłać!
- Dzięki - odburknął mutant.
Captain pomógł Hawkeye'owi wstać po czym, przemówił - Uważasz, że Spider-man jest nieodpowiedzialny i nie daje sobie rady z ważnymi zadaniami, tak?
- W skrócie? Tak - przyznał łucznik.
- Temu samemu, nieodpowiedzialnemu Spider-manowi zawierzyłeś dzisiaj swoje życie. I założę się, że gdyby musiał to on zawierzyłby ci swoje. Wiem, że grasz o dużą stawkę, jednak zachowujesz się teraz jak gówniarz i jeśli...
- Rozumiem. Heh. Jak za starych czasów, gdy po raz pierwszy dołączyłem do Avengers. Byłem wtedy niezłym dupkiem - stwierdził nieco rozmarzonym głosem Barton.
- Nie martw się. Nadal jesteś - wtrącił mu Madrox - Skoro skończyliście już tą całą dramę, to może ruszymy w końcu w kierunku włóczni?
Kilkanaście kilometrów dalej, Spider-man skacząc z drzewa na drzewo, podążał za sygnałem z urządzenia. Robił to dopóty, dopóki ten nie zniknął.
- Co jest?
Bohater zeskoczył na ziemię by sprawdzić czy nic się nie zepsuło. Znał się nieco na tej technologii i po sprawdzeniu, mógł orzec, że wszystko wciąż działało sprawnie. Jednak nie mógł już wykryć włóczni. Oznaczało to, że albo została zniszczona, albo ktoś zamaskował ją tak by nie dało się wykryć jej energii. Ta druga opcja była jednak bardziej prawdopodobna. Parker chwycił za komunikator i skontaktował się z pozostałymi - Chłopaki... Mamy problem.
Gdzie indziej, Hobgoblin pakował włócznię z przyczepionym zakłócaczem energii, do swojego samolotu. Pomagała mu w tym grupa mężczyzn, która uzupełniła też bak pojazdu i sprawdziła jego stan. Podwładny Kingpina wypił ostatni łyk wina, odłożył kieliszek na tacę i założył maskę.
- Będę się już zbierał. Znasz mojego szefa i wiesz, że nie jest zbyt cierpliwy - powiedział do siedzącego w kącie pomieszczenia, mężczyzny.
- Zaiste. Zanim dostałem pozycję w "prawdziwym" kanadyjskim rządzie i zadomowiłem się tu na stałe, miałem z nim kilka zatargów. Opowiedziałbym ci ale...
Przerwał mu odgłos dzwoniącego telefonu.
- Wybacz na chwilę - zwrócił się do goblina, po czym podniósł słuchawkę - Słucham? Tak... Tak... Aha... Co? W jaki sposób?! Przecież byli przeszkoleni w walce przeciw SHIELD! Bohaterowie? Dobra... Nie. Zajmę się tym osobiście.
Odłożył słuchawkę i podszedł do Hobgoblina - Powiedz Fiskowi, że następnym razem mógłby mnie uprzedzić o tym, że mój braciszek ma na usługach bohaterów.
- "Braciszek"? - zdziwił się Kingsley - No tak. Ty jesteś Jake Fury. Nie poznałem bo przyzwyczaiłem się do tego, że ten drugi zawsze nosi przepaskę.
- Leć już. Ja się nimi zajmę.
Goblin ukłonił się teatralnie - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Jednak mam małą prośbę. Jeśli masz zabić Spider-mana, to spraw żeby cierpiał.
Spider-man dostał polecenie by dalej podążać w kierunku w którym wcześniej znajdowała się włócznia. Gdy przestał wykrywać jej energię, znajdowała się tylko kilka kilometrów od niego i się nie przemieszczała, więc miał nadzieję, że jak dojdzie na miejsce to nadal tam będzie.
- W końcu cię znalazłem - powiedział jakiś obcy głos.
Bohater spojrzał w bok i zauważył, że spośród drzew wychodzi ku niemu młodzieniec z laptopem, otoczony przez kilka małych ptaków.
- Oookej... Kim jesteś? - spytał, zdezorientowany heros.
- Nazywam się Ma'te Rac. Dziadek nakazał mi odnaleźć i pomóc człowiekowi w pajęczej skórze. I oto jesteś.
Spider-man rozglądnął się niepewnie
- Czy jestem w jakimś show? Nie myślisz chyba, że uwierzę iż tak normalnie znalazłeś mnie pośrodku lasu.
- Nie zrobiłem tego sam. Pomogły mi moje ptaki.
- Naprawdę zaczynam myśleć, że ci odbija. Serio? Ptaki?
Chłopak wcisnął kilka guzików na laptopie, a wszystkie zwierzęta momentalnie wylądowały na ziemi - To mechaniczne ptaki.
- No dobra. Ale po co mnie szukałeś? - spytał Parker, jednocześnie przyglądając się małym robotom.
- Ponieważ grozi ci niebezpieczeństwo - odparł tamten.
- Niebezpieczeństwo? Jakie?
Jakby w odpowiedzi, z lasu wyskoczył wilk i rzucił się do gardła Amerykaninowi. Za nim podążyła cała wataha, która szybko otoczyła dwóch mężczyzn.
