Rozdział 23: Nim zabierze cię matka ziemia…
Autor: GrayFox
Spider-Man poczuł na plecach zimny dreszcz jednak odskoczył, nim zwierzę rozszarpało mu gardło. Jego nowy towarzysz zdawał się być bardzo zdenerwowany, pośpiesznie wstukiwał coś na klawiaturze swojego laptopa. Ptaki będące na jego usługach wzbiły się w powietrze i pikiem ruszyły w stronę wilków. Spider-Man w tym czasie odskoczył w tył, przyczepił się do drzewa i wystrzelił w stronę zajętych ptakami wilków strumień sieci z obu nadgarstków. Udało my się chwycić jednego oponenta, zamachnął się mocno i rzucił zwierzęciem o drzewo. Dało się słyszeć lekkie chrupnięcie, nie wiadomo było tylko czy kości czy konaru rośliny. Parker zdał sobie sprawę, że wilków jest nadspodziewanie dużo i ciągle przybywają. Mechaniczne ptaki Ma'te Raca atakowały zawzięcie, wzbijając się i opadając dziobiąc agresywne ssaki dziobami.
- Hej, chłopaki, dzieje się tu coś dziwnego, przydałaby się jakaś pomoc. – zaczął Spider-Man do komunikatora, odpowiedział mu jednak tylko szum. Rzucił się z kopniakiem w stronę wilka, który zbliżył się do jego indiańskiego towarzysza. Zwierzę pod wpływem uderzenia z piskiem padło z impetem na pobliski kamień.
- Uciekaj! – syknął Parker do chłopca, który spojrzał na niego niepewnie. – Uciekaj, cholera! – rzucił po raz kolejny i w tym właśnie momencie do gardła skoczył mu jeden z wilków. Człowiek Pająk uderzył go mocno, jednakże tak niefortunnie, że wilk zacisnął szczęki na jego nadgarstku. Spider-Man ryknął z bólu, wyswobodził się z potężnych zębów zwierzęcia, przeskoczył nad nim oplatając go siecią i jedną ręką z najwyższym wysiłkiem wyrzucił go w najbliższe chaszcze.
- Nie mogę uciec, miałem Ci pomóc. – rzucił pośpiesznie młodzieniec. Spider-Man korzystając z minimalnej ilości spokoju chwycił go mocno sprawną ręką za ramię.
- Jeśli zaraz stąd nie uciekniesz to mi nie pomożesz. – powiedział Peter, dał swojemu rozmówcy komunikator i nadajnik jego pajęczych pluskiew. – Chwilowo tylko szum, idź na południe. Wywołuj Kapitana Amerykę. Dzięki temu mnie znajdziecie. Rusz się…! – w tym momencie ostrzegł go jego pajęczy zmysł. Odwrócił się szybko i zobaczył osobnika, który przypominał w pewnym sensie jego starego przeciwnika – Kravena łowcę, jednak ten stojący przed nim mężczyzna był ewidentnie rdzennym Amerykaninem, było jednak w nim coś bardzo niepokojącego – jego oczy stanowiły same białka a twarz pokrywały czerwone malowidła wojenne. Na głowie miał coś w rodzaju kaptura z wilczej skóry z którego na plecy opadała spora połać wilczego futra, w dłoni natomiast dzierżył metalowy tomahawk. Jego twarz nie wyrażała praktycznie żadnych emocji. Zamiast tego szybko zamachnął się swoją bronią, a Spidey mimo osłabienia ugryzieniem wilka zdołał uskoczyć przed ciosem. Po chwili jednak z jego gardła popłynęła cienka strużka krwi - ostrze musiało być wybitnie ostre, że wystarczyło delikatne muśnięcie by przeciąć kostium i skórę bohatera. Odruchowo Peter złapał się za gardło chcąc minimalnie zatamować krwotok widząc przy tym jak wilki zbierają się za jego nowym przeciwnikiem. Człowiek Pająk zacisnął rękę w pięść i przyjął bojową pozę, gotowy do dalszej walki.
- Nie żałujecie? – rzucił niespodziewanie Madrox. Hawkeye nawet nie zareagował na niego przeciskając się przez krzaki uważając na poparzenia po swoich ostatnich wyczynach, Steve natomiast minimalnie zwolnił kroku i spoglądnął na chwilę w kierunku mutanta. Ten wzruszył lekko ramionami i uważnie przeszedł przez jeden z większych konarów.
- No wiecie, tego wszystkiego. Tej całej kabały, szalonych klonów, długów u Fury'ego, Moon Knighta. – zaczął sennie wymieniać Jamie po czym ponownie wzruszył ramionami – Ja bym chciał już wrócić do domu.
Steve nie wspomniał o jego rozmowie z Moon Knightem. Być może powinien, być może lepiej, żeby drużyna wiedziała o jego układzie z Rycerzem Khonshu. Nie był jednak pewien kilku rzeczy, przede wszystkim z czasem zaczęły go nachodzić wątpliwości czy Spector rzeczywiście się pojawi, a nawet jeśli to zrobi to jak się zachowa. Jego nienawiść względem Spider-Mana i czysta niechęć względem Hawkeye'a jest faktem co najmniej niepokojącym. Już na Helicarrierze pokazał, że jest gotów stawić w brutalny sposób czoła każdemu, nawet osobie, której nie powinien dać rady. Rogers zmarszczył brwi na myśl, która przemknęła mu przez głowę – ile trzeba, by Moon Knight pozabijał ich wszystkich?
- Mam to w dupie. – rzucił od niechcenia łucznik. – Chociaż Moon Knighta to dobrze, że już nie ma.
- Spider-Manie, jak ci idzie? – próbuje wywołać pajęczego bohatera Kapitan Ameryka, nie spotkał się jednak z żadną odpowiedzią. – Spider-Manie, odbiór.
- Mówiłem. – przewrócił oczami Barton. Madrox rzucił w niego patykiem.
- Ale z ciebie dupek. Mam cię już dosyć. – Multiple Man udał obrażonego, Hawkeye prychnął tylko rozdrażniony pod nosem i ruszył dalej przed siebie.
- Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. – powiedział Steve z lekką obawą wyraźnie wyczuwalną w jego głosie.
Spider-Man stoi zmęczony i ma przed oczami mroczki. Stracił sporo krwi i przed dwoma sekundami został mu zadany cios trzonkiem tomahawka. Podczas gdy Parker już ledwo dyszał i tylko kwestią kilku ciosów było kiedy straci przytomność, to jego przeciwnik w ogóle nie przejawiał jakiegokolwiek zmęczenia stoczoną walką.
- Kim jesteś? – powiedział zmęczony Peter, jego oponent nie raczył jednak odpowiedzieć na to pytanie. Zamiast tego natomiast rzucił się pędem na niego, zmęczony Parker nie reagował już tak szybko mimo błyskawicznego ostrzeżenia ze strony jego pajęczego zmysłu. Oberwał trzonkiem w bark i poleciał do tyłu, udało mu się jednak zrobić salto i wylądować bezpiecznie. Wyskoczył wówczas jak najszybciej potrafił i sprawną ręką wyprowadził cios na szczękę Indianina, który jednak z największą łatwością tego ataku uniknął. W odpowiedzi kopnął kolanem w żebra Spider-Mana, który głośno kaszlnął i opadł na ziemię.
- Kim jesteś? – powiedział resztką sił Człowiek Pająk. Indianin schował tomahawk za pasek i nachylił się nad Pająkiem i ściągnął mu maskę. Twarz Petera jest zmasakrowana, jego oko podbite, warga rozcięta a z rozciętej skóry na gardle wciąż kapie krew. Indianin rozwiązał skórzany kubrak a na jego klatce piersiowej pokazały się czerwone znaki wojenne. Następnie nabrał krwi z gardła Parkera i nasmarował sobie jakiś nieznany symbol na piersi. W tym momencie Parkera przeszedł dreszcz – został pokonany, a wszystkie malowidła na ciele jego wroga to trofea, zdobywane z każdym następnym wyeliminowanym przeciwnikiem.
- Zawiodłem się. – przemówił w końcu Indianin. – Mówił, że jesteś dobry. Mówił, że będziesz godnym przeciwnikiem. Walczyłem kiedyś z innym Pająkiem. Był znacznie lepszy.
Spider-Man nie miał siły analizować tego kim mógł być ten inny Pająk ani jak to się stało, że nigdy nie słyszał o tym Indiańskim wojowniku, skoro ktoś z jego w miarę bliskiego otoczenia z nim walczył.
- Cierpisz pająku? – zapytał. Parker nie ma siły odpowiedzieć. – Cierpisz? – ponowił zapytanie Indianin, ale Peter nadal nie odpowiadał. Wilczy wojownik kopnął go w brzuch czym przewrócił Petera na plecy. Szybko uklęknął na nim przybijając go kolanem do skalistego podłoża górzystej Kanady. Wyciągnął tomahawk i zadał cios ostrym końcem w staw barkowy wbijając się na kilka centymetrów w ciało Amerykanina. Parker wrzasnął z całych, pozostałych w jego płucach sił. – Cierpisz? – ponownie zapytał wilczy wojownik.
- Tak… - wyszeptał Peter Parker będąc na granicy wytrzymałości i walcząc z sobą samym o zachowanie świadomości. Jego przeciwnik wciąż nie przejawiał żadnych emocji.
- Wciąż za mało. – powiedział i wstał z otępiałego ciała Spider-Mana. – Niedługo nadejdzie koniec.
Spider-Man nie czuł jak zostaje podnoszony w górę przez swojego nad podziw silnego przeciwnika, nie czuł też jak opada. Jednak poczuł uderzenie, pod którego naporem miał wrażenie, że pękł mu kręgosłup. Poczuł to każdym zakończeniem nerwowym, każdą komórką swojego ciała i wydał z siebie krzyk jeszcze głośniejszy niż przed chwilą, mimo iż zdawało się to zupełnie niemożliwe. Tracąc przytomność i rejestrując jedynie fragmenty wydarzeń widział, jak Indianin podnosi go na ręce i rzuca w przepaść i w momencie uderzenia o ziemię Parkera ogarnęła ciemność.
-Kurwa mać z tą włócznią. Jak mamy ją znaleźć, skoro nie widzimy jej sygnatury na tym cholernym czymś? – kipiał ze wściekłości Barton. Sytuacja prezentowała się mało ciekawie, bohaterowie błądzili po kanadyjskim lesie, nie wiadomo było w którą stronę się udać, gdzie jest Spider-Man i czy udało mu się coś znaleźć. Poza ogólną wskazówką, że ostatnia znana pozycja włóczni była gdzieś na północy herosi nie mieli absolutnie żadnego punktu zaczepienia.
- Czy ktoś mnie słyszy? – rozległ się głos w komunikatorze. Kapitan Ameryka momentalnie przyłożył dłoń do komunikatora, a towarzyszący mu Hawkeye i Madrox nie potrafili ukryć zdziwienia.
- Tu Kapitan Ameryka. Gdzie jest Spider-Man?
- Co mu zrobiłeś ty sukinsynu?! – wypalił Madrox cały wręcz gotujący się ze wściekłości.
- Nazywam się Ma'te Rac…
- Co za kretyńskie imię. – przewrócił oczami po raz kolejny Hawkeye.
- …i miałem pomóc człowiekowi w skórze pająka. Niestety zjawiły się wilki i ich pan.
- Chodzi o Spider-Mana tak? Gdzie on jest? – zapytał możliwie jak najspokojniej Steve. Denerwował się, bo zgodził się na udział Spider-Mana, mimo iż był osobą kompletnie postronną, w tej kampanii, czuł się więc za niego odpowiedzialny bardziej niż za innych.
- Dał mi urządzenie naprowadzające. Od jakiegoś czasu wykrywa jednak dwa punkty zamiast jednego…
- Gdzie jesteś? – spytał Kapitan Ameryka, jednocześnie dał bezgłośny znak Hawkeye'owi, że powinien wspiąć się na najbliższe drzewo celem ustalenia pozycji. – Rozpal ognisko.
Dwie godziny później bohaterowie wraz z nowym kolegą znaleźli źródło nieruchomego punktu na detektorze Spider-Mana. Za pomocą strzały zakończonej liną i ptakom młodego chłopca udało się wydostać z przepaści ciało. Steve padł na kolana i tulił do siebie człowieka, którego kochał jak syna. Syna, którego nigdy nie miał.
- Przepraszam cię synu… - płakał nad ciałem bohatera Kapitan Ameryka – Przepraszam, że cię tu zabrałem.
Madrox również przyklęknął i objął przyjacielsko Steve'a. Rogers jednak nie zwracał na niego uwagi.
- Musimy iść. Jemu już nic nie pomoże. – powiedział w swoim stylu Clint. Widząc brak reakcji ze strony Steve'a łucznik położył mu rękę na ramieniu. – Steve, on nie żyje.
- Nie. – powiedział krótko indiański chłopiec. Widząc minę towarzyszy pośpiesznie dodał – Moja ptaki mówią, że on żyje. Jego serce bije, stracił mnóstwo krwi, jest bardzo osłabiony, ale matka ziemia nie zabrała go jeszcze do siebie. Jest bardzo silny. Chyba można mu jeszcze pomóc.
Rogers chwycił chłopaka za kubrak.
- Jak? – wycharczał niczym obelgę Kapitan Ameryka.
- Zabierzmy go do mojej wioski. Jeśli ktoś może mu pomóc to tylko szamani i starszy wioski.
Steve zdawał sobie sprawę, że nie wierzy w ani jedno słowo młodego chłopaka. Jednakże wiedział też, że nie ma w tej chwili żadnego punktu zaczepienia, a ta wioska jest jedyną, choć niezwykle mglistą nadzieją dla Spider-Mana.
- Prowadź. Szybko.
Wilczy wojownik stał na zboczu góry przyglądając się całej sytuacji. Drapał za uchem dużego wilka, który znajdował się zaraz obok niego.
- Może jest silniejszy niż myśleliśmy, Asho. Jego towarzysze są różni. Silni i słabi. Słabi nie warci znaku. Ale Gwiazda i Łucznik godni. Idą do wioski, tam musimy ich znaleźć.
Wilczyca spojrzała na niego rozumiejącym wzrokiem po czym zwróciła spojrzenie na jego skórzany but. Wojownik pochylił się i ściągnął z siebie nadajnik, który musiał mu podrzucić Spider-Man nim stracił siły do walki i rozgniótł go w palcach. Wilczyca znów podniosła wzrok.
- Tak, Asho. Niedługo wrócimy do domu.
