A/N: Dziękuję za wszystkie komentarze, favsy i followsy.

Flare27 - Dziękuję. Klątwa? Jej początek zaczyna się w tym rozdziale. O Lucjuszu na razie za wiele nie powiem, ponieważ rozdziałów z nim jeszcze nie napisałam. Zdradzę tylko, że jego udział będzie dość kluczowy a jego dni w Azkabanie są policzone. Wstrętny drań! Znów się wywinie od więzienia. Uwielbiam go :) Relacja Draco i Harry'ego - mam nadzieję, że uda mi się ją opisać jak najlepiej.

Tradycyjnie, przepraszam za błędy. A niech cię, ortografio!


Siedząc przy stole, w prowizorycznej Wielkiej Sali, którą zrobiono w jednym z większych pomieszczeń w lochach, mogę wreszcie dostrzec, ile osób rzeczywiście zostało w Hogwarcie. Oprócz mnie i siedzącego obok Ethana, widzę jedynie kilkoro uczniów. Najwięcej jest Puchonów, dwie dziewczyny z trzeciego roku, jedna z drugiego oraz trzy z szóstego a także Ethan, który również jest Puchonem. Krukonów zostało zaledwie czterech, każde z innego rocznika. Zarówno ze Slytherinu jak i Gryffindoru została jedna osoba. Malfoy i ja. Widzę go, jak siedzi po drugiej stronie stołu, przy którym jedzą wszyscy uczniowie. Po chwili wstaje i wychodzi.

- Tak, Harry? - Słyszę i odwracam głowę w stronę Ethana.

- Przepraszam, o co pytałeś? - Mówię, nie odrywając wzroku, od oddalającej się sylwetki blondyna.

- Pytałem, czy pójdziemy spytać McGonagall o pozwolenie na wyjście do Hogsmeade. - Zerka na mnie podejrzliwie. - Dobrze się czujesz?

- Tak, tak. Daj mi chwilę. Muszę... muszę coś sprawdzić. - Wstaję. - Zaraz wrócę.

I nie czekając na odpowiedź, odchodzę. Wychodzę na korytarz chwilę po Ślizgonie. W ostatnim momencie dostrzegam skrawek szaty znikający za rogiem. Kieruje się w jego stronę. Wchodzę po schodach i już po chwili jestem na pierwszym piętrze. Przyspieszam, czując delikatny ból w piersi. Staram się iść najciszej, jak tylko potrafię.

W końcu muszę się zatrzymać, gdy ból w klatce piersiowej nasila się. Opieram się o ścianę i oddycham ciężko, próbując złapać oddech. W końcu nie wytrzymuję i powoli osuwam się po zimnej powierzchni aż ostatecznie siedzę, przyciskając dłonie do piersi. Czuje gorąc atakujący moje ciało. Przechylam głowę delikatnie w bok tak, że zimna ściana odchładza moje rozgrzane czoło. Nagle czuję gniew, lecz wydaje mi się, jakby nie należał do mnie. Nie potrafię stwierdzić skąd pochodzi lecz mam wrażenie, jakby nie wydostawał się ze mnie. Mam ochotę coś rozwalić, zniszczyć. Chcę krzyczeć i wrzeszczeć. Dać upust całemu gniewu, który siedzi głęboko we mnie. Nagle słyszę trzask i szybko unoszę głowę. Mój wzrok kieruje się w stronę drzwi, które prowadzą do łazienki Jęczącej Marty. Ból na chwilę znika a na jego miejsce wchodzi intensywna ciekawość. Wstaję, mimo lekkich zawrotów głowy.

- Nie przyszedłem cię obrazić – słyszę głos dochodzący z łazienki. Podchodzę jeszcze bliżej, na palcach, by narobić jak najmniej hałasu.

- Ha! Bardzo zabawne! Gratulacje, udało ci się! - Dziewczęcy głos przeradza się w piskliwy krzyk, odbijający się echem po kafelkach.

- Chcę tylko porozmawiać. - Słyszę. Przysuwam się jeszcze bliżej i przyciskam ucho do drzwi, chcąc lepiej słyszeć rozmowę.

- Chcesz się ze mnie ponabijać! - Zapłakała. Cichy szloch dotarł do moich uszu.

- Nie. Ja... nie miałem na myśli tego, co powiedziałem. Nie, czekaj! Nie idź! - Potem słyszę już tylko głośny plusk rozlewanej wody i domyślam się, że Marta wskoczyła do jednego z sedesów. Zrobiło się cicho. Słyszę jedynie ciche kroki i jeszcze cichsze westchnienie. Wykorzystuję ten moment i pomału odsuwam się od drzwi. Kładę jedną rękę, na zimnej powierzchni klamki i jednym, stanowczym ruchem naciskam na nią. Drzwi skrzypią cicho, gdy je otwieram. Moim oczom ukazuje się Malfoy, siedzący na ziemi, oparty o ścianę. Do klatki piersiowej przyciska kolana, na których leży jego głowa. Wygląda dość żałośnie. Patrzę na niego przez kilka sekund, zastanawiając się co tu robi. Jaki interes ma, w przychodzeniu tutaj i rozmawianiu z Jęczącą Martą. W pewnym momencie podnosi nagle głowę, gdy uświadamia sobie moją obecność. Przez chwilę patrzy na mnie w szoku, lecz już po chwili podnosi się.

- Potter! Co ty tu... śledziłeś mnie! - Wyrzuca mi. Szpera przez chwilę w kieszeniach szaty. Gwałtownie, pośpiesznie. Nagle przestaje a jego twarz zmienia się w zmieszanie i przerażenie. Uświadamiam sobie, że nie ma różdżki. Jest bezbronny. Ponownie odzywa się gniew i pragnie wykorzystać tę sytuację. Zrobić mu krzywdę, odpłacić się za wszystkie te lata. Pragnę rzucić zaklęcie, skrzywdzić go. Kopnąć go, choć już i tak leży. Nie może się obronić. A ja mógłbym zrobić teraz wszystko. Mógłbym go nawet zabić.

Zabić.

Odsuwam się nagle, gdy dociera do mnie sens moich własnych myśli. Czuję, jak uderzam plecami o ścianę. Malfoy patrzy na mnie w szoku.

Nagle wszystko mija. Gniew mija. Uspokajam się trochę i wciągam gwałtownie powietrze.

- Potter? - Pyta już spokojniej, lecz wciąż czujnie. Wciąż gotowy do walki.

- Nie śledziłem cię – kłamię. Odpowiadam spokojnie, chcąc jakoś zatuszować swój nagły atak, którego sam nie rozumiem. Nie wiem co się dzieje.

- Więc po co tu przyszedłeś?

- O to samo mógłbym spytać ciebie. Chyba mi nie powiesz, że przyszedłeś tu za potrzebą. To w końcu łazienka dla dziewczyn. - Patrzę na niego wyczekująco.

- A więc jednak mnie śledziłeś! - Wpada w gniew. - Nie możesz się powstrzymać, co?

Wygląda, jakby chciał mnie uderzyć. Zaraz mnie uderzy. Zaciska mocno szczękę i pięści. Nie odpowiadam.

- Nie możesz przestać wtykać nosa w nie swoje sprawy?

Po chwili po prostu odchodzi. Mija mnie bez słowa. Trzaska mocno drzwiami a ja zostaję sam. Sam ze swoim ledwo opanowanym gniewem i chęcią niszczenia.

Wzdycham cicho. Wychodzę z łazienki i kieruję się z powrotem do prowizorycznej Wielkiej Sali.


Inside me


- Jesteś pewny, że to tu? - Słyszę i niepewnie kiwam potwierdzająco głową. Nasze szaty lekko powiewają na wietrze. Ethan patrzy na mnie i czeka na moją reakcję. Dom towarowy Purge & Dowse Ltd zbudowany jest z czerwonej cegły i mieści się w Londynie. Choć na szybach jest napisane, że jest nieczynny z powodu remontu, wiem, że jego przeznaczenie jest zupełnie inne. Za szybami sklepu widzę kilka starych, podniszczonych manekinów. Przez chwilę się waham. W końcu podchodzę bliżej manekina kobiety, który ubrany jest w zielony fartuch.

- I co teraz? - Ethan przygląda się manekinowi. - Trzeba wypowiedzieć jakieś zaklęcie?

Nie odpowiadam.

- Nie wiesz, prawda? - Spogląda na mnie kpiąco. - No jasne.

- Nie pamiętam! - Próbuję się bronić. - To było jakoś... nie wiem. Chyba trzeba coś powiedzieć. - Zastanawiam się.

- Świetnie. To może spróbuj tak – odwraca się w stronę manekina – Louise, bo wyglądasz na Louise, to pewnie przez te rzęsy, potrzebujemy dostać się do środka. Mogłabyś to dla nas zrobić, skarbie?

Przewracam oczami a Ethan zaczyna chichotać.

Nagle widzimy jak manekin kobiety kiwa lekko głową a jej ręka unosi się delikatnie w kierunku drzwi.

- Widzisz, Harry? Wystarczy mieć podejście do kobiet.

Teraz nawet ja chichoczę cicho.

Otwieramy wskazane drzwi i wchodzimy do środka. Przed naszymi oczami ukazuje się wnętrze Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga. Wygląd szpitala nie jest zbyt przyjemny dla oka. Nie świeci on czystością a w kafelkach podłogi zdecydowanie nie można się przejrzeć. Kierujemy się w stronę punktu informacji, który jest jedynie jednym niewielkim biurkiem, przy którym siedzi kobieta.

- Dzień dobry. Witam w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga. W czym mogę państwu pomóc? - Mówi znudzonym głosem, jakby recytowała to zdanie tysiąc razy dziennie. Bo zapewne tak właśnie jest.

- Chcielibyśmy odwiedzić... znajomego. - Ostatnie słowo z trudem przechodzi mi przez gardło. Kobieta nie odpowiada, jedynie dłonią wskazuję na tablicę informacyjną, po czym wraca do przeglądania Proroka Codziennego.

- Jesteś pewny, że on tu będzie? - Pytam Ethana, na co ten pewnie przytakuje.

- Jestem pewny. Patrz! - Wskazuje palcem na tablicę. - To chyba będzie piętro czwarte, urazy pozaklęciowe.

Wchodzimy do windy, która znajduje się nieopodal punktu informacji. Nagle zalewa mnie fala wątpliwości.

- Nie jestem pewien, czy to aby na pewno dobry pomysł – mówię. Ethan spogląda na mnie, opierając się o ściankę windy.

- Co ci szkodzi, Harry? Jeśli w akcie gniewu rzuci na ciebie jakieś zaklęcie to spójrz, do szpitala masz blisko. Właściwie – zastanawia się – to wystarczyłoby, gdybyś położył się do sąsiedniego łóżka. To w końcu piętro urazów pozaklęciowych. Pasuje jak ulał!

Śmieje się.

- Mówię poważnie – rzucam w jego stronę gniewne spojrzenie.

- I co, ja też. - Odpowiada. - Chodź.

Wychodzimy z windy, gdy ta się otwiera. Naszym oczom ukazuje się prawie pusty korytarz z niezbyt dobrze wyglądającymi krzesłami, które znajdują się przy ścianach. Widzimy, jak zbliża się do nas Uzdrowiciel, co poznajemy po jego żółto-zielonej szacie oraz naszytym na piersi emblematem przedstawiającym skrzyżowaną kość z różyczką, co jest godłem szpitala.

- W czym mogę panom pomóc? - Pyta, po czym dostrzega mnie i przybiera zdziwioną minę. - Och, czy to nie Harry Potter? - Widzę ekscytację w jego oczach. Następne co dostrzegam, to nagły ruch ręki Ethana, który ściąga mi okulary z oczu. Nagle wszystko staje się rozmazane.

- Nie, to nie Harry Potter. Przewidziało się panu. A teraz, czy moglibyśmy odwiedzić znajomego?

Uzdrowiciel odkaszlnął cicho, po czym przybrał poważną minę.

- Naturalnie.

- Chcielibyśmy odwiedzić Severusa Snape'a. Znajduje się na tym piętrze, prawda? - Pytam.

- Tak, leży tu. Domyślam się, że nie są państwo spokrewnieni z pacjentem.

Kiwam przecząco głową. Mężczyzna zastanawia się chwilę.

- Więc jaki jest cel tej wizyty, panie Potter?

Zauważam, jak na dźwięk mojego nazwiska, jakaś starsza kobieta, siedząca na krześle podnosi nagle głowę i spogląda w naszą stronę.

- To nie Harry Potter, mówiłem już panu. - Ethan wtrąca się. - To Parry Hotter.

Uzdrowiciel rzuca Ethanowi gniewne spojrzenie.

- Więc?

- Przyszliśmy odwiedzić ulubionego nauczyciela – odpowiadam.

- Z polecania dyrektor Hogwartu, Minerwy McGonagall. – Ethan dodaje a ja patrzę na niego zdziwiony. - Poprosiła nas abyśmy sprawdzili, jak profesor Snape się czuje. Dyrektor nie wie, czy profesor zdąży wyzdrowieć do rozpoczęcia roku szkolnego. W przeciwnym razie, będzie musiała znaleźć kogoś innego na posadę Mistrza Eliksirów.

- W porządku, zapraszam. - Uzdrowiciel skazuje ręką na jedne z wielu drzwi. - Jego stan jest stabilny lecz nie wybudził się jeszcze ze śpiączki.

Zatrzymuję się nagle.

- Ze śpiączki?

- Tak, ze śpiączki. - Wchodzimy do środka. W pomieszczeniu znajduje się kilka pustych, pościelonych łóżek, oraz jedno zajęte, zasłonięte przez parawan. - Nie jesteśmy pewni czym jest ona spowodowana. Obstawiamy, że jest to efekt szoku bądź amnezji lecz niczego nie możemy być pewni dopóki się nie wybudzi. Jak już wspominałem, jego stan jest stabilny już od dwóch tygodni. Wyleczyliśmy wszystkie jego obrażenia oraz przeszedł przez wszystkie zaawansowane badania diagnostyczne. A teraz zostawię państwa samych, macie dziesięć minut odwiedzin.- Łypie niechętnie w kierunku Ethana a następnie spogląda na mnie. - Proszę przekazać dyrektor McGonagall pozdrowienia ode mnie. Oddział urazów pozaklęciowych, będzie wiedziała o kogo chodzi.

Przytakuję a uzdrowiciel wychodzi.

- No to świetnie. - Mówię zrezygnowanym tonem, siadając na jednym z łóżek. - Śpiączka.

- Hej, mogło być gorzej. Zawsze mógł być przytomny i zdolny do rzucania zaklęć.

Rzucam w jego kierunku wkurzone spojrzenie.

- Wybacz, po prostu próbuję cię jakoś rozweselić – mówi na swoje usprawiedliwienie.

- W porządku. Poza tym, Parry Hotter? Na serio? - Uśmiecham się lekko.

- Musiałem coś zrobić! Nie czuł byś się dziwnie, gdyby poprosił cię o autograf? Uratowałem ci skórę.

- McGonagall nas zabije jak się dowie, o naszym kłamstwie. - Mówię. - O twoim kłamstwie – poprawiam. - Zwalę wszystko na ciebie.

- Nie zrobiłbyś tego, Harry. Zbyt dużo gryfońskiej krwi płynie w twoim gryfońskim ciele. Jesteś skażony gryfonizmem. Nie ma na to rady.

Przewracam oczami.

- Właściwie, to dlaczego chciałeś tu przyjść? Wydawało mi się, że nie lubisz Snape'a.

Wzdycham.

- Bo nie lubię. To długa historia – odpowiadam. - Ale teraz to już nie ważne. Nic tu po nas, wracajmy.

Ethan przytakuje w milczeniu.


I jak? Mam nadzieję, że Wam się podobało.

Komentarze motywują :)