A/N: I oto wjeżdża rozdział piąty! Na następny będzie trzeba niestety poczekać trochę dłużej, ale Wasze komentarze z pewnością mnie zmotywują :).

Tradycyjne, za błędy przepraszam ;)

Miłego czytania, pozdrawiam.

Lawliettxox.


Ból.

To pierwsze, co czuję. Ból wybudza mnie ze słabego snu. Udaje mi się powstrzymać od jęku, mimo wrażenia, że moja czaszka jest rozrywana na kawałki. Zwijam się w kłębek i zaciskam pięści na płachtach pierzyny. Czuję strumyki potu płynące po moim czole, ściekające na brodę. Ciężko oddycham a całe moje ciało drży.

Blizna.

To zapomniany znak na moim czole jest powodem bólu. To przecież niemożliwe! Wszystko miało odejść wraz ze śmiercią Voldemorta. On miał zabrać ze sobą całe cierpienie. Razem ze sobą, prosto do piekła. Zalewa mnie nawałnica myśli, pełnych obawy i strachu. A co jeśli czarnoksiężnik przeżył? Co prawda, sam widziałem jego śmierć, lecz ból blizny jest niepodważalnym dowodem. W mojego gardła wydobywa się zachrypnięty jęk. Przez chwilę obawiam się, że obudzę Ethana. Seria pytań nie jest mi teraz potrzebna, lecz chłopach wciąż śpi.

Ignorując ból, wstaję powoli. Jestem słaby, każdy ruch sprawia mi ból, jakby blizna zabierała całą moją energię. Chwiejnym krokiem docieram do drzwi i oddycham z ulgą. W pokoju wspólnym jest znacznie chłodniej. Unoszę rękę i dotykam blizny. Czuję ciepłą ciecz na czole. To krew, czy jedynie pot?

Nagle grunt pod moimi stopami przestaje być taki pewny. Ciemne plamy rozlewają mi się przed oczami, jak kleksy atramentu. Próbuję dotrzeć do kanapy, lecz już po pierwszym kroku, tracę świadomość i upadam na podłogę.

Kroki. Słyszę je wyraźnie. Ich dźwięk dociera do moich uszu. Są ostatnią rzeczą, jaką spodziewam się usłyszeć. A jednak są.

Nie wiem gdzie jestem, ani co tu robię. Pamiętam jedynie ból, potworny ból w czaszce. A może... może to była blizna? Nie, na pewno nie. Tylko mi się wydaje. Blizna nie bolała mnie już od kilku tygodni, odkąd Voldemort poległ. To nie blizna, jestem tego pewien.

Czy to wszystko mi się śniło? Może nie było żadnego bólu, może wciąż śnię. To tylko sen, lecz kroki wydają się takie rzeczywiste. Zupełnie oderwane od mojej własnej podświadomości, jakby wychodzące poza nią. Kroki są prawdziwe, tak. Na pewno je słyszę.

Nagle ustały. Znów cisza. Znów tylko ja i moje myśli.

Nie wiem gdzie jestem. Chyba już to mówiłem. Bo mówiłem, prawda? Niczego nie mogę być pewien. Niewiedza jest najgorsza. Ciemność nie jest straszna lecz niewiedza przed tym co czai się w płaszczach ciemności mnie przeraża. Nie chce się bać lecz jestem tylko człowiekiem.

Więc był ból, i co było dalej? Co tu robię i dlaczego nie mogę się obudzić? Może ból też był jedynie moim wymysłem. Skoro blizna nie jest już łącznikiem z Voldemortem, to z jakiego innego powodu, miałbym odczuwać ból?

Nagle czuję coś, dotyk. Ciepły i czuły, na moich własnych ramionach. Jest nawet bardziej rzeczywisty od kroków. Ktoś mnie dotyka, delikatnie. Podoba mi się. Niech nie znika, proszę. Niech będzie i trwa. Nawet jeśli to jedynie lekkie uczucie ciepła na ramieniu. Niech po prostu zostanie.

Może to nawet rodzice? Może są tu ze mną i mogę ich spotkać. Zobaczyć ich, dotknąć, porozmawiać.

Chciałbym, żeby to byli oni. Albo Syriusz.

Lekki powiew i dźwięk słów. Ktoś coś mówi. Słyszę i czuję. Nie rozumiem słów, nie rozumiem ich znaczenia. Są niewyraźne, lecz są.

- Potter? - ktoś wypowiada moje nazwisko. - Potter!

"Tu jestem", chcę powiedzieć. Jestem tu.

- Obudź się, Potter.

Chcę. Próbuję. Nie mogę.

Znów dotyk na moim ramieniu, ciepły i zarazem stalowo zaciśnięty. Muśnięcie motyla o żelaznych skrzydłach.

- No dalej, wstawaj – mówi, potrząsając moim ramieniem. Chcę się ocknąć lecz nie jestem w stanie. Czuję i słyszę, i jestem świadomy, a jednak nie mogę się obudzić.

I znowu słyszę kroki. Nagle coś upadło i się potłukło. Donośny dźwięk rozbijanego szkła przecina ciszę.

Dezorientacja jest tym, co czuję. Nie mogę otworzyć oczu ani zobaczyć co się dzieje. Nagle ciepło na moim ramieniu znika, razem z dłonią.

- Mal... Harry? Co robisz z Harrym?! - ktoś krzyczy. - Zobaczcie co zrobił – dodaje ktoś inny szeptem.

Ile osób dokładnie jest teraz w pomieszczeniu?

- Nic mu nie zrobiłem – odpowiada, pewny siebie. - Był już taki, gdy tu przyszedłem.

- Nie kłam! Śmierciożerca!

- Zamknij się Ellen, zaraz wszystkich obudzisz.

- Mam to gdzieś! Zobacz co ten bydlak zrobił Harry'emu. Musimy go zabrać do szpitala.

- A Malfoya do dyrektor McGonagall.

Malfoy?

I nagle słyszę ciche wypowiedzenie zaklęcia, a po chwili moje ciało odrywa się od podłogi. Unoszę się nad ziemią, lewituję.

- Hej, paczcie – ktoś znów krzyczy. - Jego blizna!

Moja blizna? Co z nią nie tak?

- Krwawi! Do szpitala, szybko.

Nie czuję bólu. Nie czuję niczego.


Inside me


- Masz szczęście, że dyrektor nie ma w zamku. - Ciemnowłosa Ellen zwróciła się w stronę Dracona. - Ale nie myśl, że ujdzie ci to płazem.

Stali przed wejściem do prowizorycznego, szkolnego szpitala.

- Ale daruj sobie wyjaśnienia. - Draco przewrócił oczami, wcale nie miał zamiaru się tłumaczyć. - Wyjaśnisz wszystko dyrektor McGonagall.

- Wszyscy widzieliśmy, co się stało – mówiła dalej. - Nie wymigasz się od konsekwencji.

- Przestań mówić, Rivers – warknął w jej kierunku. Miał dodać coś jeszcze, gdy nagle ochrypnięty krzyk wydostał się zza drzwi szpitala. Draco aż lekko podskoczył, gdy ten dźwięk dotarł do jego uszu.

"Rozrywają go tam na kawałki, czy co?", pomyślał.

Draco nie chciał wysłuchiwać tych wrzasków, kojarzyły mu się z spotkaniami śmierciożerców. Ofiary zawsze krzyczały głośno.

Odwrócił się na pięcie i odszedł.

- Hej! A ty dokąd?! - słyszał za sobą głos Ellen, lecz nie odwrócił się. Szedł dalej, przed siebie. Mijał drzwi i zakręty, aż w końcu dotarł do schodów. Wszedł na pierwsze piętro i skierował się do łazienki Jęczącej Marty. Ostatnio przebywał tam coraz częściej. Z daleka od innych. Było tam cicho i spokojnie, nikt tam nie przychodził. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Słyszał odgłos kapania z kranu. Woda znajdowała się na podłodze, która była nią lekko zalana. Nic nowego.

- Cześć Draco – usłyszał i po chwili ujrzał Martę, siedzącą na jednej z umywalek.

- Cześć – odpowiedział nieco za szorstko. Dziewczyna przybrała zatroskaną minę.

- Czy coś się stało? Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko. Milczę, aż po grób. Dosłownie!

- Nic, Marto. - Oparł się o ścianę. Czuł, że jego buty pomału przemakają. - Znów zalałaś łazienkę?

Dziewczyna zachichotała.

- Tak. Podoba ci się? - Wyciągnęła prawie przezroczystą stopę w kierunku podłogi i spróbowała kopnąć wodę. - Powiesz mi kto tak krzyczy?

- Co? Och, to Potter.

Marta przeleciała przez całą długość łazienki, aż w końcu zatrzymała się naprzeciwko ślizgona.

- Czy on... umiera? - zapytała podekscytowana. - Nie miałabym nic przeciwko, gdyby chciał... no wiesz, zamieszkać ze mną w mojej łazience.

Podleciała do lustra i teatralnie poprawiła włosy.

- Co prawda proponowałam mu to już wcześniej, ale chyba nie dosłyszał mojej propozycji – dodała smutno.

- Och – pisnęła. - Muszę się przyszykować jeśli Harry Potter ma zamiar zamieszkać w mojej łazience!

I po chwili już jej nie było. Woda wciąż lała się z jednego z kranów. Draco podszedł do umywalki i zanurzył dłonie w zimnej wodzie, a następnie przemył w niej twarz. Krople ściekały po jego twarzy. Zakręcił kran. Uniósł głowę i przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Zmierzwione włosy, zmęczona twarz, worki pod oczami.

To wszystko skąpane w wodzie. Krople wyglądały jak łzy. Wyglądał, jakby płakał. Ale Draco nie płakał. Nigdy.

Słaby ale nie przegrany.


Inside me


Budzę się. Nareszcie mogę otworzyć oczy, choć miejsce, w którym się znajduję, ani trochę mi się nie podoba. Nie zadziwia mnie widok szpitala. Zadziwia mnie fakt, że wróciłem tu po zaledwie kilku dniach. Wydaję się, że biję rekordy, jeśli chodzi o moje częste pobyty w tym miejscu. Może faktycznie powinienem tu zamieszkać, jak żartobliwie sugeruje pani Pomfrey.

- Harry! - słyszę i odwracam głowę. Na krześle obok siedzi dziewczyna, nie poznaję jej. Ma brązowe włosy i bardzo ciemne oczy. Podaje mi moje okulary, które zakładam, by móc przyjrzeć się jej lepiej. Nie, teraz również jej nie poznaję.

- E, cześć – mamroczę. - Kim jesteś?

Dziewczyna uśmiecha się.

- Mów mi Ellen – przedstawia się. - Nie znasz mnie – dodaje po chwili.

- Więc co tu robisz? - pytam, choć nie chcę wyjść na niegrzecznego.

- Ja i moje koleżanki byłyśmy światkiem tego, co ten przebrzydły Malfoy ci zrobił – tłumaczy z obrzydzeniem na twarzy, co jeszcze bardziej wprawia mnie w dezorientację. Patrzę na nią pytająco. - Nie pamiętasz niczego? Masz amnezję?

- Nie, nie mam. Pamiętam wszystko, ale co Malfoy ma z tym wspólnego? - marszczę brwi.

- On zaatakował cię! Widziałam, jak klęczał nad twoim ciałem a... a potem twoja blizna zaczęła krwawić. - Odruchowo dotykam i przecieram znak na swoim czole.

- Nie, mylisz się. Malfoy nie miał z tym nic wspólnego – wyprowadzam ją z błędu. - Po prostu zasłabłem.

Czy to rozczarowanie na jej twarzy? Tak, jestem tego pewny. Jest rozczarowana.

- Och, no dobrze. Miałam nadzieję, że... zresztą, nie ważne – wstaje. Posyłam w jej stronę pytające spojrzenie, próbując zachęcić ją, by kontynuowała. - Malfoy to drań. Liczyłam na to, że może trochę się zemszczę. Jego ojciec oraz banda innych śmierciożerców, brała udział w morderstwie moich kuzynów.

Odwraca się na pięcie i zmierza do wyjścia.

- Hej, Ellen – dziewczyna zatrzymuje się i odwraca twarz w moją stronę. - Nie powinnaś szukać zemsty. To niczego nie naprawia.

- Nie pomyśl sobie o mnie źle, Harry – mówi. - To nic osobistego, to po prostu zemsta.

- Na Malfoyu, za winy jest ojca. To jest złe – mówię.

Dziewczyna uśmiecha się jeszcze słabo i po chwili otwiera drzwi. Na moment marszczy brwi a jej wyraz twarzy robi się nieco ostrzejszy. Po chwili znika, lecz nie zamyka za sobą drzwi. Nie mija kilka sekund, gdy przechodzi przez nie wspomniany ślizgon. Uśmiecha się kpiąco.

- Wzruszające – mówi. Podchodzi bliżej i siada na miejscu, zajętym wcześniej przez dziewczynę. Wygląda bezczelnie. Już dawno nie widziałem tego wyrazu na jego twarzy. - Słyszałem, że próbowałem cie zabić.

- I przyszedłeś mi to powiedzieć? - pytam, odruchowo poprawiając okulary na nosie. - Wiem, że tego nie zrobiłeś.

- Och, a to ci niespodzianka. Wyobraź sobie, Potter, że ja też to wiem – przewraca oczami.

- Nie wiem, po co przyszedłeś, ale...

- Daj spokój. Nie przyszedłem cię gnębić, chociaż może... – udaje, że się zastanawia. - Przyszedłem porozmawiać.

- Porozmawiać – powtarzam, nie dowierzając. - Własne życie cie znudziło?

- Możesz tak powiedzieć. Twoje wydaje się bardziej interesujące – patrzy na bliznę. - Pochwal się, co tym razem zaburzyło panujący spokój w twoim bajecznym świecie.

Unoszę brew.

- Wykorzystujesz ostatnie chwile wolności co, Malfoy? - Z jego twarzy na chwile znika maska, a na jej miejsce wchodzą prawdziwe emocje. Trwa to zaledwie parę sekund, lecz dostrzegam zmęczenie, smutek.

- Tak, coś w tym stylu – mówi, gdy znów wraca do swojej bezczelnej miny. - Pojednanie z wrogami i inne takie bzdety.

Przyglądam mu się podejrzliwie.

- Nie wierzę ci – mówię.

- I dobrze dla ciebie. Zrozum, nadwrażliwy Wybrańcu, nie przyszedłem się przyjaźnić, chcę tylko porozmawiać.

Brew.

- O czym?

- O czymkolwiek, na tym polega rozmowa. Opowiedz, jak ci minął dzień, a ja udam, że mnie to obchodzi. Co, wy gryfoni rozmawiacie jedynie o obaleniu mrocznych mocy i walce ze złem? - pyta sarkastycznie.

- W porządku, ale nie tu. - Wstaję z łóżka i zabieram swoją różdżkę ze stolika nocnego po czym chowam ją do jednej z kieszeni spodni. Malfoy patrzy na mnie pytająco.

- Nie boisz się? Grzeszysz przesadną pewnością siebie, tak po prostu ukrywając swoją jedyną linię obrony.

- Ty za to, jesteś zbyt pewny siebie jeśli myślisz, że mógłbym się ciebie bać wiedząc, że nie masz różdżki.

Blondyn przewraca oczami i po chwili wychodzimy. Przez chwilę idziemy w ciszy, świadomi o swoim towarzystwie. Nie odzywamy się, choć cisza nie jest niezręczna. Pasuje idealnie i dopasowuje się w przestrzeń między nami. Jest po prostu ciszą, która towarzyszy dwóm nieprzyjaciołom, którzy wyjątkowo postanowili ten jeden raz się ze sobą dogadać. I to jest dobre.

Rozmowa rozpoczyna się, gdy wychodzimy na zewnątrz, gdy idziemy w kierunku boiska do Quiddicha. Rozmowa pełna sarkastycznych uwag, często niemiłych dialogów, niewypowiedzianych obelg, ale również po prostu niezobowiązująca wymiana zdań. Jest spokojny letni dzień, taki jak inne. Nie ma spadających z nieba gwiazd ani pięknej melodii, granej przez świerszcze. Jest tylko codzienny szum drzew, które tańczą w Zakazanym Lesie w akompaniamencie powiewu letniego wiatru. I odgłos deptanej trawy, po której przechodzą. Temu wszystkiemu towarzyszy rozmowa, a czasem cisza. I to jest dobre.


I jak, podobało Wam się? Koniecznie napiszcie. :)