A/N: Witajcie! Przychodzę do Was z nowym rozdziałem, który napisany został przy piosenkach wspaniałego Linkin Park 3
Veksel Dziękuję! Świnko-mrówki hahaha, próbuje sobie wyobrazić to majestatyczne stworzenie ;))
"Harry,
u mnie wszystko w porządku, choć strasznie za Wami tęsknie. Minął ledwo tydzień, lecz umierałam z ciekawości, by dowiedzieć się, co u Ciebie i Rona słychać.
Australia bardzo mi się podoba, lecz wiem, że nie przyjechałam tu żeby zwiedzać. Gdy tylko znajdę swoich rodziców i przywrócę im pamięć, wrócę.
Jak sobie radzisz, Harry? Wciąż mam wyrzuty sumienia, że zostawiłam Cię z tym wszystkim. Powinnam być tam przy Tobie, lecz mam nadzieję, że rozumiesz.
Odpowiedź prześlij proszę przez moją sowę.
Hermiona"
Wzdycham cicho. Nie chcę teraz odpisywać na list, nie wiem, co mógłbym napisać. Czuję, że nie powinienem martwić jej swoimi problemami, lecz jej sowa spogląda na mnie jakby na coś czekając. Sowa jest piękna, nie mogą odwrócić od niej wzroku. Wciąż czuję dotkliwą tęsknotę za Hedwigą. Nie zostało po niej nic, nie mam nawet jej klatki. Potrzebuję nowej sowy, lecz nie potrafię zastąpić Hedwigi. Wiem, że to może lekko głupie. Sowa, to sowa. Służy to przesyłania listów. A jednak kupno nowej wydaje mi się takie... niewłaściwe. Odkładam list na łóżko i staram się ignorować niezadowolony dźwięk wydawany przez ptaka. Cieszę się, że wszystko wraca do normy. Zamek został już niemal w całości odbudowany, choć prace naprawcze wciąż trwają. Po zamku kręci się zdecydowanie mniej ludzi, a wszyscy, którzy nie są uczniem lub pracownikiem szkoły, opuścili zamek zeszłego dnia. Wielka Sala ponownie wróciła na swoje miejsce, gdy tylko została w pełni odbudowana. Wygląda, jakby wcale nie była zniszczona. Wszystko jest tak, jak było przed wojną.
- Harry, będziesz to jadł?
Odwracam głowę w kierunku Ethana. Kiwam przecząco głową w milczeniu. Chłopak przypatruje mi się uważnie. Widzę, że chce zadać jakieś pytanie.
- E, dobrze się czujesz? - pyta niepewnie. - To znaczy... czy wszystko w porządku?
- Tak – odpowiadam. - Dlaczego miało by nie być?
- Wczoraj straciłeś przytomność na środku pokoju wspólnego – przewraca oczami.
- To nic takiego – mówię i szybko szukam tematu, do odwrócenia jego uwagi. - Hermiona napisała.
Podaję mu list. Czyta go w ciszy.
- Hermiona? To ta twoja przyjaciółka, tak? - przytakuję. - Był jeszcze ten rudy chłopak. Ron, racja?
- Tak, oni... - zaczynam, lecz przerywam, gdy widzę, że do Wielkiej Sali wchodzi Malfoy. Łapie moje spojrzenie i unosi kpiąco brew. - Hej, Ethan? Co myślisz o Malfoyu?
Chłopak również zerka na ślizgona, który zajmuje miejsce przy swoim stole.
- Nie wiem, nie rozmawiałem z nim nigdy. Wydaje się być strasznie zarozumiały, więc to nawet dobrze, że go nie znam. Nienawidzę zarozumialców – wzdycha teatralnie. - Dlaczego pytasz?
- Zwykła ciekawość – upijam łyk soku dyniowego. - Muszę iść. Spotkamy się później?
Nie czekam na jego odpowiedź, po prostu odchodzę od stołu i wychodzę z Wielkiej Sali. Kieruję się do już tak dobrze mi znanej łazienki na pierwszym piętrze. Z ulgą zauważam, że jest zupełnie pusta, nie ma w niej Marty. Nie mam ochoty wysłuchiwać jej marzeń o tym, jak dobrze byłoby nam zamieszkać razem w jej toalecie. Podchodzę do umywalki, która kiedyś posłużyła jako przejście do Komnaty Tajemnic. Końcówką palców gładzę powierzchnię węża, który się na niej znajduje. Z kranu obok kapie woda. Krople systematycznie uderzają o umywalkę. Nie mija kilkanaście kapnięć, gdy słyszę dźwięk cichego otwierania drzwi. Nie muszę się odwracać, by wiedzieć kto stoi za mną.
- Przyszedłeś – mówię. - Długo ci to zajęło.
Podchodzi bliżej.
- Nie chciałem wzbudzać podejrzeń – odpowiada, a ja odwracam się. Stoi przede mną luźno oparty o ścianę.
- Więc... - patrzy na węża. - To przejście do Komnaty.
Przytakuję.
- Zawsze chciałem ją zobaczyć. Słyszałem, że robi wrażenie – Malfoy podchodzi bliżej kranu i dotyka węża dokładnie w tym samym miejscu, które ja dotykałem kilka minut wcześniej. - Szkoda, że nigdy nie będę miał okazji.
- Mógłbym cię kiedyś zabrać. No wiesz, to nie takie trudne, choć przyznaję, że wejście nie jest najwygodniejsze.
- Bardzo gryfońsko z twojej strony Potter, lecz zauważ, że za dwa tygodnie wyjadę stąd i już nie wrócę.
No tak, jego proces. Patrzę na jego twarz, lecz nie wygląda na przybitego. Raczej na zrezygnowanego. Przypuszczam, że się poddał. Nie wierzy w to, że uda mu się wywiązać z Azkabanu. Ja również w to nie wierzę, a jednak nie mam zamiaru wypowiedzieć tego na głos. Wciąż nie wiem, co mam myśleć. Nie jesteśmy przyjaciółmi, nawet się nie lubimy, a jednak spotykamy się już drugi raz. Myślę, że to samotność sprawia, że spędzamy czas w swoim towarzystwie. Oboje jesteśmy samotni, pozostawieni samymi sobie. Nawet milczenie jest lepsze w towarzystwie.
- Możemy stąd wyjść, proszę? - mówię, by odwrócić jego uwagę od tematu. - Marta może zaraz tu przyjść a ja bardzo nie chciałbym jej spotkać.
- Marta jest w porządku, nie powinieneś jej obrażać. Trochę szacunku dla zmarłych, Potter. To, że jest martwa nie znaczy, że...
- Tak – przerywam mu. - Ale to nie tobie proponuje zawarcie ślubu w tej łazience. I spłodzenie dzieci. Zwłaszcza to ostatnie mnie przeraża.
Przewraca oczami.
- Nie sądzisz, że będzie to dziwne, jeśli ktoś zobaczy nas razem?
I faktycznie było by to dziwne, ujrzeć dwóch największych szkolnych wrogów, którzy chodzą sobie po hogwarckich korytarzach, jakby nigdy nic.
- Od kiedy to martwisz się o opinię innych?
- Nic o mnie nie wiesz, Potter.
Lecz mimo słów odwraca się i otwiera drzwi. Wychodzi pierwszy i rozgląda się dookoła. Sądzę, że przesadza. W szkole i tak jest bardzo mało osób. Możliwość, że trafimy na kogoś jest...
- Potter! - jak na komendę odwracam głowę w kierunku, z którego słyszę wołanie. - Potter, tu jesteś.
McGonagall spogląda na mnie, po czym jej wzrok przesuwa się na Malfoya. Przez chwilę na jej twarzy maluje się zdziwienie i marszczy brwi. Z moich ust wydobywa się cichy jęk rozczarowania. Że też musieliśmy trafić akurat na McGonagall!
- Panie Potter, zapraszam do mojego gabinetu – mówi. Próbuję ułożyć jakąś wymówkę, lecz nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Widzi moje wahanie. - Zapraszam.
- Ale pani dyrektor, czy to ważne?
- Zapewniam cię, że nie prosiłabym bez istotnego powodu. A teraz szybciej, nie mamy całego dnia.
Niechętnie posyłam przepraszające spojrzenie w kierunku blondyna, na co ten odpowiada mi chłodną obojętnością i odchodzi w przeciwnym kierunku. Podążam obok nauczycielki w ciszy zastanawiając się, z jakiego powodu chce ze mną rozmawiać. Wypowiada hasło jakiś znanych magicznych słodyczy, co trochę mnie dziwi. Wydawało by się, że w wymyślaniu tego typu haseł, specjalistą był Dumbledore. Jak widać, zostawił po sobie tą tradycję. Wchodzimy do gabinetu, a McGonagall wskazuje mi krzesło na przeciwko biurka, za którym siada. W wyglądzie pomieszczenia prawie nic się nie zmieniło. Brakuje jedynie Fawkesa, feniksa, który należał do byłego dyrektora, oraz kilku drobnych szczegółów, takich jak na przykład kolorowe ołówki lub słodycze na biurku.
Widzę, jak magiczny dzbanek unosi się w powietrzu i nalewa herbaty do dwóch porcelanowych filiżanek. Nie przepadam, za herbatami, lecz mimo tego upijam łyk gorącego napoju, by zwilżyć suche gardło. Spoglądam na twarz dyrektorki, lecz nie jestem w stanie odgadnąć jej intencji.
- Harry – zaczyna miłym głosem. - Dlaczego nie powiedziałeś mi o swoich stanie zdrowia?
- Słucham? Aa, mówi pani o tym wypadku, w pokoju wspólnym? - widzę jej przytaknięcie. - To nic takiego, naprawdę. - Zapewniam ją, lecz wciąż nie wygląda na przekonaną.
- Jesteś pewny, że to nic poważnego? - kiwam potwierdzająco głową. - Mimo tego, może powinniśmy wykonać jakieś badania. Wyłącznie te najważniejsze. - Dodaje, doskonale wiedząc, o mojej niechęci wobec szpitali.
- Nie, to nie będzie potrzebne. Czuję się dobrze – kłamię.
- Dumbledore traktował cię jak wnuczka, Harry. Jestem pewna, że doskonale o tym wiesz. A ja jestem pewna, że nie chciałby, żebyśmy zignorowali ten problem. Poczęstuj się ciasteczkiem.
- Pani profesor, czy to wszystko? - pytam.
McGonagall milczy przez chwilę, zastanawiając się nad czymś. Ja również nic nie mówię, w spokoju czekając, aż zacznie mówić.
- Panie Potter, jest pan pewny, że towarzystwo Dracona Malfoya jest dla pana... korzystne?
Nie, nie wiem - chcę odpowiedzieć, lecz jedynie wzruszam ramionami.
- W takim razie, to już będzie na tyle. Może pan wrócić do swoich zajęć.
Z ulgą wychodzę z jej biura. Nogi prowadzą mnie w stronę pokoju wspólnego Slytherinu. Może nawet liczę na to, że spotkam tam Malfoya. Dziwnie się z tym czuję, lecz tak właśnie jest. Muszę również odpisać na list Hermiony. Moje myśli krążą wokół tego tematu, lecz wciąż nie wiem, co mogę jej napisać. Po drodze zatrzymuje mnie głos z oddali, echo czyjejś rozmowy dociera do moich uszu. Idę prędko w kierunku, z którego słyszę głosy. Staram się iść najciszej, jak tylko potrafię, co udaje mi się. Wiele lat zakradania się nauczyło mnie, jak stawiać kroki tak, by wydać jak najmniej hałasu. Żałuję, że nie mam przy sobie swojej peleryny niewidki, będę musiał obyć się bez niej. Znajduję się niedaleko Skrzydła Szpitalnego. Wychodzę z zakrętu i widzę dwie osoby. Pierwszą jest Madame Pomfrey, natomiast drugą uzdrowiciel, którego wraz z Ethanem widziałem kilka dni temu w Św. Mungu. By usłyszeć jeszcze więcej, podchodzę jeszcze bliżej. Idę powoli a moje plecy ocierają się o ścianę. Ryzykuję, wiem to. Wystarczyło by, aby jedna z postaci odwróciła się, a zostałbym złapany. Docieram do posągu nieznanej mi postaci. Z ulgą chowam się za nim, wdzięczny temu, kto go tu postawił.
- Za dzień lub dwa, moja droga - mówi uzdrowiciel. - Może trzy, jeśli będą problemy.
Wychylam lekko głowę zza posągu. Stoją przed wejściem do Szpitala. Mężczyzna stoi luźno, a w rękach trzyma plik dokumentów, na które patrzy, od czasu do czasu przewracając kartki. Kobieta stoi sztywno z zatroskaną miną.
- Och, dobrze. Poinformuję dyrektor McGonagall o tym, gdy tylko ją spotkam. Ma pan jakieś szczególne uwagi?
Wychylam się jeszcze bardziej.
- Tak. Pacjent będzie potrzebował spokoju, więc wszelkie odwiedziny, z wyjątkiem tych niezbędnych, będą zakazane.
- Jestem pewna, że on nie będzie miał nic przeciwko.
- Dobrze. Oprócz tego, będzie musiał dostawać codzienną porcję eliksirów, które prześlę pani jeszcze dziś. Oto lista - podaje jej jedną z kartek. Kobieta rzuca wzrokiem na listę.
- To bardzo rzadkie eliksiry - mówi. - Nie rozpoznaję połowy z nich.
- Proszę się nie martwić. Wiele z nich to znane eliksiry, tylko po prostu w ulepszonej wersji. Autor właśnie takiego eliksiru ma pełne prawo zmienić jego nazwę.
- Rozumiem, dobrze.
- Proszę pilnować, by pacjent spożywał je wszystkie w odpowiedniej kolejności.
Chcę wychylić się jeszcze dalej, lecz nagle, zza swoich pleców słyszę miauknięcie. Od razu rozpoznaję, do którego nieznośnego kota należy. Pielęgniarka i uzdrowiciel również to słyszą i nagle oboje odwracają się w moją stronę, a mi w ostatnim momencie udaje się schować za posągiem, choć jestem pewny, że skrawek mojej szaty rzucił im się w oczy. Przez chwilę jest cisza. Pani Norris patrzy na mnie i podchodzi nieco bliżej a ja czuję krople potu na swoim czole.
- To tylko kot - mówi uzdrowiciel.
- Zdziwił by się pan. Proszę, zapraszam do środka - odpowiada pielęgniarka.
- Och proszę, Poppy, tyle razy mówiłem ci, żebyś zwracała się do mnie po imieniu - po chwili słyszę głos zamykanych drzwi od Szpitala.
Odwracam się w kierunku kota, który również patrzy na mnie. Po chwili po prostu wymija mnie i odchodzi, jakby szczęśliwy, że miał okazję zepsuć komuś humor.
Wiedząc, że nic tu po mnie, odwracam się i odchodzę.
Pamiętajcie o zostawieniu po sobie komentarza! ;))
