Jako, że nasz protagonista był cipą i go złapali, ci, którzy są głównymi bohaterami serialu go złapali. Rycerz na koni pojechał do Winterfell, gdzie mieszkała rodzina Starków. Prawdopodobnie pokochasz Starków, więc już ci mówię - poumierają.

Wracając.

Trzej bracia (w tym jeden bękart, bo jego ojciec ruchnął inną jak był na wojnie), trenują na dziedzińcu. Właściwie to jeden trenuje a inni go oglądają. Włąściwie to ten jeden jest dzieciakiem a bękart Jon Snow, znany szerzej jako Jasiu Śnieżynka i Robb się z niego śmieją, bo jest pizdą i nie trafia. Jasiu Śnieżynka jednak jest dobrym przyrodnim bratem i informuje małego Brandona, że rodzice się gapią i jeżeli nie zacznie trafiać strzałami w tarczę, to tatuś zleje go paskiem.

W innym pomieszczeniu zamku Winterfell siedzi najstarsza córka władcy Winterfell - Sansa (Srajsa, ruda szmata), która napierdala hafty na kółeczku i zbiera pochwały od septy (taka babka, co pracuje dla kościoła - babski ksiądz, też lubi małe dzieci).

- Wspałaniały haft! - pochwaliła rudą szmatę. - Jak zawsze.

- Dziekuję - rzekła Srajsa. Obok siedziała jej brzydsza siostra, Arya, która nie umiała napierdalać ładnych haftów. Wkurwiała się przez to bardzo, zwłaszcza gdy septa ją ochrzaniała. Dlatego spieprzyła z pomieszczenia na dziedziniec.

Bran bawił się w myśliwego na propsach i celował do niewidzialnej zwierzyny za tarczą, do której miał strzelać. Oczywiście wszyscy z niego lali, głównie Jasiu Śnieżynka i najmłodszy z tej wielodzietnej, religijnej rodziny, Rickon.

- W jego wieku nie byliście lepsi - zwrócił się ojciec, Eddard (Ed-Darth, chciał zostać sithem, ale coś nie pykło, prawdopodobnie, dlatego, że spłodził Robba i Jasia). - Ćwicz dalej, Bran. Kaman, napierdalaj tym łukiem w to kółko na tarczy.

- Za dużo myśłisz - szepnął Jasiu do brata.

- A ty jesteś stary i jesteś dziewicą - odrzekł Bran, po czym napiął cięciwę.

- Dawaj rękę luźno - poradził Robb. - Jakbyś walił konia.

Bran się skupił, patrzył na cel i po chwili strzała, była u celu. Najlepsze, że Bran nie strzelił, a zrobiła to Arya, która zajumała łuk. Gdy wszyscy zaczęli na nią patrzeć, elegancko dygnęła, a Bran zaczął ją gonić po całym dziedzińcu, a wszyscy dalej ciśli z niego bekę. Zwłaszcza Mrodczny Lord Ned Stark (Ed-Darth).

- Lordzie Stark? - zagadnął go ziomek Starka, z Greyjoyrm u boku (o tym, jaką kurwą jest Greyjoy, dowiemy się dopiero w innych odcinkach, ale ryj ma taki, że nie warto muu ufać). - Wrócili nasi, mają dezertera z Emostycznej Straży

No ja pierdole, pomyślał Ed-Darth, ale jedyne co odpowiedział:

- Niech chłopcy siodłają konie.

- Musisz? - zapytała go żona, Catelyn.

- Przysięgał, a prawo to prawo.

- Bran, chociaż jest frajerem i się zleje na miejscu, też pojedzie.

- Nie - oponowała Catelyn. - Nie, ty kurwiu. On ma dopiero dziewięć lat. A w książce jest jeszcze młodszy.

- Nie może wiecznie być chłopcem. Winter is coming, nadchodzi zima (Łinta iz komin) - rzekł mroczny lord po czym odszedł, a żona dramatycznie na niego patrzyła, jakby znów przywiózł z wojny bękata. Właśnie! Bękart!

Catelyn była świeżo po ślubie z Ed-Darthem i już zaszła, a Ned pojechał na wojnę i przywiózł dzieciaka. No co za pech, w tym samym roku urodziły się dwa bachory z jednego faceta, ale dwóch różnych babek. Współczuję Nedowi jaką awanturę wtedy przeżył.

Pani Stark nie lubiła Jasia Śnieżynki i ciągle go tyrała. Nawet, gdy grzecznie zbierał strzały po treningu.