Rozdział drugi: Chaos we Wszechświecie, część druga


Charlotte westchnęła przeciągle, ze znużeniem wpatrując się w niezmierzone odmęty oceanu.

Dobra Fortuna wciąż płynęła po otwartym morzu. Charlotte spędzała większość wolnego czasu na deskach pokładu, wykorzystując każdą chwilę samotności na skupianie swojej energii w celu odszukania aury brata i jego żony.

Szło jej z tym całkiem dobrze. Wyczuła, że statek płynie, jak na ironię, we właściwym kierunku. Coraz mocniej wyczuwała aurę Sama i Priscilli. Charlotte była z tego powodu niezmiernie zadowolona. Oznaczało to, że już wkrótce się z nimi skonfrontuje i położy kres temu szaleństwu. Wszystko szło wręcz jak z płatka.

Do czasu.

- Piraci! – donośny okrzyk marynarza z bocianiego gniazda sprawił, że Charlotte zacisnęła zęby, z trudem hamując się przed posłaniem w eter steku tak soczystych i niecenzuralnych przekleństw, że nawet najbardziej wygadany prostak by zamarł, zdumiony objętością „zakazanego słownictwa", jakim posługiwała się dziewczyna.

Charlotte obróciła się szybko w miejscu, aby spojrzeć się na kapitana statku. Ku jej rosnącemu zdumieniu i gniewowi, ten nie wydawał się robić z tą sytuacją nic. Zwyczajnie stał w miejscu i pozwalał na to, aby piraci podpłynęli do nich i przejęli jego statek.

Albo to kompletny tchórz, albo kompletny idiota. Albo i jedno, i drugie. Charlotte w swoim dwudziestojednoletnim życiu przeżyła kilka podróży do czasów, gdy piraci królowali na wodach Atlantyku i Pacyfiku. Główną lekcją, jaką wtedy wyciągnęła z tych spotkań była jedna rzecz: nigdy nie daj się złapać piratom. Większość z nich zabije cię bez chwili zawahania. A ci, którzy tego nie zrobią, będą chcieli cię brutalnie wykorzystać, a dopiero potem zabić. Ten człowiek wiezie ze sobą tyle cennych towarów… i dwie młode kobiety, do cholery! Czy on ma w ogóle pojęcie, to piraci będą chcieli zrobić ze mną i tą dziewczyną?

Charlotte nie bała się o siebie – wiedziała, że jeśli przyjdzie do walki, da sobie radę. Martwiła się jednak nieco o tę całą Abigail Ashe. Była młoda, naiwna i bogata – posiadała trzy cechy, które czyniły z niej idealny żer dla takich psychopatów jak ci piraci.

Charlotte trzymała się z tyłu, tuż za kapitanem, podczas gdy piraci jak gdyby nigdy nic przełożyli trapy ponad burtami, aby dostać się na Dobrą Fortunę. Nie musiała się wysilać, aby dostrzec ich pożądliwe spojrzenia, gdy tylko ją zauważyli. Jedyne, co teraz stało pomiędzy nimi a nią, był właśnie kapitan Pratchett. A biorąc pod uwagę jego głupotę związaną z tak łatwym oddaniem statku i ładunku piratom, to i jej życie zapewne wisiało na bardzo niepewnej szali.

Wtedy dostrzegła w końcu kapitana całego tego tałatajstwa.

Wszedł na pokład Dobrej Fortuny jako jeden z ostatnich. Ubrany na ciemno, lekko opalony, o ciemnych blond włosach i wyraźnych rysach twarzy. Jednak to żadna z tych rzeczy nie przykuła jej uwagi. Zrobiło to jego prawe oko. Cała tęczówka i źrenica były kompletnie zakryte przez bielmo. Drugie oko było kompletnie zdrowe, w niebieskim kolorze.

Podszedł niespiesznym krokiem do kapitana Pratchetta, przez cały ten czas nie odrywając od niego spojrzenia. Charlotte obserwowała go uważnie, pozostając w tym samym miejscu, niewzruszona. Widziała jednocześnie, jak reszta załogi reaguje na pojawienie się piratów na pokładzie. Bali się o swoje życia, i słusznie. Ich kapitan popełnił błąd, którego jeszcze nie zdołał pojąć. Charlotte go już jednak zrozumiała. I miała tylko nadzieję na to, że jakimś cudem przetrwa nadchodzącą masakrę.

Pirat z bielmem na oku zerknął na nią przelotnie. Charlotte dzielnie wytrzymała to spojrzenie, w ogóle nie okazując strachu. Była pewna, że teraz ten mężczyzna zastanawia się nad tym, kim ona jest i co tu robi, jak i zapewne zastanawia się również nad tym, co mógłby zyskać na jej osobie.

- Statek należy do pana. – powiedział Pratchett, przerywając tę niezręczną ciszę. – Nasz manifest. Wszystko, co ma wartość, jest spisane i spoczywa w ładowni.

Pirat przyjął dokument i oddał go jednemu ze swoich ludzi do przejrzenia. W tym czasie reszta załogi pirackiej zaczęła sprowadzać załogę Dobrej Fortuny na niższy poziom górnego pokładu.

- Proszę mi wybaczyć, kapitanie… – odezwał się po chwili kapitan, nie mogąc się powstrzymać. – Czy należy pan do piratów, których siedzibą jest port Nassau?

Charlotte wyjrzała nieznacznie zza pleców kapitana. Była szczerze ciekawa tej odpowiedzi.

- Przybyłem do Nassau niedawno. – odpowiedział kapitan piratów, odwróciwszy się bokiem do Pratchetta.

- Pytam, ponieważ fascynuje mnie to miejsce. – kapitan Dobrej Fortuny dalej kontynuował swoją wypowiedź. – Podobno rzeczywistość przerasta legendy…

Bogowie, czy on chce tego człowieka zagadać na śmierć? Charlotte wywróciła oczami, nie mogąc się przed tym powstrzymać. Pratchett zgrywał spokojnego, opanowanego kapitana, który pogodził się z atakiem piratów na jego ładunek, ale kompletnie nie wiedział, jak poradzić sobie z tego typu ludźmi. Poprzez wyrażenie zainteresowania ich światem wcale nie zyska ich sympatii. Oni tego nie potrzebowali. Pratchett i jego załoga znajdowali się na straconej pozycji. Tyle że jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. – Interesy przebiegają tam tak sprawnie, że całym handlem zarządza nastoletnia dziewczyna.

Charlotte widziała po minie pirata, że nie chce on słuchać tych wywodów. Wcale mu się nie dziwiła. Pratchett za bardzo się starał. Przez takie zachowanie tylko jeszcze bardziej się pogrążał.

- Czy to prawda? – spytał się po chwili Pratchett. Pirat nie odpowiedział na jego pytanie. Odszedł powolnym krokiem w stronę członka swojej załogi, któremu oddał do przejrzenia manifest. Ten pokazał mu coś w zapisach, co wyraźnie zainteresowało kapitana. Wziął on manifest od mężczyzny i uważnie przeczytał, co było tam napisane.

- Ashe? – dobiegł Charlotte jego ściszony głos. – Jak lord Ashe? – mężczyzna w tej chwili wskazał na coś znajdujące się tuż poniżej tego, na czym kapitan był skupiony. Gdy tylko mężczyzna to dostrzegł, na jego twarzy wykwitła trudna do opisania emocja. – Arundell?

Cholera jasna, skąd on zna moje nazwisko? Charlotte wiedziała, że kapitan piratów nie wypowiedziałby jej nazwiska bez powodu. Skądś je musiał znać. Jakim cudem to jest możliwe? Przecież… o, jasna cholera. Charlotte zacisnęła zęby, jednocześnie zdenerwowana i zaniepokojona. Sam. To musi być sprawka Sama.

Kapitan powoli skierował się z powrotem w ich stronę. W tym samym czasie jego zastępca – bo tym zapewne był owy pirat, który trzymał przy sobie manifest Dobrej Fortuny – wydał jeden rozkaz znajdującym się na pokładzie piratom. Wszyscy od razu udali się na górę i otoczyli znajdującą się poniżej nich załogę Dobrej Fortuny.

- Proszę, nie! – zawołał Pratchett, domyślając się, do czego to wszystko dąży. Charlotte tylko pokiwała głową, uśmiechając się gorzko. Spodziewała się takiego obrotu sytuacji. Spodziewała się tego wszystkiego. I, jak zwykle, nie myliła się.

Pirat uciszył kapitana jednym gestem dłoni. Pratchett w napięciu czekał, aż nie rozlegnie się salwa wystrzałów. Gdy tylko to się stało, Charlotte nawet się nie wzdrygnęła. Wszystko to przewidziała już na samym początku. Zbyt wiele widziała podczas swoich podróży, aby nie być w stanie przewidzieć tego.

Dopiero teraz kapitan piratów obrócił się z powrotem w ich stronę. Charlotte schowała jedną dłoń za sobą, powoli szykując w niej małą kulę ognia. Na tym etapie była gotowa ujawnić się przed nimi wszystkimi, bez względu na to, co to przyniesie. Gdy przychodziło do takich sytuacji, zawrze wybierała swoje życie ponad życia innych.

- Dziękuję panu za spokojne poddanie statku. – powiedział do Pratchetta. Kapitan Dobrej Fortuny milczał, zbyt zszokowany tym, co się właśnie stało, aby cokolwiek mu odpowiedzieć. – Zdumiewa mnie, ilu ludziom brakuje rozsądku, żeby postępować jak pan. – mężczyzna zrobił kilka kolejnych kroków w stronę kapitana, aż nie znalazł się tuż przed nim, praktycznie na wyciągnięcie ręki. – Normalnie odwzajemniłbym tę grzeczność, zabrał ładunek i odpłynął, lecz pański statek da nam łup o wartości przekraczającej najśmielsze oczekiwania. Łup tak wspaniały, że nie mogę pozostawić świadków jego zagarnięcia.

- Proszę, nie. – Pratchett zaczął się cofać, odsłaniając jednocześnie dotychczas skrywającą się za nim Charlotte. Dziewczyna momentalnie się spięła, oczekując najgorszego. – Mam żonę i syna…

Pirat jednak go nie usłuchał. Wystrzelił ze swojego pistoletu, trafiając mężczyznę prosto w sam środek klatki piersiowej. – Dobrze… to mamy już za sobą. – w tej samej chwili skierował lufę w stronę Charlotte. Dziewczyna zamarła i spojrzała się na niego, nie ruszając się nawet o milimetr z miejsca. – Teraz zajmijmy się tobą… jesteś Abigail Ashe, czy Charlotte Arundell?

- A jak sądzisz? – spytała się go dziewczyna. Pirat uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony jej charakterem, który nie zmienił się nawet w obliczu potencjalnej śmierci.

- Charlotte, jak mniemam. – powiedział. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ani też w żaden inny sposób tego nie potwierdziła. Czuła jednak, że nie musi tego robić. Ten człowiek z jakiegoś powodu wiedział, kim ona jest. Albo znał kogoś, z kim była spokrewniona. – Czy łączą cię jakieś relacje z Samsonem Arundell?

No rzesz wiedziałam, że ten kretyn narobił sobie wrogów. Zawsze tak się dzieje. On i Priscilla dobrali się wręcz idealnie. Charlotte stłumiła w sobie jakimś cudem nienawiść, jaką czuła do starszego brata, i odpowiedziała na zadane jej pytanie.

- Tak. – odparła. – To mój starszy brat.

Wiedziała, że nie powinna tego człowieka okłamywać. Jego aura była ciemna i groźna. Do tego nie była głupia; skoro ten człowiek znał Sama, to kretynizmem byłoby nie przyznać się do powiązań z nim. Od razu wykryłby, że kłamie. Do tego tak czy siak ten mężczyzna albo ją zabije, albo nawiąże z nią sojusz, w zależności od tego, co Sam zrobił.

- Brat? Naprawdę? – mężczyzna zaśmiał się cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. – No fakt, oboje macie rude włosy. Ale poza tym… nie widzę żadnego podobieństwa.

- Charakterem też się różnimy. – powiedziała Charlotte. Przykuła tym uwagę mężczyzny; od razu to dostrzegła. Z trudem powstrzymała triumfalny uśmiech, gdy tylko zdała sobie z tego sprawę.

- To też widzę. – przyznał pirat, nie odrywając od niej swojego spojrzenia. – Chyba cię sobie zostawię… Sam wisi mi coś bardzo, bardzo ważnego. On i jego partnerka. Ta… jak ona miała na imię…

- Priscilla. – podpowiedziała mu dziewczyna. – Jeśli chcesz znać moje zdanie, to uważam, że to wredna zdzira. Jeśli coś przeskrobali, to pewnie przez nią. Bo to pewnie się stało, prawda? – spytała się nagle Charlotte. – Widzę po twoim zachowaniu, że nie jesteś zbytnio zadowolony, widząc kolejnego członka rodziny Arundell. Cieszysz się, fakt, ale nie dlatego, bo mnie spotkałeś. Cieszysz się, bo mnie złapałeś. Chcesz zrobić ze mnie swojego więźnia, prawda?

Na ustach pirata pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia.

- Brawo. – pochwalił ją mężczyzna. – Szybko wszystkiego się domyśliłaś. Pytanie tylko: co z tym teraz zrobisz?

- Już ci mówię. – Charlotte zrobiła dwa kroki w jego stronę i stanęła tuż przed nim. Położyła następnie dłoń na lufie i zniżyła ją, usuwając ją sprzed siebie. – Mam dla ciebie kontr-propozycję. Widzę, że ich ścigasz. Ja też to robię. Możemy zatem połączyć swoje siły, aby ich znaleźć. Jak ich już odnajdziemy, ty odzyskasz od nich to, co ci zabrali, a ja wyrównam z nimi swoje rachunki.

- Ścigasz ich? Ty? – mężczyzna parsknął cicho ze śmiechu. – Jesteś przecież tylko kobietą. Nie sądzisz chyba, że uwierzę w to, że posłaliby kobietę za tą dwójką.

Charlotte zdusiła w sobie tę zniewagę. Musiała sobie kilkakrotnie przypomnieć, że nie jest już w dwudziestym pierwszym wieku – a nawet i tam kobiety nie zawsze były traktowane tak, jak być powinny. Znajdowała się teraz w zupełnie innych czasach.

Albo zaraz uzna mnie za wariatkę, albo mocno sobie u niego zapunktuję. – pomyślała. Złapała szybko długi sztylet, jaki pirat miał przy swoim pasku, i cofnęła się z nim. Wszyscy obecni wokół nich od razu wycelowali w nią, podejrzewając, że chce ona zaatakować ich kapitana. Charlotte jednak nie miała tego wcale w planach. Zależało jej na czymś zupełnie innym.

Obrała za swój cel pierwszego lepszego mężczyznę. Przesunęła się nieco w bok, aby mieć lepszy dostęp do niego, po czym jednym zwinnym ruchem poderżnęła mu gardło. Mężczyzna upadł na kolana, krztusząc się własną krwią. Po chwili padł na deski pokładu, martwy.

- Po pierwsze… – zaczęła, gdy niezręczna cisza zaczęła ją przytłaczać. Kapitan piratów momentalnie przeniósł spojrzenie z trupa na nią, obserwując ją intensywnie. – Nie boję się widoku krwi, wyprutych flaków i tym podobnych. Po drugie: gdy trzeba, nie boję się zabić. I wiem, jak to zrobić. – następnie odrzuciła sztylet piratowi. Ten złapał go w locie. Charlotte była pewna, że dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu. Dotarła do niego. Dobrze odczytała jego aurę. To był socjopata i psychopata. Charlotte zanotowała sobie w myślach, że chociaż dotarła do niego, to nie powinna mu ufać. Tacy ludzie jak on bywali nieprzewidywalni. Był jej potrzebny, żeby dotrzeć do Sama i Priscilli, ale to by było na tyle.

- Gratulacje, panno Arundell. – powiedział mężczyzna, podchodząc do niej. – Właśnie otrzymałaś drugą szansę. Zgadzam się na twoje warunki.

- Miło mi to słyszeć. – odparła Charlotte, doskonale udając szczery uśmiech. – A czy mogę jeszcze poznać imię człowieka, z którym od teraz będę współpracować?

- Oczywiście. – odpowiedział jej pirat. – Nazywam się Ned Low.

Ned Low… znajome imię. Charlotte, idąc za nim po trapie na pokład jego statku, przypomniała sobie w końcu, skąd zna to imię. Poznała już kiedyś tego pirata. Miała wtedy szesnaście lat, i była na misji ze swoimi rodzicami i Samem. Charlotte przyjrzała się pospiesznie piratowi idącemu przed nią. Ten człowiek w ogóle nie wygląda jak Low… to nie jest on. To nie może być on. Czyżby mnie okłamywał?

Charlotte szybko weszła w jego myśli, próbując odszukać wspomnienie ostatniej chwili. Mężczyzna nie kłamał – naprawdę nazywał się Ned Low.

Nie jestem w swoim świecie. – uświadomiła sobie Charlotte. Momentalnie poczuła nagłą ulgę, gdy tylko zdała sobie z tego sprawę. – To alternatywna wersja naszego świata. Równoległy wymiar stworzony najpewniej przez jednego z ludzi z naszego świata. Jego wyobrażenie tamtych czasów. To dlatego Sam i Priscilla uciekli właśnie tutaj. Gdyby zwiali do prawdziwej przeszłości, wtedy nie posłano by za nimi tylko mnie. W równoległych wymiarach można sobie pozwolić na znacznie więcej – tutaj tak ścisłe reguły już nie obowiązują. Gdyby było inaczej, ścigałby ich cały pluton Podróżników.

Obserwując „alternatywnego Neda Lowa" jedno pytanie kołatało się po głowie Charlotte. Pytanie, które nie dawało jej spokoju nawet na jedną chwilę.

Co takiego zrobił jej brat, że ściągnął na siebie gniew Neda Lowa?