Rozdział trzeci: Dziwny świat


Pięć dni – pięć dni, a lądu wciąż nie widać. Gdzie oni, do licha, zamierzają dopłynąć? Na mityczny kraniec świata, czy co?

Charlotte wpatrywała się ze znużeniem w horyzont. Przez prawie cały dzień na morzu panował niczym niezmącony spokój. W każdym innym przypadku ucieszyłoby to ją – dryfowanie na wodnym pustkowiu było jedną z jej ulubionych rzeczy, szczególnie w momencie, gdy samemu było się Podróżnikiem, który w każdej chwili mógł się stąd teleportować, w razie gdyby zastój na wodach trwał zbyt długo. Teraz jednak była tu uwięziona wraz z bandą krwiożerczych piratów. Jedynym powodem, dla którego nie została jeszcze wciągnięta siłą do kajuty jednego z nich, był Ned Low. Kapitan statku pirackiego nie spuszczał jej z oka od momentu, gdy ta postawiła nogę na pokładzie Fancy. I, z tego co Charlotte dostrzegła, nic nie wskazywało na to, aby to uległo jakimkolwiek zmianom w najbliższej przyszłości.

Jedno musiała przyznać – nie przeszkadzało jej to zbytnio. Low pilnował, aby żaden z jego podwładnych nie dobierał się do niej, ale dał jej też wystarczająco dużo swobody, dzięki czemu mogła bez problemu poruszać się po całym pokładzie.

Dziewczyna usiadła prosto na niezbyt wygodnym krześle. Plecy bolały ją już od tych twardych desek, które wżynały jej się w kręgosłup, gdy tylko spróbowała oprzeć się o nie. W końcu zrezygnowała z dalszych prób i wstała zamaszyście, po czym powoli podeszła do burty statku. Minęła po drodze Lowa, który stał przy sterze i kierował statkiem. Dostrzegła kątem oka, że kapitan przygląda jej się uważnie. Zignorowała to jednak – zdążyła już do tego przywyknąć.

Powinnam w sumie chyba jej współczuć. – pomyślała nagle, przypominając sobie o osobie Abigail Ashe. – Biedaczka, znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Low będzie ją przetrzymywał tu aż do momentu, gdy nie dostanie za nią porządnego okupu. A na to może czekać nawet miesiące.

Charlotte była już na pokładzie statku Fancy, gdy Low podjął decyzję o zabraniu Abigail ze sobą. Nie protestowała, gdy zaraz potem nieprzytomną dziewczynę wnieśli pod pokład. Nie zaprotestowała też, gdy zaraz potem Low nakazał podpalenie Dobrej Fortuny. Wolała na razie trzymać swój dystans i dokładnie wszystko obserwować. Swoje opinie zacznie otwarcie przedstawiać, gdy już upewni się, komu może zaufać, komu nie, a kogo powinna zabić przy najbliższej nadarzającej się ku temu okazji.

Jeszcze raz obróciła się, żeby spojrzeć się na Lowa. Już jej nie obserwował – był skupiony na dowodzeniu statkiem.

Powinnam wykorzystać to zainteresowanie swoją osobą. – pomyślała, nie odrywając spojrzenia od pirata. – Jeśli dobrze to rozegram, to zyskam porządnego sojusznika i ochroniarza. A jeśli to spartolę, to zginę jak ostatnia idiotka w wyimaginowanym świecie.

Jak do tej pory zamienił z nią zaledwie kilka słów. Charlotte wiedziała jednak, że już zdołała do niego w pewien sposób dotrzeć. Ta „szopka" z zabiciem jednego z jego ludzi podziałała. Zdołała mu jakimś cudem zaimponować – i to ją jeszcze trzymało przy życiu i na wolności. W przeciwnym razie byłaby już albo martwa, albo siedziałaby w zamknięciu na spółkę z Abigail Ashe.

Albo mogłoby być ze mną jeszcze gorzej. – uświadomiła sobie nagle Charlotte. – Low z jakiegoś powodu nie cierpi nazwiska Arundell. Mój brat nagrabił sobie u niego, i to mocno. Czuję to. Gdyby nie to, że obiecałam mu go ująć, pewnie zająłby się mną na najgorsze sposoby, jakie tylko zna, tylko po to, aby zemścić się w ten sposób na Samie.

- Hej, mała! – dobiegł ją nagle czyjś głos. Charlotte syknęła cicho, wyraźnie poirytowana. Nie znała jeszcze dobrze wszystkich członków załogi Fancy, i pirat, który kierował się ku niej, należał właśnie do tej grupy. – Rudziutka! Hej! Co tak tu sama stoisz?

- Odczep się, człowieku. – burknęła Charlotte, ostentacyjnie odwracając się tyłem do nadchodzącego mężczyzny. – Dla własnego dobra, lepiej mnie zostaw w spokoju.

- Oj, daj spokój. Rozluźnij się trochę, dziewczynko. – mężczyzna roześmiał się głośno. Pomimo ostrzeżenia dziewczyny podszedł do niej, po czym złapał ją za ramię.

Tyle wystarczyło. Charlotte obróciła się gwałtownie w jego stronę, po czym rzuciła się na niego całą swoją siłą. Sprawiła, że mężczyzna upadł na deski pokładu z głośnym hukiem. Zwróciła tym uwagę większości osób znajdujących się w ich pobliżu, Lowa w to włączając. Kapitan Fancy nic jednak nie zrobił. Obserwował tylko z iście stoickim spokojem całe to zajście.

- Ostatnia szansa, kolego. Odejdź, póki jeszcze możesz. – powiedziała do pirata, wpatrując się w niego z mieszaniną odrazy i gniewu. Zrobiła następnie kilka kroków w tył, dając mu tym realną szansą na wycofanie się z całej sytuacji, nim nie będzie dla niego za późno.

Oczywiście, nie posłuchał jej. Zamiast tego doskoczył do niej ponownie, naiwnie licząc na to, że dziewczyna nie zdoła się obrobić. Nie docenił jej – nie docenił jej ani trochę. Charlotte mogła mierzyć „zaledwie" metr sześćdziesiąt osiem, co dla mężczyzny takiego jak on, który miał niemalże dwa metry wzrostu, ale miała nad nim inną przewagę. Wychowały ją trudne czasy i światy. Mogła niepozornie wyglądać, ale to były tylko pozory – w rzeczywistości była o wiele bardziej niebezpieczna i bezwzględna od niego.

W momencie, gdy mężczyzna dobiegł do niej, Charlotte odsunęła się nieznacznie w bok, jednocześnie łapiąc go za przód luźnej, białej koszuli, jaką miał na sobie. Następnie pociągnęła go w swoją stronę i kopnęła mocno w brzuch, pozbawiając go tym tchu.

A potem, bez żadnego ostrzeżenia, popchnęła go w stronę burty i bezceremonialnie wyrzuciła go za nią.

Ned Low zaśmiał się cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem.

- Będziesz moim końcem, młoda. – powiedział, wciąż wyraźnie rozbawiony całą tą sytuacją. – Nie minął jeden dzień, a ja już straciłem dwóch członków załogi z twojej ręki. Robisz to celowo, czy po prostu masz takie szczęście?

- A jak myślisz? – odparła Charlotte. Odwróciła się przodem do mężczyzny i uśmiechnęła się szeroko, doskonale udając obojętność związaną z faktem, że właśnie posłała kolejnego mężczyznę ku śmierci. Wiedziała bardzo dobrze, że tego właśnie po niej Low oczekiwał. Żeby wkupić się w jego łaski i zyskać w nim sojusznika, Charlotte była w tej chwili gotowa do niemalże wszystkiego. Potrzebowała go równie mocno, co on jej. Różniło ich jedynie to, że on jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. – Ale musisz przyznać, że ten tam – tu wskazała nieznacznym skinieniem głowy za siebie. – w pełni sobie na to zasłużył.

- To prawda. – przyznał Low.

- Ląd! – wykrzyknął nagle ktoś. Charlotte momentalnie obróciła się z powrotem w stronę burty, gorliwie wypatrując lądu. Gdy go w końcu dostrzegła na skraju horyzontu, uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie zadowolona.

- Wreszcie. – wyszeptała, wciąż się uśmiechając. Miała już naprawdę dosyć tej podróży. Chciała już znaleźć się na stałym lądzie i zwiedzić choć trochę ten świat, nim nie przyjdzie jej zmierzyć się z Samem i jego pokręconą żonką. Kto wie, może a nuż znajdzie tu coś godnego jej uwagi, co będzie mogła zabrać ze sobą do swojego świata.

- Panno Arundell. – usłyszała w pewnej chwili głos Lowa tuż koło swojego ucha. Instynktownie odsunęła się nieznacznie w bok, chcąc utworzyć choćby niewielki odstęp pomiędzy sobą a mężczyzną. Ned uśmiechnął się z zadowoleniem pod nosem, widząc jej reakcję. Nie skomentował tego jednak w żaden sposób. Miał jej teraz coś innego do przekazania. – Radzę sobie już teraz zapamiętać jedną rzecz. Razem szukamy twojego brata, ale to nie oznacza, że otrzymała ode mnie panienka pełne pozwolenie na łażenie, gdzie jej się tylko spodoba. Po dobiciu do portu radzę zastosować się do moich poleceń i nigdzie się nie oddalać. Wolę cię mieć koło siebie, gdy już znajdę tego twojego brata i jego jakże uroczą partnerkę.

- Tak coś odczuwam po tobie, że zbytnio ci nie przypadli do gustu. – mruknęła Charlotte, uważnie obserwując Lowa. Mężczyzna zaśmiał się cicho po tych słowach.

- A cóż mnie w tym zdradziło? – odparł, wciąż się uśmiechając. Charlotte nic na to pytanie nie odpowiedziała. Odwróciła od niego spojrzenie i skupiła całą swoją uwagę na zbliżającym się lądzie. Byli już coraz bliżej portu – Charlotte mogła już dostrzec cumujące w pobliżu statki, doki i główne molo portu. To musiała być jakaś większa mieścina, bo ludzi dostrzegła tu mnóstwo. Znając życie, Low zabrał ją do jakiejś mieściny piratów – tylko tam taki statek jak Fancy mógłby bez żadnych problemów zacumować i nie zwrócić na siebie uwagi władz.

- Gdzie dokładnie jesteśmy? – spytała się w końcu, gdy zbliżyli się dostatecznie blisko portu. – Co to za miejsce?

- To, moja droga panno Arundell… to jest Nassau.

Nassau. Słynna mieścina korsarzy z początku osiemnastego wieku. Ciekawe, jak bardzo to miejsce różni się od prawdziwego Nassau, które znam z własnych podróży. I jakie ciekawe osobistości tu poznam.

Charlotte w milczeniu obserwowała, jak statek Lowa cumuje u brzegu wyspy. Gdy tylko zakończyli ten proces, Low od razu rozpoczął dzielenie obowiązków pomiędzy kolejnych członków załogi.

- Udasz się do magazynów z towarem z Dobrej Fortuny. – polecił Meeksowi, swojemu kwatermistrzowi. – Weź ze sobą paru ludzi dla wsparcia. Chcę zobaczyć jak najlepszy zysk z tego towaru. Powinien być sporo wart.

Charlotte korciło, aby poprosić Lowa, żeby pozwolił jej zejść na ląd z tymi ludźmi, choćby po to, żeby poobserwować wymianę handlową. Wiedziała jednak, że musi pozostać obojętna i neutralna, przynajmniej na razie. Wciąż za mało wiedziała o swoim potencjalnym sojuszniku. Musiała go lepiej poznać, jeśli chciała nawiązać z nim ściślejszą współpracę.

- Panno Arundell. – powiedział nagle Low, tuż po tym, jak odesłał z towarem Meeksa. – Proszę za mną. Musimy porozmawiać.

No i się zaczyna. Charlotte podążyła w ciszy za Lowem. Po cichu liczyła na spokojną i cywilizowaną konwersację. W razie problemów była jednak gotowa złamać własne zasady i ujawnić się przed kapitanem piratów, jeśli tylko choćby spróbuje coś jej zrobić. Nie bała się napiętnowania tytułem czarownicy – słyszała to już tak wiele razy, że niemalże zrobiła z tego słowa własną ksywkę. Przede wszystkim liczyło się dla niej jej życie. Dopiero potem obchodziły ją inne rzeczy.

Podążyła za Nedem do kajuty kapitana. W milczeniu zajęła miejsce naprzeciwko Lowa, po drugiej stronie szerokiego stołu. Obserwowała go w ciszy jeszcze przez dobrą chwilę, nim Low nie zdecydował się w końcu pierwszy odezwać.

- Co możesz mi powiedzieć o swoim bracie? – spytał się dziewczyny, patrząc się jej prosto w oczy.

- A co chciałbyś o nim wiedzieć? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie Charlotte. Uśmiechnęła się nieznacznie, widząc jego irytację. – Mogę mówić o nim godzinami. Pozostaje tylko kwestia, o którym dokładnie aspekcie jego osoby chcesz porozmawiać.

- Chcę wiedzieć, co takiego on zrobił, że ktoś tak młody i niewinnie wyglądający jak ty został za nim posłany. – powiedział Low. – Co on takiego wyrządził, że go ścigasz?

- Sam już chyba dobrze wiesz, że pozory mylą, panie Low. – odparła Charlotte. – Tylko wyglądam niewinnie. A jeśli chodzi o mojego brata… nic jeszcze nie zrobił. Na razie tylko stał się dezerterem, zwiewając ze swoją żoną. Chcę go powstrzymać przed czymś o wiele gorszym, nim nie będzie na to za późno.

- I ci, którzy cię wysłali za nim, naprawdę sądzą, że zdołasz to osiągnąć? – Low naprawdę wydawał się nie wierzyć w zdolności Charlotte. Zirytowało ją to dość mocno, ale nie drążyła dalej tego tematu. Gdy Low już lepiej ją pozna zrozumie, jak bardzo się na jej temat mylił.

- Proszę się o mnie tak nie zamartwiać, kapitanie. – powiedziała Charlotte możliwie najsłodszym głosem, jaki tylko zdołała z siebie wydobyć. Uśmiechnęła się przy tym uroczo, przechylając dodatkowo głowę nieznacznie w bok. – Zapewniam pana, że doskonale dam sobie z nim radę. Muszę tylko do niego dotrzeć.

- I po to właśnie jestem ci potrzebny, czyż nie? – Ned uśmiechnął się pod nosem. Powoli odsunął krzesło i wstał z niego, po czym ruszył w stronę Charlotte. Dziewczyna siedziała nieruchomo, jedynie uważnie go obserwując. Ned w tym czasie podszedł do niej i nachylił się nieznacznie nad nią, nie spuszczając z niej swojego spojrzenia.

Charlotte dzielnie wszystko wytrzymała. Wiedziała, że Low próbuje ją tym onieśmielić – wymusić na niej jakąś reakcję. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Dzielnie, bez cienia strachu czy niepewności, spojrzała mu się prosto w oczy i wytrzymała całą długą minutę niezręcznej ciszy, jaka między nimi zapadła.

Low odsunął się w końcu od niej. Wydawał się być pod wrażeniem tego, że Charlotte to wszystko wytrzymała.

- Załóżmy, że pomogę ci do niego dotrzeć… – zaczął powoli Ned. – Czy będę mógł wtedy liczyć na to, że w zamian za udzieloną ci pomoc otrzymam to, czego chcę?

- Zależy, o czym dokładnie mówimy. – Charlotte nie zamierzała rzucać obietnic na wiatr, szczególnie takich niesprecyzowanych. Wolała nie angażować się w układy, których potem mogłaby gorzko pożałować.

- Twój brat jest mi dłużny jedną bardzo ważną rzecz. – powiedział Low. – Czy jeśli ci pomogę, uzyskam to od ciebie?

I wszystko jasne. Braciszek znowu nie dotrzymał kolejnej obietnicy. Jak zwykle. Charlotte uśmiechnęła się słabo, po czym skinęła nieznacznie głową.

- Oczywiście, że tak. – dodała zaraz potem. – W przeciwieństwie do mojego starszego brata, ja zawsze dotrzymuję swoich obietnic.

Ned odwzajemnił jej uśmiech swoim własnym, wyraźnie zadowolony z jej słów. Powoli ruszył w stronę drzwi, uznając zapewne tę rozmowę za zakończoną.

- Jeszcze jedno. – zawołała za nim Charlotte. Ned Low momentalnie się zatrzymał, czekając cierpliwie na pytanie dziewczyny. – Co takiego mój brat jest ci winien?

Low nie odpowiedział od razu. Milczał przez długą chwilę, podczas której Charlotte w napięciu czekała na jego odpowiedź. W końcu jednak się odezwał.

- Jest mi winien jedno życie. – odparł cichym głosem. Zaraz potem wyszedł z kajuty, zostawiając Charlotte samą.

Cudnie. W pięknie szambo się wpakowałam, nie ma co. – pomyślała Charlotte, opadając z westchnieniem na twarde oparcie drewnianego krzesła. – Teraz mam jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. Będę musiała dalej dociekać. Sam nieźle tu sobie nagrabił, nie ma co. Zastanawia mnie tylko jedno… czyje życie jest mu on winien?